Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama
NASZ CYKL: DZIEWCZYNY Z KALINY, CHŁOPAKI Z KROCHMALNEJ

Trzech „Przerośniętych” z Kaliny i bracia „Historycy” ze Starego Miasta

Maj 1977 roku podobno był piękny – przynajmniej tak opowiadała mi Mama… Do dzisiaj nie wiem i niestety już się nie dowiem, czy chodziło o aurę panującą na dworze, czy o to, że wtedy się urodziłem – wspomina Pan Mariusz.
Trzech „Przerośniętych” z Kaliny i bracia „Historycy” ze Starego Miasta
Targ przy ulicy Lubartowskiej 17 w Lublinie. Obecnie - ulica Lubartowska 43. W tle kamienice przy Nowym Placu Targowym.

Autor: Teatr NN

A urodziłem się w szpitalu położniczym przy ul. Lubartowskiej, który trzymał podobno standardy przedwojenne, powstał w latach trzydziestych XX wieku i był najnowocześniejszym szpitalem położniczym prowadzonym przez gminę żydowską w Polsce. 

Przez pierwsze kilkanaście lat życia mieszkałem zresztą nieopodal: w mieszaniu w kamienicy na ulicy Lubartowskiej pod numerem 44. Kiedyś podobno działał tam komisariat milicji, ja pamiętam jedynie jakieś biuro, spółdzielnię najpewniej, do której wchodziło się przez klatkę schodową w bramie. To był inny świat – boazerie nasączone smrodkiem papierosów, dzwoniące telefony i żuk, który parkował na podwórku. Szofer miał zawsze na pace skrzynkę nałęczowianki i czyhaliśmy na niego z prośbą, żeby poczęstował. Częstował. 

Bramka na ścianie

Podwórko było duże, z jednej strony zakończone ślepą, wysoką ścianą sąsiedniej kamienicy, z drugiej zaś stały „komórki“, czyli piętrowy ceglany gmach, do którego wchodziło się po zewnętrznych schodach. Była to wymarzona pozycja snajperska w zabawie w wojnę, w chowanego, itp. Na ścianie budynku wymalowana była bramka, drugą był trzepak stojący przy ślepej ścianie. Ale się grało – do dzisiaj mam blizny na kolanach i łokciach, gdyż nawierzchnia była dość niegościnna w razie upadku. Wiadomo, sześciokątne kafle. Należało uważać jedynie na mikro-ogródek pani Rymarzowej, który znajdował się w rogu podwórza. 

„Sodówka” i „Samuś”

Co do płyt chodnikowych: ich nierówne łączenia i ubytki idealnie nadawały się na trasy kapslowe. Każdy z nas, chłopaków, miał stajnię zawodników, najszybsze kapsle bywały przedmiotem wymian, tak na inne kapsle, jak i dobra gastronomiczne: pączki bądź napoje słodkie lub – co lepsze – oranżadki w proszku. Te kupowało się albo w „Sodówce“, czyli małym sklepiku po drugiej stronie ulicy, bądź „Samusiu“. Po napój „Mandarynka“, a właściwie na napój, gdyż brało się „na miejscu“ chodziliśmy do warzywniaka na rogu ulicy Szkolnej i Czwartek. Takie eskapady miały miejsce po meczach piłkarskich bądź potyczkach kapslowych, bo często spłacało się „Mandarynką” różnego rodzaju zakłady. Raz, pamiętam, starsi koledzy zorganizowali nam, szczeniakom, mistrzostwa świata w piłce nożnej, w czasie tych z Meksyku, 1986 rok. Pamiętam puchar zrobiony z butelki po kefirze, owinięty w pazłotko i z futbolówką z plasteliny na czubku. Dzięki Andrzej!

Iron Maiden na walkmenie

Ogólnie byliśmy zgraną brygadą, jako jeden z młodszych nie czułem, że traktują mnie gorzej. Pewnego dnia sprowadzili się nowi: bracia Robert i Tomek. Mieli rower BMX, zegarki z kalkulatorem i walkmana. Przyszli z bloków na Makach. Słowem – śmietanka. Starszy Robert na walkmanie słuchał metalu pokroju Iron Maiden, czy Metallica. Ta muzyka towarzyszy mi zresztą do dzisiaj, po erze metalu na podwórku nr 44 pozostały chyba jeszcze ślady: pewnego dnia Robert wlazł na dach śmietnika i wykonał napisy wysokiej klasy: „Metallica“ i „Iron Maiden“. Idealnie, jak z okładek kaset, które kupowało się w sklepie DISCO przy Staszica. Tam także były do nabycia „kapsle“, czyli plakietki zespołów. Tam także grasowali bracia „Historycy“, dwaj panowie ze Starego Miasta, którzy pytali nabywców tychże precjozów o dyskografię i historię zespołu (stąd ksywa obu panów). Niestety, starszy z braci „Historyków” nie żyje. 

Wędrówki po Lublinie

A wracając na moje podwórko - do 1985 roku była tam także piaskownica, wybudowana przy „komórkach“, przez ścianę z wychodkiem. Dzisiejsze mamy pewnie dostałyby apopleksji widząc piach zawsze wilgotny, czując zapachy swoiste, a dzisiejsze dzieci zapewne nie weszłyby do piaskownicy. Kiedyś były inne czasy.

Z podwórka wędrowaliśmy chyba po całym Lublinie. Jako 10-latek zjeździłem trolejbusami całe miasto, zimą jeździłem sam na lodowisko na Lubliniankę, również na zapiekanki w małym lokaliku, który tam był także. Na sanki chodziłem do wąwozu na Kalinę a na filmy do kin – sprawdzaliśmy w gazecie, co dzisiaj grają: Imperium Kontratakuje, Krokodyl Dundee, Klasztor Shaolin... Oczywiście jako poważni 10-letni mężczyźni pomijaliśmy te filmy b.o. (bez ograniczeń), koncentrując się na tych od 12, a nawet 15 lat. 

Pachnące Pewexy, puszki pod Victorią

Trzeba było też obowiązkowo pooglądać i powąchać (pachniały osobliwie i pięknie) Pewexy na Szewskiej i Kołłątaja, poszukać puszek po napojach do kolekcji pod hotelem Victoria i Unia. 

Podczas jednej z moich wypraw natknąłem się na trzech "Przerośniętych", jak to ładnie określił zblazowanych łobuzów Edmund Niziurski w "Sposobie na Alcybiadesa". Mimo że nie byłem strachliwy, to zląkłem się okrutnie. Nie o swoją cielesność, a o czasomierz "Montana" 7 melodychrono, który miałem na ręku. Rzecz miała miejsce na Kalinie, działa się szybko. Herszt bandy bez zbędnych słów podszedł do mnie i... splunął wprost na moją koszulkę całą zawartością swego nosa. Nie będę opowiadał, jak to wyglądało. Dość, że organizm 11-letniego Mariusza zareagował gwałtownym (i to dosłownie!) sprzeciwem. Mówiąc wprost, zwymiotowałem na niego, co wzbudziło niepomiarkowaną wesołość kompanów i zdębienie agresora, dające mi możliwość ucieczki.

Obiady w „Stylowej”, kanapki na dworcu PKS

Ale naszym samotnym wędrówkom nie było końca. Na jedzenie chodziliśmy do baru „Pośpiech” na kartofle z buraczkami (dalej są pyszne), na frytki do blaszanej budy na targu (od ulicy Targowej), na hot doga z pieczarkami pod Bazar, na pyszne lody włoskie na dworzec PKS.

Z rodzicami zaś chodziłem na niedzielne obiady „Pod Skarpę” i do „Stylowej”. Czasami na szybko coś przekąsić w barze w Bazarze. Mieli tylko mrożonki, ale klopsiki w sosie pomidorowym z bułką, przy wysokim stoliku, wspominam smacznie. Podobnie jak kanapki z czarnym salcesonem w bufecie na dworcu PKS.

Nie dane mi było natomiast stołować się w stołówce Szkoły Podstawowej nr 25, do której chodziłem do IV klasy. Szkoła miała za patrona Władysława Broniewskiego, pamiętam ją jako wielką i potężną. Zupełnie inaczej wygląda teraz, taka malutka się zrobiła, a boisko jeszcze mniejsze. 

Wszędzie było pięknie

Warzywniak przy Obywatelskiej, w którym po szkole kupowało się kilka ogórków kiszonych lub kapusty kiszonej do ćwiartki chleba (tak, tak, można było kupić ćwiartkę chleba, przekrojoną wielkim nożem na desce przez ekspedientkę w białym kitlu) jeszcze istnieje. Zajadaliśmy się tym w drodze do domu: albo naokoło: Sierocą, Biernackiego i Lubartowską, albo na skróty. Trasa biegła wtedy obok warsztatu kowalskiego (skąd pozyskiwaliśmy hacele do gry) i przychodni stomatologicznej. Zapach dobywający się stamtąd przeraża mnie w pamięci do tej pory...

Piękne to były czasy, choć wiem, że pięknie tak mocno nie było. Ale jak się ma 10-12 lat, wszędzie jest pięknie. Tyle tylko, że nie żałuję, że ich już nie ma. Dzisiaj też jest pięknie. Cytując Jerzego Pilcha: „Wie pan, wszystko jedno, czy ma się przed sobą sto lat, rok czy tydzień, zawsze ma się przed sobą wszystko”. 

Not. Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Piszcie o swoich ulicach: [email protected]

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama