Reklama
Historia kamienicy przy ul. 3 Maja 22 w Lublinie
Opis galerii
16/20
Próg
- Dotarła jakoś do Lublina, była ze swoim narzeczonym czy mężem, szli ulicą 3 Maja, zobaczyli opuszczony dom, który miał powybijane okna. Weszli do środka i zajęli jedno z mieszkań. Tak wspominała jedna z lokatorek, która tu mieszkała od wyzwolenia. W opowieści starszej już wtedy pani dało się wyczuć taką niepewność, nie wiedziała jak to ująć, że tu mieszkali i cały czas czekali, że przyjdą, że wrócą Żydzi i ich wyrzucą. Nawet jak się tu pojawiłam jako właścicielka, niektórzy lokatorzy myśleli, że jestem Żydówką. Żydowska kamienica. Ludzie ciągle traktowali ten dom jak żydowską kamienicę - opowiada Ewa van der Veer-Chrościechowska.
- Czasami lokatorzy chcąc się może ze mną jakoś zaprzyjaźnić, nawiązać kontakt, opowiadali o dawnych, powojennych czasach. Jedna pani przyznała, że trafiła tu jako młoda dziewczyna. Miała chyba męża milicjanta. Wspominała, że pracowała na lubelskim Zamku. Mówiła, że tam rozbierała, ważyła i mierzyła więźniów. A to przecież już nie było hitlerowskie więzienie... Tak sobie czasami myślałam czy może mierzyła i ważyła mojego ojca? On w 1949 i 1951 roku był aresztowany. Nie mogli go posadzić za to, że był ziemianinem, za szlacheckie pochodzenie, to wymyślali współpracę z okupantem. Po wyjściu z więzienia na Zamku dostał propozycję pracy na Wawelu. Było bardzo niewiele osób, przedwojennych znajomych, z którymi ojciec mógł rozmawiać o przedwojennych czasach, o życiu w majątku. On dotkliwie doświadczył zmiany jaka zaszła. Stracił wszystko. Ale nigdy nie słyszałam, żeby narzekał, rozpamiętywał. Nie był zgorzkniały. Z wykształcenia był inżynierem-rolnikiem i specjalistą od hodowli koni, przygotowanym do prowadzenia dużego majątku. Był świetnym organizatorem, wszystkiego - wspomina córka, wyjmując z teczek zdjęcia Antoniego Chrościechowskiego, jakieś pożółkłe pisma wystukane na maszynie: „Z okazji utworzenia się Frontu Narodowego oraz wyborów do Sejmu Ustawodawczego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wyrażam Obywatelowi podziękowanie za Jego wydajną pracę zawodową będącą wkładem w walkę o nową socjalistyczną kulturę i Pokój”. Kraków 1952.
17/20
Piętro. Trzecie
Chyba najczęściej w całej historii kamienicy lokalna prasa pisała o niej w 1957 roku. Do dziś wyszukiwarka internetowa pytana o ten adres proponuje teksty, które przypominały tragedię sprzed blisko 60 lat.
Wówczas „Sztandar Ludu” i „Kurier Lubelski” dzień w dzień robiły czołówki z odesłaniem na dalsze strony opisując wydarzenia z mieszkania spod „9”. Potem relacjonując proces.
- Czy krytycznego dnia w mieszkaniu Gorzelów był ktoś obcy? Czy nikt z domowników nie słyszał krzyków, szamotania, jęków? Czy przesłuchania zatrzymanych rzucą jeszcze dodatkowy snop światła na tło morderstwa, czy też krąg podejrzanych zamknie się wokół osoby syna Ryszarda? - dociekali dziennikarze. I na trzy miesiące przed rozpoczęciem procesu publikowali na pierwszej stronie zdjęcie 20-letniego chłopaka podejrzewanego o to, że zabił rodziców.
Rodzina Gorzelów to Franciszka i Mieczysław oraz dwóch ich synów. Starszy już pracował, młodszy chodził do szkoły. Gorzelowie pochodzili spod Lublina, sprowadzili się z Kozic wiosną 1945 roku. Najpierw mieszkali przy Krakowskim Przedmieściu 70, później przy 3 Maja 22.
W poniedziałek 25 marca 1957 roku rano starszy syn Ryszard przy użyciu młotka zabił siedzącą na łóżku matkę, a potem w przedpokoju ojca. Ciało wciągnął do sypialni, zamknął mieszkanie i poszedł na ul. Orlą do pracy. Chodził pewnie na skróty przez stadion przy ul. Okopowej, bo ul. Hempla jeszcze wówczas nie było. Tam, w warsztacie, zostawił ledwie oczyszczone z krwi narzędzie zbrodni i po jakimś czasie wrócił do domu. Jak relacjonowali dziennikarze, w kuchni zagrzał sobie garnek kapusty i po wejściu do sypialni rodziców zaczął krzyczeć, że ich zamordowano.
Oboje mieli po 47 lat. Oboje byli długoletnimi członkami PZPR. On były sekretarz Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Odznaczony krzyżami zasługi, odznaczeniami partyzanckimi. Nekrolog zamieściła Podstawowa Organizacja Partyjna, rada nadzorcza i zarząd Spółdzielni „Przełom”. Ją nekrologiem żegnała Podstawowa Organizacja Partyjna, rada nadzorcza i zarząd Spółdzielni Pracy Usług Kolejowych, której była prezesem. Była przewodniczącą Zarządu Miejskiego Ligi Kobiet, radną Miejskiej Rady Narodowej.
Za ich przeprowadzką do Lublina stoją wydarzenia z wiosny 1945 roku, kiedy to ich dom kilka razy otaczały „reakcyjne bandy”, czyli ówczesne antykomunistyczne podziemie.
Po kolejnej strzelaninie, w której Gorzelów broniły oddziały ORMO, zniknęli z Kozic i - jak zauważali dziennikarze relacjonujący rodzinną tragedię - bardzo rzadko tam wracali, nigdy nie nocując.
1 maja 1957 powstała w Lublinie rozgłośnia radiowa. Proces syna-mordercy był niecodziennym tematem. Przed Sądem Wojewódzkim przy Krakowskim Przedmieściu stał wóz radiowców, a ludzi zainteresowanych przesłuchaniami i werdyktem sędziów było tak wielu, że cisnęli się wokół wozu, by słuchać nagrywanych głosów z sali rozpraw. Do budynku wchodzili jedynie ci, którzy mieli przepustkę. Karty wstępu chciało 1000 osób. Miejsc było 300. Na zdjęciach w czerwcowych wydaniach gazet, za Ryszardem Gorzelem składającym zeznania, widać tłum.
Marian Brandys, który była na procesie i w warszawskiej „Nowej kulturze” opublikował tekst „Diabelskie piętno”, był zaszokowany postawą oskarżonego i publiczności. On nie wykazywał skruchy, oni trzymali jego stronę.
Brandys relacjonował, że gdy Ryszard w arogancki sposób zaatakował jednego ze świadków, dostał brawa.
- Klaskało kilkanaście osób o solidnym wyglądzie - bynajmniej nie pierwszej młodości. W starym katolickim Lublinie bito brawo mordercy - pisał w wydrukowanym w lipcu 1957 roku reportażu.
Ale Brandys popełnił chyba błąd biorąc za lublinian dawnych sąsiadów Gorzelów. Najprawdopodobniej przyjechali oglądać ich klęskę i swojego wybawiciela ci, których gnębili partyjni działacze. Franciszka i Mieczysław założyli w Kozicach komórkę PPS, zorganizowali komórkę ORMO, nadzorowali wprowadzanie reformy rolnej dbali, by nikt na lewo nie handlował mięsem, nie spekulował, nie pomagał ludziom z lasu. Jak czytamy w jednym z artykułów w „Sztandarze Ludu” powodów do zemsty na zamordowanych było wiele, choćby ten, że mieli pomagać organom bezpieczeństwa w likwidacji „zbrojnych, reakcyjnych band”.
Podobno Franciszka Gorzel znała o osiem lat młodszego Józefa Franczaka ps. „Lalek”. Są tacy co mówią, że chodzili razem do szkoły. Musiała go znać, bo byli z jednej wsi. Z Kozic. Możliwe, że to ostatni żołnierz polskiego podziemia antykomunistycznego stał za akcjami, w wyniku których Gorzelowie z tych Kozic uciekli.
Prawdopodobnie to wówczas ośmioletni Rysiek, który pewnie był świadkiem tamtych strasznych wydarzeń, został wysłany do Bierutowic pod Karpaczem. Dziennikarze pisząc o oskarżonym wspominali, że między 1945 a 1947 rokiem był w tamtejszej „szkole orląt”. To ciekawe w aspekcie poglądów politycznych i kariery rodziców.
Powojenna Szkoła Orląt Grunwaldzkich, która działała w poniemieckim hotelu, miała korzenie w organizacji młodzieżowej działającej od 1933 przy Związku Strzeleckimi, a w czasie wojny konspiracji. Była drugim co do liczebności po ZHP międzywojennym stowarzyszeniem młodych ludzi. Po wojnie, żeby odwrócić uwagę od tradycji orląt lwowskich, placówka przybrała nazwę grunwaldzkich. W mundurach i z wojskowym regulaminem uczyły się tam osierocone dzieci oficerów wojskowych i żołnierzy AK, młodociane ofiary niemieckich więzień i obozów koncentracyjnych. Z czasem szkoła przekształciła się w prewentorium dla dzieci.
Podobno Ryszard przyjechał stamtąd do Lublina z gruźlicą.
- Lubelski dom Gorzelów nie był już zbrojną fortecą, ale ział chłodem i pustką - pisał Brandys, który przyczyn tragedii upatrywał w tym, że Ryszard miał jakiś uraz na punkcie matki, „groźnej, wiecznie uzbrojonej, nienawidzonej i nienawidzącej”.
Powodem zbrodni miał być konflikt. Ryszard chciał się żenić z Danutą, telefonistką z poczty. Rodzice - w jednych gazetach matka, w innych ojciec - uważali przyszłą synową za pijaczkę, a przede wszystkim bikiniarkę! No i pojawił się motyw ślubu, Danusia miała chcieć kościelnego.
Oficjalna informacja: 14 listopada 1957 roku na dziedzińcu więzienia mokotowskiego w Warszawie został wykonany wyrok na Ryszardzie Gorzelu. Informacje nieoficjalne przekazywali sobie ci, co znali Franciszkę i Mieczysława. Ryszard dzięki partyjnym znajomościom miał być wywieziony za granicę i żyć spokojnie do naturalnej śmierci. Dziś by dobiegał osiemdziesiątki.
18/20
Piętro. Pierwsze
- Zapamiętałam tę starszą panią, bo kiedy mieszkałam w kamienicy, to czasami jej pomagałam. Bywało, że mnie wołała, żeby jej nawlec igłę. Była już w mocno podeszłym wieku, samotna. Miała takie oryginalne nazwisko Ohma - opowiada Zofia Morawińska.
Pani Emma zamieszkała w jednym z pokoi, już po tym jak przedwojenne metraże nowy system zamienił w komunałkę. Można było mieć sąsiadów za ścianą i raczej ich nie widywać, bo po kwaterunkowym dogęszczaniu oni używali innej klatki schodowej. A w łazience i kuchni ciągle spotykać kogoś z drugiej strony długiego przedpokoju.
- Tak sobie o niej ostatnio myślałam, w związku z tym filmem „Wołyń”, bo ona przeszła przez tę wołyńską rzeź. Była wtedy nastolatką, miała 14 czy 16 lat. Kiedy miewała gorsze dni, to wołała, że ich widzi, że przyszli, że znów tu są. Kiedyś mi opowiedziała, że mieszkali właśnie gdzieś tam, na Wołyniu. Jakimś cudem udało jej się uciec do lasu. Gdy wróciła, nikt z jej bliskich nie żył, a to była ośmio- czy dziewięcioosobowa rodzina. Starsi mieli odrąbane głowy, młodsze rodzeństwo zastała przybite gwoździami do podłogi. To wszystko do niej pod koniec życia wracało...
Zofia Morawińska przytacza też zasłyszaną od lokatorki historię jej oryginalnego nazwiska. Przodkowie pani Emmy mieszkali gdzieś w dworku i trafił do nich ranny czy może chory napoleoński żołnierz, który wracał z wojny do domu. Córka gospodarzy wpadła mu w oko. Chyba z wzajemnością. Dziecko dostało nazwisko, a on, jak już wyzdrowiał, pojechał do Francji. Po jakimś czasie rodzina dziewczyny postanowiła sprawę wyjaśnić, znali nazwę miejscowości, z której pochodził, chyba gdzieś w Lotaryngii. Pojechali, okazało się, że to nazwisko jest tam tak popularne jak nasz Kowalski. Wrócili z niczym.
- To była przesympatyczna pani, poznałam ją, gdy była już w podeszłym wieku. Musiałam się jakoś zameldować w odziedziczonej kamienicy, pokój obok niej był wolny. Pani Emma zapewniała, że się dogadamy w sprawie korzystania z łazienki, nie będziemy sobie przeszkadzać. Było mi głupio, bo ja tylko formalnie chciałam tam mieszkać - wspomina nieżyjącą już lokatorkę Ewa van der Veer-Chrościechowska.
19/20
Drzwi
Pewnie dużo osób, jeśli podniesie wzrok znad tego tekstu i popatrzy na półki z książkami, to je zobaczy. Albo pamięta z domu rodziców, albo dziadków. Stoją równo, okładka przy okładce, tom przy tomie, jak wojsko. Zajmują ponad pół metra półki. Trzynaście tomów Wielkiej Powszechnej Encyklopedii PWN. 82 tysiące haseł, przy których pracowało 1000 autorów. Internet i Google razem wzięte kilku powojennych pokoleń Polaków.
Tom pierwszy, hasła A-Ble wydrukowano w czerwcu 1962 roku. Na jednej z początkowych stron wymienieni są członkowie komitetu redakcyjnego, drugie nazwisko na liście Adam Bromberg, dyrektor PWN.
Ostatni, 13 tom, czyli suplement, ukazał się w 1970 roku. W tym samym roku Bromberg emigrował z rodziną do Szwecji. Encyklopedię, której pierwszy nakład trafił do 133 tysięcy subskrybentów, wspominał jako największy sukces swojego życia, choć drogo kazano mu za niego zapłacić. Aresztowaniem, wiezieniem i wygnaniem.
W Szwecji w 1975 roku powstało Brombergs Bokforlag. Wydawnictwo w mieszkaniu założyli Adam z córką Doroteą. W jednym z wywiadów Dorotea Bromberg opowiadała, jak jesienią 1978 roku mieli wydać szwedzkie tłumaczenie „Sztukmistrza z Lublina”. Po spotkaniu z księgarzami była szczęśliwa, bo miała zamówienie na 750 egzemplarzy, co pozwalało na nakład 3 tysięcy. A wtedy Akademia Szwedzka ogłosiła, że Izaak Bashevis Singer dostał Nobla. Sprzedali 150 tysięcy egzemplarzy. Podobnie było z Czesławem Miłoszem. Octavio Paz czy J.M. Coetzee też najpierw podpisywali umowę z Brombergs Bokforlag, a potem dostawali noblowską nagrodę.
Adam Bromberg wspominał, że Singer po Noblu odwiedzał ich co rok. Zawsze z maszyną do pisania. Wypytywał o Lublin.
20/20
Klucz
Eklektyczna kamienica, na której frontonie sztuczny pilaster udaje, że podpiera gzyms udający głowicę greckiej kolumny i owalny kartusz z datą MCMX–MCMXI, jest na sprzedaż.
>>>
Korzystałam z Historii Mówionej Ośrodka Bramy Grodzkiej Teatr NN, materiałów Gimnazjum nr 11 im. por. mar. Mariana Tadeusza Mokrskiego w Lublinie, Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie oraz prasy z epoki.
*Personalia niektórych bohaterów zostały zmienione.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze