Zarządzenie prezydenta obowiązuje teoretycznie od 1 stycznia. Zabrania poruszania się po Lublinie ciężarówkami o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 16 ton. Wyjątek zrobiono głównie dla pojazdów, które dowożą lub odbierają ładunek z miasta albo mają tu bazę.
– W mieście jest mniej tirów, zwłaszcza na al. Kraśnickiej. Ale bardziej jest to zasługa otwartej niedawno zachodniej obwodnicy Lublina, niż zakazu wjazdu dla ciężarówek – ocenia pan Piotr, lubelski taksówkarz.
Stosowne znaki zakazu, na które wydano dotąd prawie 12 tys. zł, stanęły na granicy Lublina, przy szesnastu drogach wjazdowych, z wyjątkiem ul. Abramowickiej, bo z tej strony nie ma dróg, na które jeszcze przed miastem można by skierować tiry.
Okazuje się jednak, że przez miesiąc drogówka nikogo nie ukarała. – Mandatów nie było – potwierdza Andrzej Fijołek z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
Pytany o powody, wymienia długą listę. Choćby to, że znaki nie wszędzie stoją. I nie chodzi tylko o lukę na ul. Abramowickiej. – Na przykład kierowca jadący od strony Kraśnika zobaczy zakaz, ale jadący od Opola Lubelskiego już takiego znaku nie ma – wskazuje na skrzyżowanie przy kościele w Konopnicy.
Drugim problemem wskazywanym przez policję jest to, że znaki są dla kierowców zaskoczeniem. – Nie każdy wie o zakazie, nie jest o nim wcześniej informowany, a później nie ma już innego wyjścia niż wjechać za znak. Nie porusza się samochodem osobowym, ale długim, ciężkim zestawem, którym fizycznie nie może zawrócić, więc jest zmuszony do wjazdu – tłumaczy Fijołek. – Jeśli już zobaczy znak i chciałby przed nim stanąć, to doprowadziłby do powstania wielkiego korka.
Rzeczywiście, znaki nie stoją przed Lublinem, ale dopiero na terenie miasta, bo tylko tu prezydent ma prawo je umieścić. Na to, by stały wcześniej, już przy obwodnicy, musi się zgodzić Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Ta wciąż jednak czeka, aż miasto przedstawi jej projekt stosownego oznakowania. – Nie dostaliśmy jeszcze takiego projektu – przyznaje Krzysztof Nalewajko, rzecznik lubelskiego oddziału GDDKiA.
– Rozmowy są prowadzone na nowo – mówi Krzysztof Żuk, prezydent Lublina (w GDDKiA niedawno zmienił się dyrektor – red.)
Sam prezydent przyznaje, że jeśli kierowcy tirów stosują się do zakazu, to jest to wyłącznie ich dobrą wolą. – To prawda, ale dzięki nagłośnieniu sprawy nie chcą mieć kłopotów, jadą obwodnicą i odczuwamy ulgę w środku miasta – podkreśla Żuk. – Ale rzeczywiście od strony formalnej współpraca z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad musi zaowocować oznakowaniem, które nie będzie budzić wątpliwości. Na to będziemy potrzebowali jeszcze trochę czasu.
Nie należy się więc spodziewać, że policja sięgnie po bloczki z mandatami. – Od tego jesteśmy policjantami, żeby egzekwować przestrzeganie znaków – przyznaje Fijołek. – Ale na drodze są różne sytuacje i trzeba do nich podchodzić tak, żeby nie doprowadzić do większego paraliżu.
Zarządzenie prezydenta obowiązuje teoretycznie od 1 stycznia. Zabrania poruszania się po Lublinie ciężarówkami o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 16 ton. Wyjątek zrobiono głównie dla pojazdów, które dowożą lub odbierają ładunek z miasta albo mają tu bazę.
– W mieście jest mniej tirów, zwłaszcza na al. Kraśnickiej. Ale bardziej jest to zasługa otwartej niedawno zachodniej obwodnicy Lublina, niż zakazu wjazdu dla ciężarówek – ocenia pan Piotr, lubelski taksówkarz.
Stosowne znaki zakazu, na które wydano dotąd prawie 12 tys. zł, stanęły na granicy Lublina, przy szesnastu drogach wjazdowych, z wyjątkiem ul. Abramowickiej, bo z tej strony nie ma dróg, na które jeszcze przed miastem można by skierować tiry.

Komentarze