Rzemieślnicy z Lublina
Wernisaż wystawy fotografii Kuby Wójtowicza i Michała Jadczaka w środę, 6 czerwca, o godz. 18 w hali biletowej Dworca Głównego PKP (Lublin, Pl. Dworcowy 1). Tego dnia ukaże się też album „Rzemieśnicy z Lublina” przedstawiający sylwetki dwunastu lubelskich rzemieślników. Dla naszych czytelników będziemy mieli kilka egzemplarzy książki. Rozdamy je w piątek, 8 czerwca 2012 r. o godz. 13. Dzwońcie, tel. 081-462-68-24.
6/13
Prawiedniki 171 b
Tata zaprowadził mnie kiedyś do mistrza tapicera i kazał się zająć tym fachem. Tak to się zaczęło i trwa do dziś. W zawodzie jestem już 40 lat. I jestem z tej pracy zadowolony.
Wszystko się robiło: bryczki, sanie, antyki, zabytkowe samochody, motocykle, meble. Sanie zamówił jeden profesor. Były bodajże z 1937 roku. Odziedziczył je po rodzicach. A bryczki dla Muzeum Wsi Lubelskiej, Zamku Lubelskiego, tych wszystkich dworków. Wiele ciekawych rzeczy przez te wszystkie lata zrobiłem.
Najbardziej jestem dumny z mebli antycznych, bo interesuję się starymi rzeczami. Na giełdach staroci zawsze coś kupię. Zbieram bagnety i inne przedmioty, które nie są drogie, ale jakąś wartość mają.
7/13
Lublin, ul. Zamojska 33
Klienci przyjeżdżają do mnie z Zamościa, Chełma czy Lubartowa, ale teraz to nie ten handel, co kiedyś. Widzi pani, tyle gadamy i nikogo nie było. A kiedyś najwięcej się sprzedawało właśnie w poniedziałki. Ludzie ze wsi przyjeżdżali wtedy do miasta.
Tylko na ul. Zamojskiej było czterech czapników. Ja byłem najbardziej wykwalifikowanym rzemieślnikiem. Bo zanim przeszedłem na swoje, robiliśmy czapki dla wojska, kierowców autobusów, księży. Wszystko ręcznie. Na maszynach to dopiero w spółdzielni.
Kiedyś wszyscy chodzili w nakryciach głowy. I nikt na ulicy rękawów koszuli nie podwijał. A teraz? Ludzie w robią zakupy w ciucholandach. Potem przychodzą, by wymienić podszewkę czy skrócić daszek.
8/13
Lublin, ul. Kunickiego 33
Z klientami dziś jest słabo. Teraz jak parasole się psują, to ludzie je wyrzucają. A ja może też za uczciwa jestem. Często sama ludziom mówię, że nie ma sensu reperować. I potem, jak pada, to jest kolejka. Za to w zimie nie ma za co opłacić zakładu. W styczniu miałam tylko 230 złotych przychodu. Ale ta praca to bardziej moje hobby niż zarobek. Czasem siedzę tu nawet do godz. 22.
Ludzie kupują parasolki po 10 czy 20 złotych. Dla mnie to złom. Przynosi mi raz jedna pani taką parasolkę na sześciu drutach. I ten drut kruszy się milimetr po milimetrze. Mówię do niej, z troską o jej pieniądze: „Dziewczyno, co ty kupiłaś?”. A ona: „Jak pani śmie? Ja za to 180 zł zapłaciłam!”. Zdenerwowałam się i powiedziałam: „Ja pani tego nie zrobię. Śmieci niech pani nosi do tych, co chcą śmieci reperować”.
9/13
Lublin, ul. Cyrulicza 3
Nie wybierałem tego zawodu, to tradycja rodzinna. Ojciec mnie nauczył, potem przejąłem po nim zakład. Jak umierał, to powiedział mi: Synu, Cyrulicza to żyła złota. Tylko ja do tej pory jej nie odkopałem.
Swojemu synowi powtarzam: Nigdy nie czepiaj się rowerów, to katastrofa! Mnie też w sercu gra coś kompletnie innego. Mam duszę zapiętą inaczej.
Moja historia, to historia człowieka niespełnionego. Tutaj tylko zarabiam pieniądze, by utrzymać rodzinę. Nigdzie się nie reklamuję, ale klientów mi nie brakuje. Tyram od rana do nocy.
10/13
Lublin, ul. Lubartowska 8 (w podwórku)
Mam 70 lat. Nie wiem, czy nie jestem najstarszym rzemieślnikiem w Lublinie. Muszę o to w cechu zapytać... Te wszystkie pawilony wokół, to kiedyś były zakłady krawieckie. A teraz, kto jakieś przeróbki zrobi? Zakładów coraz mniej, stara gwardia poodchodziła. Życie przeleciało, jak drzwi otworzyć i zamknąć.
Dziś rzemieślnikom nie jest łatwo. Usługi się robi po 2, 3, 5 złotych, a trzeba zapłacić ZUS, lokal, prąd, gaz. Naprawdę jest ciężko. Wcale się nie dziwię, że młodzi nowych zakładów nie otwierają. Szkoły zawodowe się zamyka, a fachowców brakuje. Od kilkunastu lat nikt o naukę zawodu mnie nie zapytał.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze