Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Tragedia sprzed 30 lat

Wybuch, który wstrząsnął Lublinem

Trzydzieści lat temu potężny wybuch gazu zniszczył dom na rogu ulic Wyścigowej i Kunickiego w Lublinie. Pod gruzami znalazła się siedmioosobowa rodzina. Matka zginęła na miejscu, a 11-letni syn zmarł dwa dni później. Ocalałym pomogli mieszkańcy i miasto.
Wybuch, który wstrząsnął Lublinem
Zdjęcie ilustracyjne

Autor: DW/Archiwum

Był ostatni dzień stycznia 1996 roku. Na ulicy Kunickiego panował duży ruch. Było krótko po godz. 11. Samochody jechały jeden za drugim, piesi czekali przy przejściu, a wśród nich była grupa dzieci. Nic nie zapowiadało dramatu, który za chwilę miał rozegrać się na rogu ulic Wyścigowej i Kunickiego. Nagle rozległ się potężny huk. Był tak silny, że w niektórych domach pękły szyby w oknach. Jeden z jadących ulicą samochodów, polonez, zjechał na chodnik. W powietrze uniosły się kurz, pył i odłamki. Słychać było krzyki, nawoływania i płacz. Kierowcy gwałtownie hamowali, samochody stawały na jezdni, a przechodnie odruchowo uciekali w bok.

Dopiero po chwili, kiedy opadł pierwszy kurz, świadkowie zobaczyli rozmiar tragedii. Parterowy dom stojący na rogu ulic Wyścigowej i Kunickiego praktycznie przestał istnieć. Wybuch zmiótł go z powierzchni ziemi. Tam, gdzie jeszcze przed momentem były ściany, dach, okna i drzwi, leżało gruzowisko. W środku mieszkała siedmioosobowa rodzina.

Jedną ze świadków wybuchu była sąsiadka, która akurat znajdowała się w pobliżu. Siła eksplozji odrzuciła ją o kilka metrów. Miała ogromne szczęście, bo nic poważnego jej się nie stało. Naprzeciwko domu stał kiosk Ruchu. Pracująca tam sprzedawczyni opowiadała później, że w chwili wybuchu zobaczyła, jak dach domu uniósł się do góry, a zaraz potem ściany zaczęły się walić.

Przez kilka pierwszych chwil panował chaos. Ludzie wybiegali z pobliskich budynków. Na miejsce przybiegli też pracownicy zakładu szklarskiego, który znajdował się nieopodal. Ktoś krzyknął, że pod gruzami są ludzie. Nie było czasu na czekanie. Świadkowie tragedii rzucili się na ratunek. Gołymi rękami zaczęli odrzucać cegły, kawałki drewna, elementy dachu i zniszczonego wyposażenia domu. W powietrzu wyraźnie czuć było gaz. Ten zapach od razu budził najgorsze podejrzenia. Jak ustalono później, to właśnie gaz był przyczyną eksplozji. Ulatniał się z nieszczelnej instalacji. Wystarczyła iskra albo płomień, by doszło do wybuchu, który w jednej sekundzie zniszczył dom i życie rodziny.

Wkrótce na miejscu pojawiły się pierwsze karetki pogotowia i wozy strażackie. Ratownicy wiedzieli, że każda minuta może decydować o życiu ludzi uwięzionych pod gruzami. Z rumowiska dochodziły głosy i płacz. Wiadomo było, że w chwili tragedii w domu znajdowało się siedem osób: 2-letnia Agatka, 3-letnia Magda, 7-letnia Monika, 6-letni Przemek, 11-letni Rafał oraz ich rodzice, mający 35 i 37 lat.

Akcja ratunkowa była dramatyczna i bardzo niebezpieczna. Gruzowisko było niestabilne. Ratownicy musieli działać szybko, ale jednocześnie ostrożnie, bo w każdej chwili mogły runąć kolejne elementy zniszczonego budynku. Szczególne zagrożenie stanowiły kominy, które mogły zawalić się na ludzi pracujących przy odgruzowywaniu. Najpierw udało się wydobyć wszystkie dzieci. Część z nich miała ogromne szczęście. Trójce nic poważnego się nie stało, choć sam widok zawalonego domu i przeżyty strach musiały być dla nich wstrząsem na całe życie. Dwóch chłopców było jednak w bardzo ciężkim stanie. Mieli rozległe poparzenia, urazy głowy i złamania. Zostali natychmiast przewiezieni do szpitala.

Ojciec rodziny został przywalony stropem. Mimo obrażeń nie stracił przytomności. Kiedy ratownicy zabierali go do szpitala, zdołał jeszcze powiedzieć, że w chwili wybuchu obok niego stała żona. To oznaczało, że kobieta nadal znajduje się pod gruzami. Dotarcie do niej było bardzo trudne. Ratownicy musieli przebijać się przez kolejne warstwy zniszczonego domu, uważając, by nie doprowadzić do dalszego zawalenia rumowiska. Do akcji użyto psa tropiącego. Przez dwie godziny trwała walka o odnalezienie 35-letniej kobiety. Niestety, gdy ratownicy w końcu do niej dotarli, na pomoc było już za późno. Matka pięciorga dzieci zginęła na miejscu.

To jednak nie był koniec tragicznych wiadomości. Stan 11-letniego Rafała był krytyczny. Lekarze walczyli o jego życie, ale obrażenia okazały się zbyt poważne. Chłopiec zmarł 2 lutego, dwa dni po wybuchu. Rodzina, która jednego dnia straciła dom, straciła także matkę i syna.

Dzień po tragedii 7-letnia Monika opowiedziała, co zapamiętała z ostatnich chwil przed wybuchem. Według jej relacji mama stała przy kuchence, a ojciec zszedł do piwnicy. Miał ze sobą zapaloną świeczkę. Zaraz potem dziewczynka usłyszała huk. W jednej chwili zaczęły walić się ściany, a dom zamienił się w gruzowisko.

Kilka dni później na Majdanku odbył się pogrzeb ofiar wybuchu. Było to pożegnanie, które poruszyło wielu mieszkańców Lublina. Urząd Miasta przekazał poszkodowanej rodzinie lokal zastępczy. W Lublinie ruszyła też zbiórka pieniędzy na pomoc dla ocalałych. Mieszkańcy przynosili dary, przekazywali pieniądze i starali się wesprzeć tych, którzy w jednej chwili stracili niemal wszystko: bliskich, dach nad głową, rzeczy osobiste i poczucie bezpieczeństwa.

Dziś w tym miejscu nie ma już śladu po tamtym domu. Nie ma gruzowiska, zniszczonych ścian ani miejsca, które przypominałoby o dramacie z 31 stycznia 1996 roku. Kilka lat później wyburzono także sąsiednie budynki. Tam, gdzie kiedyś stał feralny dom, przebiega obecnie dwupasmowa ulica Wyścigowa.

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama