Helena Modrzejewska przyjechała do Lublina pociągiem z Warszawy o szóstej rano i zatrzymała się w hotelu „Victoria”, razem z nią przyjechał Bolesław Ładnowski. Wieczorem odegrano między innymi fragmenty nieznanego w Lublinie „Makbeta”, po występie Modrzejewska dostała wielki bukiet kwiatów z szarfą, na której widniał napis: „Wielkiej artystce Lublinianie”. Rano Helena wyjechała na 4 koncerty do Łodzi, ale obiecała, że być może jeszcze przyjedzie do Lublina. Tak się stało, przyjechała do Lublina na dodatkowy występ. Do Warszawy wyjechała nocnym pociągiem, odprowadzana przez młodzież. Szła szpalerem, żegnana wierszami i okrzykami. Następnie z okna wagonu rzuciła w kierunku publiczności kwiaty i obietnicę, że być może przyjedzie jeszcze raz.
140 lat temu otwarto w Lublinie nowy teatr?
- Żeby go otworzyć, to trzeba było go najpierw wybudować i to jest bardzo ważne. O tym, że w Lublinie nowy teatr jest potrzebny to już od 1866 roku pisano, podejmowano różne próby dopóki w swoje ręce nie wzięli sprawy dwaj bracia szaleńcy - jak ich nazywano. Bliźniacy Adolf i Juliusz Frickowie, właściciele Browaru Parowego.
Historia Teatru im. Juliusza Osterwy zaczęła się od piwa?
- Od entuzjazmu braci Frick, że tym razem musi się udać. Właściciele browaru zarazili entuzjazm cały Lublin. Ogłosili międzynarodowy konkurs na łamach technicznego czasopisma „Inżynieria i budownictwo”, na projekt Teatru i Resursy kupieckiej, które miały się mieścić w jednym gmachu. Wybrano projekt Karola Kozłowskiego. Żeby zdobyć fundusze na budowę, bracia powołali w 1884 roku spółkę cywilną Teatr Lubelski, do której przystąpili lubelscy przemysłowcy, kupcy i inteligencja. I teraz uwaga 14 lipca 1884 roku wbito pierwszą łopatę pod fundamenty, rozpoczynając budowę teatru. Nad całością prac czuwał Karol Kozłowski i co podkreślano, pracowali tutaj wyłącznie polscy robotnicy.
W jaki czasie wybudowano teatr?
- W ciągu półtora roku, co jest ewenementem. Był to wtedy jeden z najnowocześniejszych i najpiękniejszych teatrów w Europie. Pisano, że „od wnijścia” teatr porażał swoją pięknością.
Co tak porażało?
- Na holu malowane plafony, bogate sztukaterie i elementy złocone nad wejściami do sali widowiskowej i na balkony. Na sali widowiskowej piękny plafon bogaty sztukaterią, złocony. Wspaniała, malowana kurtyna. Scena wyposażona była w istne cuda techniki, których żaden teatr wówczas nie posiadał. Kulisy umożliwiające zmiany dekoracji posiadały taki mechanizm, że dekoracje zmieniały się w ciągu ośmiu sekund. Trzeba pamiętać, że wtedy dekoracje malowane były na kulisach. W dodatku podłoga wyposażona była w ruchome panele , umożliwiające pojawienie się altanki, wodotrysku czy rzeźby Amorka. Na otwarcie teatr miał 6 kompletów dekoracji, były tak wspaniałe, że zostałynp wypożyczone do Warszawy na premierę „Małaszki”, „obrazka ludowego w 6 odsłonach” Gabrieli Zapolskiej.
Co jeszcze?
- Nasz teatr posiadał 5 zapadni (dziś mamy tylko jedną), które potrafiły wynieść na powierzchnię całe grupy ludzi czy powóz konny. Gdyby zrealizowano jeszcze projekt ruchomej podłogi na widowni, co jest w projekcie, to teatr nie miałby sobie równych w Europie. To było novum absolutne, ale nie starczyło pieniędzy.
Czy otwarciem teatru żył cały Lublin?
- Tak, wszyscy chcieli wziąć udział w inauguracyjnym przedstawieniu. Nic dziwnego, bo było to w tamtych czasach największe święto polskiej kultury. Do Lublina zjechali przedstawiciele świata kultury zewsząd, na pierwszych stronach najpoczytniejszych gazet w Królestwie, w Galicji i w Poznańskim ukazały się sprawozdania i rysunki z otwarcia teatru w Lublinie. Inauguracyjne przedstawienie zagrano aż trzy razy. Wybrano jednoaktówkę Fredry „Nikt mnie nie zna”, której bohaterem był chorobliwie zazdrosny mieszkaniec Wieniawy, który w Lublinie szukał sprawiedliwości. Następnie widzowie zobaczyli pierwszy akt „Halki”, a Karol Kozłowski skomponował na otwarcie „swojego” teatru Mazura Lubelskiego.
Co dalej?
- Teatr był za duży jak na potrzeby ówczesnego Lublina. Mój pomieścić 800 widzów, Lublin liczył niespełna 50 tysięcy mieszkańców, z czego Polacy stanowili połowę. Wypełnienie co wieczór teatru publicznością graniczyło z cudem. Teatr nie otrzymywał znikąd pomocy, mógł się utrzymać tylko z wpływów z kasy. Pełna kasa była ważniejsza od ambicji artystycznych. Wtedy padło słynne zdanie” Nie sztuką jest zbudować teatr, sztuką jest go utrzymać”. Więc teatr to publiczność, która płaci. Jak publiczność czegoś chce to trzeba jej to dać. A czego chciała publiczność? Sztuk lekkich, łatwych i przyjemnych, na których można było się uchachać. Żeby przyciągnąćpubliczność stosowano tzw. lepy na widza. Na scenie dobrze „sprzedawały się” dzieci i zwierzęta. Więc na scenę wjeżdżała na przykład dorożka z żywym koniem. Albo przez scenę pędził pociąg. Do jednego ze spektakli sprowadzono nawet „żywe, prawdziwe Japonki”.
Lepem na widza były wielkie gwiazdy. Na przykład Helena Modrzejewska?
- Tak, gwiazdy i występowicze. Występowiczami określano znanych aktorów, którzy przyjeżdżali by z miejscowym personelem zagrać swoje popisowe role. A gwiazdy przyjeżdżały ze swoim zespołem, albo z osobą towarzyszącą, żeby przedstawić tzw. bukiet dramatyczny, składający się z fragmentów ich wielkich ról. Helena Modrzejewska przyjechała do Lublina pociągiem z Warszawy o szóstej rano i zatrzymała się w hotelu „Victoria”, razem z nią przyjechał Bolesław Ładnowski. Wieczorem odegrano między innymi fragmenty nieznanego w Lublinie „Makbeta”, po występie Modrzejewska dostała wielki bukiet kwiatów z szarfą, na której widniał napis: „Wielkiej artystce Lublinianie”. Rano Helena wyjechała na 4 koncerty do Łodzi, ale obiecała, że być może jeszcze przyjedzie do Lublina. Tak się stało, przyjechała do Lublina na dodatkowy występ. Do Warszawy wyjechała nocnym pociągiem, odprowadzana przez młodzież. Szła szpalerem, żegnana wierszami i okrzykami. Następnie z okna wagonu rzuciła w kierunku publiczności kwiaty i obietnicę, że być może przyjedzie jeszcze raz. Gwiazd było więcej: i Osterwa, i Jaracz i Solski, Smosarska, Ordonka, cały areopag.
Czy to prawda, że krem Cosmopolis, którego używała Pola Negri, Można była kupić w perfumerii „Iris” znajdującej się w gmachu teatru?
- Tak, w gmachu Teatru Miejskiego w latach dwudziestych mieściły się lokale tego typu, wynajmowane po to, żeby teatr utrzymać. W tym perfumeria, o którą pan pyta, gdzie można było dostać wspomniany krem.
Do dziś zachowała się Teatrze im. Juliusza ,,garderoba Modrzejewskiej”?
- Tak, pod sceną. Tak nazywamy to miejsce, bo tam Wielka Helena ,, rezydowała’’ podczas gościnnych występów . Pokazujemy ją w trakcie zwiedzania naszego teatru. W tej chwili jest tam rekwizytornia.
Przenieśmy się wehikułem czasu w wiek XX. Kobiety zawsze kochały się w aktorach?
- Tak, czasem nawet dochodziło do rywalizacji. Po wojnie na przykład były wśród kochających się dam dwie frakcje: panie, które kochały się w Juliuszu Machulskim i panie, które kochały się w Stanisławie Mikulskim. Obaj byli aktorami naszego teatru. I na widowni różnie bywało, jak występowali w jednej sztuce. Jak wychodził Machulski, brawa były umiarkowane, jak wychodził Mikulski, o wiele mocniejsze. Pani Parysowa, która robiła zdjęcia i wystawiała portrety aktorów w swoim zakładzie na Kościuszki w końcu zrezygnowała z wystawiania zdjęć Machulskiego i Mikulskiego. Stawała przed szybą i wiedział kto jest na fali, bo więcej ust było odciśniętych przy jednym lub drugim portrecie. Miała dość zmywania szminki z zakładowej witryny. Dalej, Piotr Wysocki. Wiera Korneluk nazwała go seks bombą rodzaju męskiego. Kolejny piękny mężczyzna to Henryk Sobiechart, dalej Piotr Suchora uwielbiany przez młode panienki. Jak grał Błazna w „Wieczorze trzech króli” to na widowni pojawił się transparent: Niech Suchora wiecznie gra, bo go kocha III a. Kto jeszcze? Szymon Sędrowski, kiedy u nas grał, to pół Lublina się w nim kochało, w końcu na chodniku pojawił się napis kredą: Szymon czy masz dziewczynę? O! Mdlały dziewczynki, jak Krzysztof Olchawa wychodził jako Rogożyn w „Idiocie”, w czerwonym szlafroku, z półnagim torsem.
A bufety i restauracje w teatrze?
- Całe drugie piętro to był bufet, gdzie serwowano ostrygi, homary, rozmaite zagraniczne specjały. Piętro niżej mieściła się poczekalnia dla panów, którzy dzięki windzie z kuchnią mogli sobie zamówić kolację i dopóki nie spożyli, to się przedstawienie nie zaczęło. Inna grupa szła do restauracji z ogrodem, którą założyła w 1893 roku pani Chodorska. W ogrodzie były specjalne pawilony z atrakcjami. Po przedstawieniu odbywały się tam „dla Państwa” koncerty, na przykład Orkiestry Marynarskiej. Pod sceną swoją ,, restaurację’’ mieli aktorzy, gdzie nie podawano raków i homarów ale specjał nad specjałami czyli zupę Teosia.
A cóż to była za zupa?
- Nazywano ją zupą na gwoździu. Jej zapach często docierał do gości w ogródku, którzy pytali co tak pachnie? Zupę nad zupami gotował Teofil Gamski, najlepszy sufler w okresie międzywojennym. Zachował się przepis na zupę Teosia z 1905 roku: „kupowało się u rzeźnika za 3 kopiejki funt okrawków mięsnych, na których gotowały się suche skórki chleba z dodatkiem soli, pieprzu i cebuli. Zupa miała być gęsta i ostra. Było to antidotum na wszelkie smutki. Jak mawiał Teoś, „można było nią gębę zalać i dramatyczne myśli rozjaśnić”. Mieli też aktorzy swój kultowy napój: kawę a ‘la Weissberg. Rano parzyli składkową kawę, w miarę zużycia uzupełniając dzbanek wodą. I na przerwie raczyli się nie lurą ale kawą a’la Weissberg. Kim był ów Weissberg? To lubelski adwokat,który spędzał wieczory w teatrze według określonego rytuału. Przed przedstawieniem zjawiał się w teatralnej restauracji, gdzie miał zarezerwowany gabinet, by zadysponować kolację. Zjadał ją w czasie pierwszego aktu, na drugi akt szedł na przedstawienie, na trzecim wracał i rozkoszował się aromatem i smakiem czarnej kawy z kamionki. Zapalał cygaro i czekał na swoich gości. Były to młode aktorki , które pana Tobiasza nazywały wujciem. Serwował im skromne, kolacyjne danie a na koniec zapowiadał: A teraz poproszę maszynkę dobrej kawy. Kelnerzy znając skąpstwo mecenasa pytali z szelmowskim uśmiechem: smakowita kawa a'la Weissberg? Tak, tak promieniał mecenas: nie można niszczyć młodych serduszek za dużą dawką kofeiny. I wszyscy byli zadowoleni, starszy pan z towarzystwa którego mu zazdroszczono w mieście i kelnerzy ze stworzonej przez siebie anegdoty która przetrwała lata , bo Weissberga pijano u nas w teatrze do chwili pojawienia się kawy rozpuszczalnej
Legendą była też po wojnie kawa u pana Widelskiego?
- Tak, na winklu, w środku było bardzo ciasno,można tam było spotkać aktorów, kawę pito przed kawiarenką. Pan Widelski sam parzył kawę w maszynce, na talerzyku kładąc ziarenka kawy. W kawiarence była cała ściana z autografami gości. Jak Widelskiego zabrakło, zrobiono remont, ścianę zamalowano.
W ciągu 140-to letniej historii , teatrem kierowało wielu dyrektorów, czy można powiedzieć kto „panował”tu najkrócej a kto najdłużej?
- Najkrótszą była dyrekcja Łucjana Kościeleckiego w 1890 r trwająca niespełna dwa miesiące. A wszystkie rekordy pobił Krzysztof Torończyk. Jako dyrektor naczelny kierował teatrem przez lat 16, ale wcześniej przez lat 14 był zastępcą dyrektora czyli daje nam to lat 30! Trzeba tu powiedzieć że grywał też jako dziecko na scenie. W ,,Powrocie Przełęckiego” jako Jaś występował u boku Haliny i Jana Machulskich a potem Jan Machulski reżyserował i grał gościnnie,, Uciekła mi przepióreczka” gdy „Jaś” był już zastępcą dyrektora. Tyle opowieści. A my dziś pamiętajmy o tym, co było wczoraj.

















Komentarze