W czasach największego kryzysu, na początku lat 80 ub. w. większość sklepów świeciła pustkami. Jacek Mirosław, wieloletni fotoreporter lubelskich mediów, jest autorem wielu zdjęć z tego okresu.
- Sam byłem świadkiem, kiedy w małym, wiejskim sklepie na regale stały same butelki z octem - wspomina Jacek Mirosław. - Można było jeszcze kupić jakieś konserwy rybne, zapałki i musztardę. Nic więcej. W mieście było trochę lepiej, ale żeby cokolwiek kupić, trzeba było swoje wystać. Jedną z najdłuższych kolejek, jaką widziałem to była do sklepu meblowego przy Szopena. Niektórzy stali w niej nawet przez tydzień, oczywiście zmieniali się: rano stał dziadek, po południu syn, potem synowa albo sąsiad. Najważniejszą osobą w takiej kolejce był ten, który sprawdzał listę obecności. Zasady były surowe: nieobecni w chwili odczytywania listy wypadali z kolejki.
Kupili, bo wystali
Handel w tamtych latach nie miał nic wspólnego z wolnym rynkiem: ceny były ustalane odgórnie, popyt nie nadążał za podażą, obowiązywały centralne rozdzielniki towaru.
Dziś trudno zrozumieć, jak to było możliwe, że wyjeżdżając nowiutkim samochodem (kupionym na talony lub przedpłaty) już za bramą Polmozbytu mogliśmy go sprzedać za kilka razy drożej niż zapłaciliśmy.
Z uwagi na to, że w sklepach brakowało dosłownie wszystkiego, to klienci kupowali na zapas nawet te rzeczy, które nie były im potrzebne do szczęścia. Ale kupili, bo przecież „wystali”.
Mortadela i papier
W Lublinie największe kolejki były pod sklepami mięsnymi. Niektórzy, zwłaszcza przed świętami ustawiali się w nich już poprzedniego dnia. Tak było m.in. w pasażu handlowym na os. Kruczkowskiego.
- Pamiętam, że stałam w takiej kolejce przez całą noc w zimie - wspomina pani Janina. - Ktoś przyniósł koksownik, rozpaliliśmy i tak doczekaliśmy otwarcia sklepu. I co z tego, skoro jak doszło do mnie, to została jedynie mortadela, słonina i kurze łapki? Z nich zrobiłam wtedy rosół.
Jednym z towarów, który długo był marzeniem rodaków, był papier toaletowy. - W sklepie był od razu wykupywany - mówi Jacek Mirosław. - Był inny sposób: trzeba było odnieść odpowiednią ilość makulatury do punktu skupu. Za nią można było dostać pieniądze albo papier.
Polowanie na towary
W połowie lat 80. lubelski handel wprowadził nowatorskie rozwiązanie: rano, przed niektórym sklepami ustawiano kontenery z mlekiem. Klienci brali mleko, a należność wrzucali do specjalnej kasetki. Pomysł szybko upadł. Było manko.
Przez pewien czas kryzys dopadł również rynek tytoniowy. Nie pomógł nawet import papierosów z Albanii. Kidy zabrakło nawet pachnących jak perfumy „DS-ów”, zakłady tytoniowe „rzuciły” do kiosków wybrakowane papierosy, których maszyna nie pocięła, miały popękane bibułki lub były do połowy napełnione tytoniem.
- Woreczek z takimi papierosami kupiłem w kiosku nad Zalewem Zemborzyckim - wspomina Jarosław Kowalczyk z Dziesiątej. - Sam wtedy nie paliłem, ale chciałem zrobić prezent dziadkowi. W kolejce stałem ponad 1,5 godziny.
Kiepskie zaopatrzenie również w piwo sprawiło, że niektórzy lublinianie czatowali przed browarem na wyjazd stara z zaopatrzeniem. Potem jechali za nim. Ta metoda nie zawsze się sprawdzała, bo po przyjeździe do pierwszego sklepu, okazało się że kolejka przed nim jest tak długa, że piwa nie wystarczy dla wszystkich chętnych. Wówczas jechało się za starem do kolejnego i do kolejnego...
Stadion handlowy
Czarę goryczy handlu w tamtych czasach dopełniały różnego rodzaju talony, asygnaty czy zezwolenia. Dziś być może wywołałoby to salwę śmiechu, ale wówczas mało komu było wesoło, kiedy w sklepie obuwniczym były tylko gumiaki albo sandały, a na wydzielonej półce stały eleganckie, czarne pantofle z karteczką nad nimi: „Sprzedaż obuwia wyłącznie na podstawie aktu zgonu”.
Po 1989 r. handlem zajęli się wszyscy i wszędzie. Stadion Sygnału przy ul. Zemborzyckiej czy też lekkoatletyczny przy al. Zygmuntowskich nigdy w swojej historii nie były tak zapełnione. Trybuny zamieniły się w stoiska handlowe. Handel uliczny stał się tak popularny, że przez długi czas odbierał sklepom klientów. Nikogo nie dziwił widok pięciu hurtowni na jednej uliczce. Wszystkie mieściły się w piwnicach jednorodzinnego domu. Sklepy, składy budowlane, komisy powstawały jak grzyby po deszczu. Niektóre ulice, jak np. 1 Maja zamieniły się w pasaż handlowy, na którym wprost z bagażnika malucha można było kupić świeże mięso z uboju, a inny sprzedawca udowadniał, że jego masło jest dobrze zmrożone, rzucając nim o chodnik.
Dziś po większości z nich nie ma już śladu. Pozostały jedynie wspomnienia, a najstarsi klienci wciąż się nie mogą nadziwić, że w markecie nie dosyć, że papieru toaletowego jest w bród, to mogą wybierać między 3- a 5-warstwowym, nie mówiąc o zapachu.
W czasach największego kryzysu, na początku lat 80 ub. w. większość sklepów świeciła pustkami. Jacek Mirosław, wieloletni fotoreporter lubelskich mediów, jest autorem wielu zdjęć z tego okresu.
- Sam byłem świadkiem, kiedy w małym, wiejskim sklepie na regale stały same butelki z octem - wspomina Jacek Mirosław. - Można było jeszcze kupić jakieś konserwy rybne, zapałki i musztardę. Nic więcej. W mieście było trochę lepiej, ale żeby cokolwiek kupić, trzeba było swoje wystać. Jedną z najdłuższych kolejek, jaką widziałem to była do sklepu meblowego przy Szopena. Niektórzy stali w niej nawet przez tydzień, oczywiście zmieniali się: rano stał dziadek, po południu syn, potem synowa albo sąsiad. Najważniejszą osobą w takiej kolejce był ten, który sprawdzał listę obecności. Zasady były surowe: nieobecni w chwili odczytywania listy wypadali z kolejki.
W czasach największego kryzysu, na początku lat 80 ub. w. większość sklepów świeciła pustkami. Jacek Mirosław, wieloletni fotoreporter lubelskich mediów, jest autorem wielu zdjęć z tego okresu.
- Sam byłem świadkiem, kiedy w małym, wiejskim sklepie na regale stały same butelki z octem - wspomina Jacek Mirosław. - Można było jeszcze kupić jakieś konserwy rybne, zapałki i musztardę. Nic więcej. W mieście było trochę lepiej, ale żeby cokolwiek kupić, trzeba było swoje wystać. Jedną z najdłuższych kolejek, jaką widziałem to była do sklepu meblowego przy Szopena. Niektórzy stali w niej nawet przez tydzień, oczywiście zmieniali się: rano stał dziadek, po południu syn, potem synowa albo sąsiad. Najważniejszą osobą w takiej kolejce był ten, który sprawdzał listę obecności. Zasady były surowe: nieobecni w chwili odczytywania listy wypadali z kolejki.
W czasach największego kryzysu, na początku lat 80 ub. w. większość sklepów świeciła pustkami. Jacek Mirosław, wieloletni fotoreporter lubelskich mediów, jest autorem wielu zdjęć z tego okresu.
- Sam byłem świadkiem, kiedy w małym, wiejskim sklepie na regale stały same butelki z octem - wspomina Jacek Mirosław. - Można było jeszcze kupić jakieś konserwy rybne, zapałki i musztardę. Nic więcej. W mieście było trochę lepiej, ale żeby cokolwiek kupić, trzeba było swoje wystać. Jedną z najdłuższych kolejek, jaką widziałem to była do sklepu meblowego przy Szopena. Niektórzy stali w niej nawet przez tydzień, oczywiście zmieniali się: rano stał dziadek, po południu syn, potem synowa albo sąsiad. Najważniejszą osobą w takiej kolejce był ten, który sprawdzał listę obecności. Zasady były surowe: nieobecni w chwili odczytywania listy wypadali z kolejki.


Komentarze