Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Jak się budowało w PRL

Po szklanie i na rusztowanie

Co trzeci Polak mieszka w domu zbudowanym jeszcze w czasach PRL. W Lublinie ten obraz widać szczególnie wyraźnie: Czechów, Czuby, Kalinowszczyzna, LSM, Tatary, Bronowice, to do dziś wielka mapa powojennego budowania. Dobrze, że za czasów Gomułki odrzucono jeden z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów „oszczędnego budowania” – wspólnych łazienek dla kilku mieszkań.
Po szklanie i na rusztowanie

Autor: dw/archiwum

W latach 70. ubiegłego wieku budowano więcej mieszkań, niż dzisiaj. To fakt. W latach 70. i 80. cały kraj był jednym wielkim placem budowy. Według danych GUS-u, w latach 1971–1978 powstało w Polsce ponad 2,1 mln mieszkań. Dziś rocznie oddaje się do użytku około 200 tysięcy mieszkań. W tamtym czasie w Lublinie rosły całe nowe dzielnice. Powstawały bloki na Czechowie, rozwijała się Kalinowszczyzna, rozbudowywały się Tatary, Bronowice i LSM, a potem ruszyła wielka budowa dzielnicy Czuby. 

Pierwszy blok na Czubach powstał przy ul. Gościnnej 1. Dla wielu lublinian był to symbol nowej epoki: przeprowadzki z ciasnych kamienic, oficyn i mieszkań z piecami do bloków z centralnym ogrzewaniem, łazienką, balkonem i ciepłą wodą. Jeszcze w 1970 r. sytuacja mieszkaniowa w Polsce nie wyglądała optymistycznie. Budowlanym udało się zrealizować zaledwie 40 proc. założonego planu. Na mieszkania spółdzielcze czekało około 800 tys. rodzin, a na komunalne - 200 tys. Okres oczekiwania na mieszkanie spółdzielcze wynosił od kilku do nawet kilkunastu lat.

KANDYDAT NA KANDYDATA

Państwo z roku na rok miało coraz większe zaległości z oddawaniem nowych mieszkań, nic dziwnego zatem, że rodzice zakładali książeczki mieszkaniowe już swoim dzieciom. Wpłacano na nie wkłady w ratach. Taka opcja była w miarę dostępna finansowo, gdyż minimalna zaliczka do spółdzielni wynosiła 10 proc. wartości lokalu przy spółdzielczym prawie lokatorskim, a 20 proc. przy spółdzielczym prawie własnościowym. Resztę spłacano później w czynszu.

W latach 60. funkcjonowało nawet pojęcie kandydata na członka spółdzielni. Inaczej mówiąc, najpierw trzeba było czekać, aby móc… czekać na mieszkanie. Taka kolejka była czymś oczywistym. Najpierw mieszkało się u rodziców, czasem z teściami za ścianą. Potem przychodziło pismo ze spółdzielni, oglądanie planów osiedla i wielkie odliczanie. 

Janusz Wójcik, emeryt z Lublina, przez ponad 30 lat był majstrem na wielu lubelskich budowach. – Bloki z płyty były dość szybkie w montażu – mówi. – Wbrew obiegowej opinii nie były najgorszej jakości. Wiele budynków ma już ponad 50 lat i nie wymaga generalnego remontu, poza kosmetyką. Wiadomo, że nie była to wtedy energooszczędna technologia, bo na to nikt nie zwracał uwagi. Proszę jednak zauważyć, na jaką skalę wtedy się budowało. W Lublinie całe osiedla rosły właściwie na oczach ludzi.

POŚPIECH I PROWIZORKA

Tempo bywało imponujące, ale miało swoją cenę. Najwięcej mieszkań oddawano zazwyczaj pod koniec roku, kiedy firmy budowlane ratowały plany. W grudniu liczyły się metry, protokoły i premie. Lokatorzy dostawali klucze, a ekipy wracały w styczniu, żeby usuwać niedoróbki. Zdarzało się, że w nowych mieszkaniach trzeba było poprawiać drzwi, okna, instalacje, posadzki albo przeciekające rury. Mimo to wielu ludzi nie narzekało. Po latach mieszkania kątem u rodziny własne M-3 czy M-4 było spełnieniem marzeń.

O nieodzownym atrybucie budowlańców, czyli alkoholu, krążą do dziś legendy. Nie są przesadzone.

– Był to ogromny problem – nie ukrywa pan Janusz. – Sam zwolniłem przez te lata wielu pracowników. Znajdowali robotę na innych budowach, bo wszędzie brakowało fachowców. Wielu majstrów czy kierowników przymykało na to oczy, bo liczył się plan, a co za tym idzie – premie. W czasie pracy pili nawet kierowcy. Dużo też było wypadków, również śmiertelnych. 

Na lubelskich budowach tamtych lat mieszały się pośpiech i prowizorka. Blok już stał, ludzie się wprowadzali, ale brakowało drogi, sklepów, chodników, trawników i porządnego oświetlenia. Nowe osiedla nie od razu wyglądały tak zielono jak dziś. Dzisiejsze stare drzewa na Czechowie czy Czubach mają po kilkadziesiąt lat. Wtedy były to często patyki wsadzone w błoto. 

Mieszkania z wielkiej płyty miały niewielkie metraże. Najbardziej popularne miały od 49 do 64 mkw. Do tego niewielki balkon. Wyposażenie – standardowe. Zazwyczaj ten sam rodzaj solidnego piecyka gazowego, często służącego przez dziesięciolecia, i podobne kuchenki gazowe. W wersji „bogatszej” na podłodze był parkiet lub mozaika z drewna, w wersji uboższej – linoleum albo wykładzina.

AWANS CYWILIZACYJNY

– Zdarzały się oczywiście niedoróbki, jak chociażby źle spasowane okna czy drzwi lub krzywe ściany – mówi pani Janina, która mieszkanie na osiedlu Kruczkowskiego otrzymała w 1979 r. – Mało kto się wtedy tym przejmował. Sam fakt, że dostało się własne mieszkanie, przesłaniał wszelkie wady. Tu miałam kaloryfery, ciepłą wodę, balkon. Do tego niewielki czynsz, w miarę tani prąd i gaz. Rachunki nie były aż tak wysokie jak dzisiaj. Jedyne, czego mi brakowało przez kolejne lata, to telefon w mieszkaniu. Pod blokiem był jednak automat.

Ten kontrast dobrze pamięta wielu lublinian. Kto wcześniej mieszkał w starej kamienicy, ten przeprowadzkę do bloku odbierał często jak awans cywilizacyjny. Łazienka, ciepła woda, zsyp, piwnica, balkon, a za oknem przestrzeń. Dziś wiele z tych mieszkań wydaje się ciasnych, niefunkcjonalnych, z małymi kuchniami i wąskimi przedpokojami. Wtedy były spełnieniem marzeń.

Prasa przez wiele lat bezskutecznie piętnowała oprócz pijaństwa również wszechobecny bałagan na budowach. Lubelskie gazety opisywały fuszerki, opóźnienia, źle zabezpieczone place budowy i zostawione resztki materiałów. Mieszkańcy skarżyli się, że wokół nowych bloków dzieci bawią się między deskami, prętami, wykopami i resztkami zaprawy.

Przy budowie dużych fabryk i zakładów, jak grzyby po deszczu powstawały również w ich pobliżu domki jednorodzinne. Lokalizacja nie była przypadkowa: część materiałów budowlanych trafiała na prywatne posesje. Kto miał znajomości w magazynie, w transporcie albo na budowie, miał większe szanse, żeby cokolwiek postawić. Zadowoleni byli i inwestorzy, którzy „normalnie” nie mieli szans na kupno materiałów, i kierowcy oraz magazynierzy, którzy w ten sposób „dorabiali” do pensji.

Z WORKAMI NA BUTACH

Najgorsze jednak były fuszerki. W latach 80. głośno było o wypadku przy ul. Chęcińskiego. Budowlańcy przykryli płytą styropianową właz do kanalizacji, do której wpadło kilkuletnie dziecko. Kilkaset osób szukało chłopca przez kilka dni na całym Czechowie. Na szczęście krzyki uwięzionego usłyszał jego kolega i skończyło się jedynie na niewielkich obrażeniach. Takich przypadków było więcej. Zdarzało się – i to dosyć często – że po hucznym i uroczystym otwarciu inwestycji, po kilku dniach ekipy budowlane przystępowały do usuwania niedoróbek

Powstałe w PRL-u pierwsze duże osiedla przypominały początkowo krajobraz księżycowy: brakowało chodników, oświetlenia, sklepów i porządnego dojazdu. Na Czechowie, zanim osiedle obrosło zielenią i usługami, długo dominowały błoto, kurz, wykopy i dźwigi. Podobnie było na Czubach. Dziś te dzielnice uchodzą za pełne zieleni, z dużymi odległościami między blokami i okazałymi drzewami. 

– Jak się wprowadziłem do bloku przy Rogowskiego na Czechowie, to po deszczach musiałem zakładać plastikowe worki na buty, żeby ich nie zabłocić – wspomina pan Jerzy. – Autobusy jeździły tu rzadko, a do tego były zazwyczaj przepełnione. Daleko było do sklepu, apteki. Ale i tak byłem szczęśliwy na tym swoim M-3. Nikt wtedy nie myślał o tym, że po oddaniu bloku do użytku od razu sieje się trawę tak jak dzisiaj, dzieci mają plac zabaw, obok jest fryzjer, sklep i przychodnia. To były inne czasy. 

Pan Jerzy podkreśla jednak, że tamte osiedla miały też coś, czego dziś wielu ludziom brakuje. – Ludzie byli inni. Każdy się znał, często spotykaliśmy się pod blokiem, na czynach społecznych, na których zakładaliśmy sami zieleńce, kwietniki. Dzisiaj każdy myśli tylko o sobie; jest więcej anonimowości. Co do samych mieszkań, to różnica jest ogromna. Nie chodzi tylko o technologię budowania, ale i o wielkość mieszkań. Kiedyś największe miały po 70–80 mkw. Większych raczej nie budowano. I szkoda, że były zazwyczaj symboliczne balkoniki. Służyły głównie do suszenia prania. Dzisiaj zazdroszczę młodym, że mogą wybierać i grymasić w mieszkaniach. Często kupują też na wyrost, zadłużając się po uszy. Ale przyznam się na koniec: nikt pół wieku temu nie przypuszczał, że będziemy płacić nie tylko za mieszkanie, ale i za miejsce do parkowania, które dzisiaj kosztuje więcej, niż ja zapłaciłem wtedy za całe mieszkanie.

W Lublinie szczególnym przykładem przemian były Czuby. Dziś to jedna z największych dzielnic miasta, ale początki miała surowe. Dla jednych były obietnicą nowoczesności, dla innych końcem miasta i przeprowadzką „na pola”. Z czasem pojawiły się szkoły, sklepy, przychodnie i zieleń. Dziś wielu mieszkańców nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Podobnie Czechów – kiedyś błoto, wiatr i dźwigi, dziś dzielnica z dużą liczbą drzew i super infrastrukturą. Tutauj rówież czuć powiew peerelowskiego klimatu...

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama