Operacja Czysta Rzeka wystartowała 1 marca. Czas na zakładanie sztabów, budowanie grup, które będą sprzątały, oraz wybieranie miejsc trwa do 4 maja. Jak to wygląda w Lublinie?
W Lublinie, mamy kilka akcji, do których włączamy się w ramach Operacji Czysta Rzeka. Najbliższa będzie nad Bystrzycą, w pustostanach leśnych, które już od kilku lat sprzątamy i staramy się, żeby tych śmieci było tam coraz mniej. Zebraliśmy kilkaset worków, a dalej jest pewnie jeszcze druga taka sama część, która jest przed nami. Planujemy akcję na 21 marca – to pierwszy dzień wiosny.
Potem, 28 marca, planujemy akcję w Parku Helenów. To jest na Sławinku, który również nie jest sprzątanym parkiem. Spróbujemy wynieść jak najwięcej śmieci. Jeżeli nie my, to nie ma nikogo innego, kto mógłby o to zadbać.
Jak wyglądają takie akcje w praktyce?
Sztab Operacji Czysta Rzeka pomaga w organizacji i w szukaniu wolontariuszy. Dostarczane są worki i rękawice. Wystarczy zebrać grupę i pójść, pozbierać to, co jest. Jeżeli chodzi o zebrane odpady, to później próbujemy je odebrać np. przez urząd miasta albo inne osoby. Jeżeli nie urząd, to Zarząd Dróg. Jeżeli nie Zarząd Dróg, to próbujemy współpracować z firmami, które normalnie odbierają odpady od mieszkańców na terenie Lublina. Mieliśmy kilka takich przypadków, że dzięki tej pomocy mogliśmy zabrać bardzo duże ilości śmieci, które były niestety w prywatnych lasach, gdzie nie było innego sposobu, żeby zniknęły z tego miejsca.
Kto przychodzi sprzątać? Czy ludziom w sobotę rano chce się zebrać i zrobić coś takiego?
Większość wydarzeń jest o godzinie dziesiątej, więc to nie jest bardzo wczesna godzina. Na pewno ktoś musi mieć wolną sobotę, żeby mógł przyjść. Musi mieć dobry humor i chęć zrobienia czegoś bez oklasków, bez myślenia o tym, że coś za to otrzyma. Chyba że rękawiczki, worek albo podziękowanie – takie rzeczy możemy dać. To nie jest tak, że ktoś przyjdzie i odpłatnie będzie sprzątał. Przychodzą wolontariusze, którzy mają chęć do działania i to nas łączy.
W różnym wieku?
Są osoby starsze, są osoby młodsze. Przychodzą osoby z dziećmi. Częściowo też osoby z niepełnosprawnościami. Czasami widzimy sytuacje, że ktoś mówi: „Ja bym pomógł, tylko mam taki problem, bo czasem boli mnie kręgosłup i nie mogę się schylać”. Mieliśmy osoby, które miały poważne problemy zdrowotne i mimo to nie narzekały, tylko chciały coś zrobić. W ten sposób nie szukały wymówek, tylko sposobności, żeby zrobić coś dobrego. Nie tylko dla innych – dla siebie też. Każdy z nas idzie do lasu czy nad rzekę i chciałby mieć to miejsce czyste. A niestety niektórzy zostawiają śmieci – częściowo specjalnie, częściowo przez przypadek. Próbujemy, żeby tak nie było i żeby nasze tereny zielone wyglądały tak, jak chcielibyśmy, żeby wyglądały.
Czy możemy powiedzieć, że Lublin jest zaśmieconym miastem? Mamy z tym problem?
Wydaje mi się, że jest czyściej niż było wcześniej. W miejscach, które sprzątaliśmy, śmieci jest dużo mniej. Mamy taki las na Sławinie. Pamiętam, że kiedyś wywieźliśmy z niego około 600–700 worków. To była ogromna ilość problematycznych odpadów, bo to były tereny prywatne, gdzie Straż Miejska czy Ochrona Środowiska nie mogły zlokalizować konkretnego właściciela i wskazać osoby odpowiedzialnej za sprzątanie. Kolejne akcje powodowały, że tych śmieci było coraz mniej. W pewnym momencie, przy kolejnej akcji, okazało się, że w niektórych miejscach już ich nie ma – mieszkańcy zaczęli sami o to dbać. Spacerując z psem czy jeżdżąc na rowerze, zabierają śmieci – nie tylko swoje, ale też cudze. Wcześniej to był po prostu las–śmietnisko.
Domyślam się, że w takich miejscach można znaleźć wiele „niespodzianek”.
Tak, w większości rzeczy z czasów PRL-u i późniejszych lat – bardzo dużo szkła i innych odpadów z lat 90. i początku 2000. To stare, problematyczne odpady. Teraz mamy o tyle lepiej, że śmieci są odbierane od mieszkańców i nie ma sensu wywozić ich do lasu.
Tak samo z oponami. Nie ma sensu wywozić ich nad rzekę czy wrzucać do rzeki. Można je oddać bezpłatnie, np. do PSZOK-u przy ulicy Metalurgicznej w Lublinie. Do ośmiu opon rocznie na gospodarstwo domowe. Wielokrotnie oddawałem i nigdy nie było problemu.
Może też edukacja na ten temat pomogła? Albo jest większa świadomość?
Największy efekt przyniosłyby wyższe kary. Obecne są bardzo niskie. Mówi się o kilku tysiącach złotych za przestępstwa ekologiczne, ale rzadko się słyszy, żeby ktoś faktycznie taką karę dostał. Są przypadki, np. gdzieś pod Lubartowem znaleziono pojemniki z chemikaliami – i nie można ustalić sprawcy.
Wyrzucając śmieci, warto się zastanowić nawet przy drobnych rzeczach – ktoś rzuci peta i myśli: „to tylko mały śmieć”. A potem pojawiają się kolejne – puszki, butelki i inne odpady. Widać jednak pewną poprawę – szczególnie jeśli chodzi o puszki i plastikowe butelki. System kaucyjny działa. Ludzie się zastanawiają albo ktoś inny je zbiera i oddaje.
System kaucyjny dobrze się sprawdza?
Moim zdaniem to bardzo dobra inicjatywa. Sami zgłaszaliśmy uwagi do ministerstwa, np. żeby objąć nim nie tylko puszki aluminiowe, ale też stalowe. Zostało to uwzględnione. Szkoda, że system nie obejmuje szkła. Oficjalnie mówi się, że szkło jest dobrze segregowane, ale praktyka pokazuje coś innego.
System nadal się rozwija. W części sklepów działa dobrze, w innych automaty są niesprawne. To jeszcze wymaga dopracowania.
A my, Polacy, produkujemy dużo śmieci?
Bardzo dużo. Porównując z innymi krajami, np. Niemcami czy Skandynawią, to tam jest znacznie czyściej. Nawet na szlakach górskich. W Polsce nadal jest nad czym pracować.
Temu służy Operacja Czysta Rzeka, w której to nasz region okazuje się liderem.
W poprzednich latach zbieraliśmy około 1200–1700 worków rocznie. W 2025 roku było to mniej, bo niecałe 500 worków. Ale nie chodzi o ilość. Najlepiej byłoby, gdyby śmieci nie było wcale. Staramy się też czerpać z tego przyjemność. Jeździmy w góry, nad rzeki, organizujemy różne akcje.
W skali całej akcji w Polsce zebrano 38 600 worków w ciągu jednego roku – od marca do początku maja. To ogromna liczba.
Podkreślam, że największym problemem są opony i szkło. Przynajmniej z naszej perspektywy.
Zaśmiecone są również rzeki. Teraz do Sejmu trafił projekt ustawy nadający Odrze status osoby prawnej. Czy to pomoże?
Być może. Ale najważniejsze jest to, żeby ludzie po prostu nie śmiecili. Śmieci trafiają do rzek nawet z odległych miejsc i płyną dalej, aż do Bałtyku. Zdarzało się, że rzeka była całkowicie zablokowana przez odpady, szczególnie za Lublinem. Trzeba było używać ciężkiego sprzętu, żeby to usunąć.
Przewrotnie zapytam, czy 21 marca będzie pan topił marzannę?
Wiem, że takie plany są na Bystrzycy, dostałem zaproszenie. Na pocieszenie powiem, że nigdy nie znaleźliśmy marzanny. Mam nadzieję, że ona się szybko rozpuści, albo ktoś potem ją finalnie wydobędzie.
Jak się zaczęła pana przygoda z dbaniem o środowisko?
Zajmuję się zawodowo zarządzaniem budynkami i kontrolą usług sprzątania. Kiedyś kolega zaprosił mnie na spotkanie wolontariuszy i tak się zaczęło, czyli około 2017–2018 roku. Od tego czasu organizuję takie działania. Co roku robimy kolejne edycje, warsztaty, działania zero waste, a także szkolenia z pierwszej pomocy dla wolontariuszy, którzy na co dzień sprzątają góry. Czuję, że moja praca ma sens.














Komentarze