Mieszkaniec Leszkowic żąda od Lubzelu 100 tysięcy zł za wycięcie lasu
Las Czarachowiczów wygląda jak po przejściu trąby powietrznej. Pasy bez drzew mają ponad 100 metrów długości. To nie dzieło natury, a wynik prac energetyków.
- 18.12.2009 21:15
– Ja rozumiem, że pod linią energetyczną trzeba było zrobić przycinkę – przyznaje Paweł Czarachowicz, współwłaściciel działki. – Ale dlaczego nikt do mnie wcześniej nie przyszedł? Byłbym przygotowany do usunięcia ściętych drzew i pewnie byśmy się porozumieli co do kwoty odszkodowania.
Jednak Czarachowicz o wycince dowiedział się dopiero od sąsiada. – Przybiegł pod koniec września i powiedział, że miejscowe pijaczki szykują się już do kradzieży ściętych na mojej działce drzew – relacjonuje mężczyzna.
Na miejscu okazało się, że wycięte pasy mają dziewięć metrów szerokości. Piętnastoletnie sosny i brzozy ścięto przy pniach. Na pierwszej działce wykarczowano w sumie pięć arów lasu, na drugiej dwa razy więcej.
PGE Dystrybucja Lubzel twierdzi, że to były zwykłe i planowe „prace eksploatacyjne”. Właściciele działek mogą się o nich dowiedzieć jedynie z prasy i poprzez ogłoszenia w miejscach publicznych na sklepach.
– Zgodnie z przepisami, nasza spółka jest zobowiązana do utrzymywania w odpowiedniej odległości od przewodów linii napowietrznej średniego napięcia gałęzi, drzew i krzewów – tłumaczy Dorota Szkodziak, rzecznik firmy.
– To nie eksploatacja, a wandalizm – złości się Czarachowicz. Zgłosił na policję zniszczenie mienia. – Przecież można było wyciąć wąski pas pod drzewami, wjechać tam samochodem i przyciąć gałęzie znajdujące się najbliżej linii. Wtedy straty były mniejsze.
Zdesperowany mężczyzna zaczął słać skargi do Lubzelu. Energetycy są gotowi zapłacić mu odszkodowanie. Rzeczoznawca wycenił szkody na 3,7 tys. zł.
– Postąpiliśmy zgodnie z przepisami, ale przy okazji prac wyrządziliśmy szkodę – tak Szkodziak tłumaczy przyznanie odszkodowania. I dodaje, że nie było innej możliwości zabezpieczenia sieci energetycznej.
Czarachowicza taka kwota już nie interesuje. Obliczył, że wycięto mu tysiąc drzew. – Chcą mi zapłacić po 3,7 zł za drzewo – tłumaczy mężczyzna. – Gdyby próbowali się ze mną porozumieć zaraz po wycince, wystarczyłoby 15 tys. zł odszkodowania.
Będzie jednak znacznie więcej. W ostatnim piśmie do Lubzelu wystąpił o ponad 100 tys. zł. I zapowiada wytoczenie procesu cywilnego.
Reklama













Komentarze