Od kilku lat coraz częściej słyszymy o suszy. Jak dziś wygląda sytuacja hydrologiczna na Lubelszczyźnie i w Polsce?
– Susze oczywiście zdarzały się zawsze, ale dziś są wyraźnie częstsze i bardziej dotkliwe. Przy czym trzeba pamiętać, że mamy różne rodzaje suszy. Najczęściej mówi się o suszy rolniczej, czyli braku wody w glebie oraz hydrologicznej – związanej z niskimi stanami wód w rzekach i zbiornikach.
Jako hydrobiolog zajmuję się przede wszystkim tym, co dzieje się w wodach i wokół nich, więc widzę przede wszystkim skutki tych procesów. A skutki są bardzo wyraźne – zanikają małe zbiorniki wodne, wysychają torfowiska, dramatycznie obniża się poziom wody w rzekach.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, kiedy jechało się wiosną doliną Bugu czy Wieprza, praktycznie cała dolina była zalana. Od jednej krawędzi do drugiej ciągnęła się tafla wody. Dziś często zostają pojedyncze oczka wodne albo niewielkie rozlewiska.

To widać też w okolicach Lublina.
– Bardzo dobrze. Choćby okolice między Mełgwią a Milejowem. Jeszcze lata temu po obu stronach drogi było mnóstwo małych zbiorników. Dziś większość z nich po prostu zniknęła.
Podobnie wygląda sytuacja z torfowiskami. Na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim wiele z nich nie ma już otwartej wody. Na razie torf jeszcze się tam nie rozkłada na masową skalę, ale jeśli przesuszenie będzie postępować, zacznie się mineralizacja torfu. A wtedy takie siedliska bardzo szybko tracą swoją wartość przyrodniczą. Tymczasem nie są już korzystnymi siedliskami zwierząt wodnych, które w tym środowisku są bardzo specyficzne i ogólnie zagrożone.
To już efekt zmian klimatu?
– W dużej mierze tak, choć problem pogłębia także fatalna gospodarka wodna. Zmiany klimatu są faktem. Widać je bardzo wyraźnie. Np. mój doktorant analizując niedawno dane dla okolic Włodawy stwierdził, że od przez ostatnie 30 lat, średnia roczna temperatura powietrza wzrosła o około 2 °C. Ja prowadzę badania terenowe od początku lat 90. i gdyby ktoś wtedy powiedział mi, jak bardzo zmieni się przyroda w ciągu 30–35 lat, uznałbym to za przesadę.
Tymczasem dziś mamy w Polsce zjawiska, które kiedyś znaliśmy głównie z podręczników, na przykład rzeki okresowe. I to już nie tylko na południu kraju. Nawet na Pomorzu pojawiają się cieki, które okresowo wysychają.
Co najbardziej pana uderza po tych kilkudziesięciu latach badań?
– Tempo zmian. Ono jest naprawdę ogromne. Widzę to choćby po badaniach moich doktorantów, którzy powtarzają badania wykonywane przeze mnie kilkadziesiąt lat temu.
Jeden z doktorantów prowadził badania w Lasach Janowskich. Miał przebadać 40 stanowisk. Siedmiu już nie było. Jedno znajdowało się na trasie drogi ekspresowej, ale pozostałe po prostu wyschły.
Na części stanowisk znajdowaliśmy już tylko resztki wody przypominające gęstą zupę na dnie zbiorników. To pokazuje skalę problemu.
Czy w swojej karierze naukowej potrafi pan wskazać zwierzę, które jest takim swoistym wskaźnikiem zmian klimatu?
– Ważki. To grupa owadów bardzo silnie związana z temperaturą i wodą. Mamy gatunki ciepłolubne, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były w Polsce rzadkością, a dziś przesuwają się coraz dalej na północ, aż do Skandynawii. Ale mamy też gatunki zimnolubne, które po ostatnim zlodowaceniu przyszły do nas z Syberii. I one zaczynają znikać.
Na ważkach zmiany klimatu widać dosłownie jak na dłoni.
Jakie gatunki są dziś najbardziej zagrożone?
– Przede wszystkim te związane z drobnymi, płytkimi zbiornikami wodnymi. Takimi, które dawniej podsychały dopiero latem, w lipcu albo sierpniu. Dziś często znikają już wiosną.
Dobrym przykładem jest szablak żółty. Jeszcze w latach 90. był praktycznie wszędzie. Tam, gdzie była płytka stojąca woda, szczególnie w dolinach rzecznych, tam były też szablaki żółte. To był jeden z najbardziej pospolitych gatunków.

Pamiętam, jak czytałem kiedyś czerwone listy gatunków zagrożonych z Europy Zachodniej i widziałem, że w Niemczech ten gatunek ma wysoką kategorię zagrożenia. Myślałem wtedy: „co oni opowiadają, przecież u nas tego są tysiące”.
A potem przyszedł rok 2000. Robiłem wtedy badania na Pojezierzu Iławskim. Trafiła się bardzo gorąca wiosna, już w kwietniu były trzydziestostopniowe upały. Siedliska wyschły i szablak żółty po prostu zniknął. I nie wrócił już do końca badań.
Wtedy pomyślałem pierwszy raz, że dzieje się coś naprawdę poważnego.
I dziś takich przykładów jest więcej?
– Mnóstwo. W tej chwili, jeśli zobaczę szablaka żółtego kilka razy w roku, to jestem zadowolony. A kiedyś był absolutnie wszędzie. Za to regularnie widuję go w Finlandii, w której w ostatnich latach prowadzę obserwacje entomologiczne.
To są właśnie te zmiany, których przeciętny człowiek często nie zauważa. Ludzie widzą, że w rowach nie ma wody albo że jest sucho w lesie. Ale już nie każdy zauważy, że zniknęły konkretne gatunki owadów czy roślin.
Choć czasem są też bardziej widoczne sygnały. Na przykład kaczeńce. Kiedyś wiosną były całe łany kaczeńców na mokrych łąkach czy w parkach. Dziś zobaczyć kaczeńce poza jakimś rozlewiskiem albo torfowiskiem to już naprawdę nie jest takie oczywiste.
Czyli zmienia się cała fauna?
– I flora również. Zmieniają się całe siedliska. Gatunki związane z wilgotnymi terenami zaczynają przegrywać. Z kolei coraz lepiej radzą sobie gatunki ciepło- i sucholubne.
Widać to również w lasach. Gatunki, które w Polsce stanowią około 75 proc. drzewostanów, zaczynają tracić swoje optimum klimatyczne. Świerk poza górami i częścią północnej Polski praktycznie przestaje mieć odpowiednie warunki do życia.
Leśnicy już to widzą. Coraz częściej sadzi się inne gatunki drzew. Nasze lasy będą stopniowo bardziej liściaste.
Czyli Polska zaczyna przypominać klimat południowej Europy?
– Powoli tak. Z klimatu umiarkowanego wilgotnego przesuwamy się w stronę klimatu bardziej suchego. I to naprawdę widać już dziś.
Proszę spojrzeć choćby na uprawy. Kiedyś kukurydza była kojarzona głównie z południem Polski. Dziś ogromne pola kukurydzy są nawet na Pomorzu. Coraz więcej mamy też winnic. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu trudno byłoby sobie to wyobrazić.
A jednocześnie rośnie zagrożenie pożarami.
– Niestety. Suchy las pali się błyskawicznie. Widzieliśmy to ostatnio w Puszczy Solskiej. Problemem nie były już nawet same drzewa, ale przesuszone torfowiska.
Torf potrafi palić się pod ziemią przez wiele tygodni. To bardzo trudne do ugaszenia. I niestety takich sytuacji będzie coraz więcej.
Do tego dochodzi zwykła ludzka nieodpowiedzialność. Papierosy wyrzucane w lesie, grille, samochody wjeżdżające tam, gdzie nie powinny. Przy tak przesuszonej ściółce czasem wystarczy naprawdę niewiele.
Czy można jeszcze coś zrobić?
– Oczywiście. Problem polega na tym, że w Polsce od dekad prowadzimy gospodarkę nastawioną przede wszystkim na odwadnianie terenu.
Mało kto wie, że długość rowów melioracyjnych w Polsce jest dwa razy większa od długości rzek. Woda jest odprowadzana jak najszybciej, zamiast zostawać w krajobrazie.
A przecież dawniej podstawą naszego systemu wodnego był śnieg. Zimą gromadził się przez kilka miesięcy, potem powoli topniał i zasilał glebę oraz wody gruntowe aż do lata, kiedy padały deszcze (określa się to jako reżim roztopowo-deszczowy). Dziś śniegu jest niewiele, a deszcze są gwałtowne. Woda spływa po przesuszonej ziemi i znika.
Czyli potrzebujemy zupełnie innego podejścia?
– Tak. Musimy nauczyć się zatrzymywać wodę tam, gdzie spadnie. Ale nie poprzez wielkie betonowe zbiorniki, tylko przede wszystkim dzięki przyrodzie.
Najlepszą retencją są lasy, mokradła i łąki. Las działa jak klimatyczna kapsuła czasu – utrzymuje chłód i wilgoć. Mokradła magazynują wodę. Naturalne meandrujące rzeki spowalniają jej odpływ.
Tymczasem my przez lata prostowaliśmy rzeki, osuszaliśmy bagna i wycinaliśmy lasy wodochronne.
A potem dziwimy się powodziom i suszom.
– Dokładnie. Im bardziej przyspieszamy odpływ wody, tym większe ryzyko zarówno suszy, jak i gwałtownych powodzi.
To zresztą świetnie widać po inwestycjach budowanych na terenach zalewowych. Potem przychodzi większa woda i wszyscy są zaskoczeni.
Jak będzie wyglądała Polska za kilkadziesiąt lat?
– Przyroda sobie poradzi. Ona zawsze się dostosuje. Pytanie, czy my sobie poradzimy.
Ta przyroda, którą dziś znamy z Polski, będzie stopniowo przesuwała się na północ – do Estonii czy Finlandii. A u nas będzie coraz cieplej i coraz bardziej sucho.
Nie wiem, czy doczekamy upraw pomarańczy, ale problemy z wodą i rolnictwem będą coraz większe. I to już się dzieje.
Brzmi to dość pesymistycznie.
– Bo sytuacja jest poważna. Ale wciąż możemy ograniczać skutki tych zmian. Tylko musimy przestać myśleć, że wszystko załatwi technika.
Czasem najlepszym rozwiązaniem jest po prostu pozwolić przyrodzie działać.



![Sygnał Lublin pewnie pokonał Polesie Kock, wyniki 27 kolejki lubelskiej klasy okręgowej [DUŻO ZDJĘĆ] Sygnał Lublin pewnie pokonał Polesie Kock, wyniki 27 kolejki lubelskiej klasy okręgowej [DUŻO ZDJĘĆ]](https://static2.dziennikwschodni.pl/data/articles/sm-4x3-sygnal-lublin-pewnie-pokonal-polesie-kock-wyniki-27-kolejki-lubelskiej-klasy-okregowej-1779644841.jpg)










Komentarze