Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Dyrektor Krzysztofik radzi, gdzie schować się podczas alarmu. „Unikajmy otwartej przestrzeni”

- Kiedy zawyje syrena alarmowa, najmądrzejszą i najrozsądniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest unikanie otwartej przestrzeni. Jeżeli jesteśmy w budynku, to w nim pozostajemy. W miejscu, które od zewnątrz jest odgrodzone co najmniej dwiema ścianami, z dala od okien, to może być korytarz albo łazienka - radzi nam podpułkownik dyplomowany rezerwy Dariusz Krzysztofik, zastępca dyrektora Wydziału Bezpieczeństwa Mieszkańców i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Miasta Lublin.
Dyrektor Krzysztofik radzi, gdzie schować się podczas alarmu. „Unikajmy otwartej przestrzeni”

Autor: Michał Żyszkiewicz

- W Lublinie wyją syreny alarmowe. Jakie kroki powinny zostać podjęte w szkołach? Procedury w ogóle istnieją?

- Jeśli popatrzymy na to, co się wydarzyło 17 września, to na ponad sto trzydzieści placówek dyskusyjne działanie mamy tylko w trzech szkołach. Procedury istnieją. Procedury zadziałały. Nie zostały one stworzone ani dzisiaj, ani wczoraj, ani chwilę po alarmie. W listopadzie 2025 roku zaprosiliśmy na szkolenie wszystkich dyrektorów, kierowników administracyjnych i nauczycieli edukacji dla bezpieczeństwa. Pokazywaliśmy, jak to może się odbywać i jak to powinno wyglądać. Proszę pamiętać, że każda szkoła jest inna i posiada procedury dostosowane do własnych warunków.

- Co powinni zrobić rodzice, którzy martwią się o dzieci?

- Przede wszystkim zaufać dyrektorowi szkoły i nauczycielom, że zapewnią dzieciom bezpieczeństwo, że wiedzą, co robią, bo są do tego przygotowani. To jest podstawowa rzecz. To, że dzieci płakały, jest rzeczą naturalną. Strach w takiej sytuacji nie jest niczym dziwnym. Nie idźmy więc w kierunku paniki. Wyobraźmy sobie, że nagle, w środku alarmu, rodzic decyduje się odebrać dziecko i zabrać je do domu. Naraża wtedy i je, i siebie na duże niebezpieczeństwo.

- W ostatnich miesiącach na Lubelszczyźnie nie ma dnia, żebyśmy nie otrzymali Alertu RCB.

- Pamiętajmy, że jest czas pokoju. Nikt nie wprowadził stanu wojennego. Nikt nie ogłosił czasu wojny. Ale są różne sytuacje. Alert RCB przychodzi pierwszy i informuje, że coś dzieje się na Ukrainie, ale to jeszcze nie znak, żebyśmy biegli do schronu. On ma nas uprzedzić, że zagrożenie może wystąpić, ale nie musi. Jeżeli potem jest kolejny alert, że podniesione zostało lotnictwo, to mamy wiedzieć, że zagrożenie wzrasta, ale wciąż bezpośrednio jeszcze go nie ma.

- Kiedy powinniśmy faktycznie reagować?

- Kiedy zawyje syrena. W przypadku Lublina najmądrzejszą i najrozsądniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest unikanie otwartej przestrzeni. Jeżeli jesteśmy w budynku, to w nim pozostajemy. Jeżeli mamy bezpośrednio pod budynkiem schronienie, ukrycie, schron czy inne bezpieczne miejsce, wtedy do niego schodzimy. Ale jeżeli czegoś takiego nie ma, to nie wychodzimy na dwór i nie zaczynamy szukać. Zostajemy w budynku. W tak zwanym miejscu bezpiecznym.

- Jak zidentyfikować to miejsce bezpieczne?

- To takie miejsce w budynku, które od zewnątrz jest odgrodzone co najmniej dwiema ścianami, z dala od okien. To może być korytarz, łazienka.

- A kiedy jesteśmy na ulicy?

- Jeśli jest na to czas, możemy uruchomić aplikację gdziesieukryc.pl i iść do najbliższego wskazanego tam miejsca.

- Załóżmy, że nie ma czasu.

- Najrozsądniej jest wejść do pierwszego najbliższego budynku, w którym są otwarte drzwi. Na klatkę schodową i szybko znaleźć miejsce, które spełnia zasadę dwóch ścian. Dlaczego? Bo mieszkamy w jednej dzielnicy, pracujemy w drugiej, na zakupy jeździmy do centrum handlowego w trzeciej, u znajomych jesteśmy w czwartej, a w kinie jeszcze gdzieś indziej. Nie ma możliwości, żeby każdy znał całe miasto i wszędzie wiedział, gdzie ma się schować.

- Co zaś kiedy poruszamy się samochodem?

- Zatrzymujemy się. Tak, żeby zostawić korytarz życia. Wysiadamy z auta, zamykamy go, idziemy do budynku. Znów, najbliższego, jaki jest w zasięgu wzroku. Tam spokojnie siadamy i czekamy, aż nastąpi sygnał odwołania alarmu. Nie dzwonimy na 112, chyba że zagrożone jest ludzkie życie. Nie ma potrzeby wydzwaniania z pytaniami, co się dzieje. Dostaliśmy przecież alert o zagrożeniu z atakiem z powietrza. Nie żyjemy w bańce informacyjnej. Widzimy, co się dzieje za naszą wschodnią granicą. Ten alert nie przyszedł dlatego, że wybuchł pożar czy coś się zawaliło. Warto więc wejść na strony rządowe czy naszą Lublin.eu. Tam będzie opisana dokładna procedura, co trzeba zrobić. 17 września, po uruchomieniu syren alarmowych, taki komunikat był na naszej stronie.

- Niektórym intuicja podpowiada, żeby schować się w garażu podziemnym albo w piwnicy. Czy to rozsądne?

- Utrzymujemy kontakty z ludźmi z Sum, Charkowa czy Równego. Oni powtarzają: schronienia szukaj wszędzie tam, gdzie jest bezpiecznie. Czasami będzie to najbliższy schron, czasami najbliższe miejsce ukrycia, a czasami najbliższy garaż. Piwnica niekoniecznie, ale w ostateczności też.

- To ważne.

- Musimy znaleźć miejsce, które chroni nas przed ewentualną falą wybuchową, falą uderzeniową i odłamkami. Jako ludzie na ulicy w centrum miasta nie do końca wiemy, co się dzieje. My dostaliśmy prosty sygnał: natychmiastowe zagrożenie dla Lublina, a więc mamy sześć, siedem minut na reakcję. Pocisk manewrujący, wysokość, kierunek lotu. Tyle. Świadomość jest taka, że leci. Nie wiemy, czy doleci. Nie wiemy, czy wybuchnie. Ale w pierwszym odruchu zawsze szukamy bezpiecznego miejsca. Niektórzy „eksperci” polecenie „znajdź schronienie” czy „znajdź bezpieczne miejsce” utożsamiają z komunikatem „znajdź schron”. To niebezpieczna kalka. Nie i jeszcze raz nie. Znajdź miejsce, które zapewni ci bezpieczeństwo. Tu i teraz. Natychmiast.

- Czyli szukanie schronu oddalonego o kilkaset metrów może być większym ryzykiem niż pozostanie w najbliższym budynku?

- Tak, wszystkie tego typu działania po omacku mogą okazać się wręcz zabójcze w skutkach. Przyjmijmy sytuację, że naprawdę coś będzie leciało, tak jak wcześniej w Tarnawie-Kolonii czy Przewodowie. Mam nadzieję, że już nigdy do tego nie dojdzie, ale żadnego scenariusza nie można wykluczyć. Wyjście na otwartą przestrzeń oznacza niebezpieczeństwo. Nie możemy latać w kółko i szukać wiatru w polu. Wydziwiać czy kombinować. Idziemy tam, gdzie jest najbliżej.

- Dla własnego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego można przygotować się jakoś zawczasu?

- Dobrze byłoby wcześniej, kiedy nic się nie dzieje i jest spokojnie, rozejrzeć się przynajmniej wokół miejsc, w których bywamy najczęściej. W miejscu pracy, w miejscu zamieszkania. Żebyśmy wiedzieli, gdzie w razie czego możemy się schować. Ale to nie mogą być dystanse pięciuset, sześciuset czy ośmiuset metrów. To musi być pięćdziesiąt, sto metrów. Tyle, ile pokonamy w minutę czy dwie. Więcej czasu nie będzie. Musimy też pamiętać, że do tego samego ukrycia czy schronu może chcieć wejść więcej ludzi. Drzwi mają swoją przepustowość. Może się okazać się, że staniemy w kolejce. I co wtedy? Gdzie się schronimy? Przede wszystkim więc nie uciekajmy. Właściwie „uciekajmy” to złe słowo. Unikajmy otwartej przestrzeni.

- Powtarza to pan wręcz do znudzenia.

- To jest najważniejsza rzecz. Trzeba to sobie zakodować. Inna świadomość jest w Szczecinie czy Zielonej Górze, gdzie ludzie są od tego wszystkiego daleko. A inna w Lublinie, gdzie nas warunkuje czas. Dwie minuty idą na uruchomienie syren. Kolejna minuta ucieka, zanim dotrze do człowieka, że to jest alarm. W najlepszym razie minuta. Bo raczej dwie. Zaczniemy się rozglądać, włączać aplikację, mijają następne dwie, trzy minuty. W tym momencie pocisk, jeżeli rzeczywiście leci, może wybuchnąć. Ostatnio, na szczęście, wybuchł przed granicą, więc odwołaliśmy alarm.

- Czego jeszcze nie robić podczas alarmu?

- Najważniejsze jest unikanie otwartej przestrzeni, zachowanie spokoju i niepanikowanie. Naprawdę, to nie jest czas na wydzwanianie pod 112 czy do centrum zarządzania kryzysowego, żeby dowiedzieć się, co się dzieje. To nie jest też czas na dzwonienie do dyrektora szkoła z pytaniem, co z naszym dzieckiem. Jeżeli zaś dziecko zadzwoni do nas, spanikowane i płaczące, to zamiast po nie biec, powiedzmy mu, żeby podeszło do nauczyciela i powiedziało się, że się boi. Nauczyciel już będzie wiedział, jak zareagować. Próbujmy uspokoić nasze dziecko. A nie dodatkowo stresować. Powiedzieć, że przyjedziemy po nie, kiedy alarm przestanie obowiązywać. Ale strach jest rzeczą w takiej sytuacji zupełnie zrozumiałą.

- Mówi pan dużo o panice. To właśnie ona jest największym problemem i najgorszym doradcą?

- Nie mamy wzorców. Żadnych, ale to żadnych wzorców. Lublin jest pierwszym dużym miastem w Polsce od 1945 roku i końca II wojny światowej, w którym ogłoszono alarm. I wcale nie poszło nam tak źle, jak mogłoby się wydawać. Jednostkowe przypadki niewłaściwego czy dyskusyjnego zachowania o niczym bowiem nie świadczą. Nakręcanie spirali strachu nie ma sensu. Błędy przeanalizujmy i poprawmy. Wbrew pozorom największym problemem nie były szkoły. Problemem było to, że ludzie w mieście normalnie chodzili po ulicach. Mało kto reagował. W większości przypadków ludzie zbagatelizowali dźwięk syren.

- I potem w mediach społecznościowych pisali, że nie ma procedur.

- Mamy się opanować, uspokoić, zadbać o siebie. Nie jest to czas na pisanie na Facebooku, że nic się nie dzieje albo że wszystko działa źle. Nie mamy oglądu całego miasta. Mamy ogląd tylko swojego otoczenia. A inni nas słuchają. Są ludzie, którzy mają autorytet. Lokalni liderzy. Jeżeli oni zaczynają pisać, że wszystko się sypie i wali, to tylko wzbudzają i podsycają panikę. A my mamy nad tą paniką zapanować, żeby do niej w ogóle nie doszło.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama