Wiedzą czego chcą, są krytyczni, pewni siebie, znają swoje prawa i chętnie się do nich odwołują. Oczekują partnerstwa, szacunku i równego traktowania. Technologicznie na głowę biją swoich rodziców, a pędzący z szybkością światła wirtualny świat zmienia ich postrzeganie tego prawdziwego świata. Pokolenie Alpha (urodzeni po 2012 roku) i Zetek (1997-2012) w niczym nie przypomina swoich poprzedników Millenialsów, a od Pokolenia X i Baby Boomersów dzieli ich przepaść. Tymczasem polska szkoła jakby tego nie zauważała.
Ministrowie w kolejnych rządach stawiają sobie za punkt honoru dostosować program nauczania do własnej ideologii (albo chociaż troszkę ponaginać), co oczywiście prowokuje polityczne awantury. Jest dużo słów, dużo krzyku, a ostatecznie niewiele z tego wynika. Następcy kasują to, co wprowadzili na siłę ich poprzednicy, i tak to się toczy przez całe lata i dekady.
Dyrektorzy szkół, nauczyciele i uczniowie już przywykli i zobojętnieli. Wiele hałasu o nic. Trzeba robić swoje. A łatwo nie jest, bo „dobre zmiany” najczęściej oznaczają problemy. Wspomnijmy choćby słynny „Lex Czarnek”, który m.in. ograniczał decyzyjność dyrektorów, no i HIT, czyli Historię i Teraźniejszość – przedmiot, który podzielił Polskę dokładnie na pół, o co zresztą chodziło ministrowi Przemysławowi Czarnkowi. Oj, działo się, działo…
Pani ministra Barbara Nowacka – ambitna i zdecydowana – zaczęła jak u Hitchcocka. Zniesienie prac domowych było brawurowym spełnieniem obietnicy wyborczej i miało uszczęśliwić uczniów. Jasne, że uszczęśliwiło, ale już za moment larum podnieśli rodzice i nauczyciele, że to najgorsze, co mogło się w polskiej szkole zdarzyć. I kolejna afera – no nie dogodzisz...
Potem była edukacja dla zdrowia – niby niewinny, neutralny przedmiot, pomocny i w oczywisty sposób potrzebny. A takiej awantury, jaką wywołał w przestrzeni publicznej przed wprowadzeniem, nie było przez lata! Padały słowa o deprawacji, seksualizacji, demoralizacji, nawet Kościół włączył się w ten paskudny magiel. Ministerstwo dało krok w tył i zrobiło z tego przedmiot nieobowiązkowy. Kolejny fatalny ruch, gdyż prawie nikt nie chodził na ostatnią lekcję, na którą chodzić nie trzeba. I tyle wyszło z edukacji dla zdrowia – tyle co nic.
Od września edukacja dla zdrowia ma już być obowiązkowa, a o seksie posłuchają tylko ci, którzy zechcą. Reszta zatka uszy albo wyjdzie na fajkę. Dobre i to. Ale na tym nie koniec.
Od 1 września 2026 roku do polskich szkół wchodzą nowe podstawy programowe, nowe przedmioty i zakaz używania telefonów w szkołach podstawowych. Priorytetem ma być higiena cyfrowa i praktyczne umiejętności nazywane „doświadczeniem edukacyjnym”, które „rozwijają kompetencje społeczne, komunikacyjne i poczucie sprawczości dziecka”.
Słowo „kompetencje” wydaje się być tu zresztą kluczowe, pani ministra Nowacka bardzo je lubi i używa bez ograniczeń. W klasach I-II szkoły podstawowej te kompetencje mają być „fundamentalne” (językowe, matematyczne, cyfrowych i ruchowe) i przekrojowe – nastawione na rozwiązywanie problemów, współpracę, kreatywność i myślenie krytyczne. Nasze dzieci mają być zatem kompetentne jak tylko się da. W klasach IV-VIII kompetencje wejdą na wyższy poziom praktyczny podczas tygodnia projektowego trzeba będzie rozwiązywać konkretne problemy z różnych dziedzin.
I jeszcze trochę kosmetyki. W klasach IV-VI przyroda połączy biologię, geografię, chemię i fizykę, a zajęcia praktyczno-techniczne zastąpią technikę. Przyroda i technika brzmią znajomo – to już kiedyś było. No ale spróbujmy jeszcze raz, co nam szkodzi.
Trzymam kciuki za te zmiany. Niech będą prawdziwe. Niech się przyjmą i sprawdzą.
Niech zaczną zbliżać edukację do świata, który zostawiliśmy przez ostatnie lata daleko w tyle.

Komentarze