Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Wywiad

Można wyjechać z Polski, ale nie trzeba porzucać własnych korzeni

Zaczęło się od spotkań zaprzyjaźnionych kobiet w londyńskim Ealing. Dziś „Polki w Sercu Londynu” tworzą projekty społeczne, prowadzą Szkołę Liderek Społecznych, wydają książki, łączą środowiska polonijne i próbują przywrócić emigrantom coś, czego z czasem zaczyna brakować najbardziej - więź z miejscem, z którego się wyjechało. O tym, ile kosztuje działalność społeczna, dlaczego czasem prowadzi się organizację z własnego salonu i po co wracać do korzeni, rozmawiamy z prezeską Stowarzyszenia „Polki w Sercu Londynu” Małgorzatą Anną Wojewódzką.
Można wyjechać z Polski, ale nie trzeba porzucać własnych korzeni

Autor: Polki w Sercu Londynu/nadesłane

Zapewne słyszałaś to pytanie już wiele razy, ale skąd właściwie wzięły się „Polki w Sercu Londynu”? Sama organizacja jest młoda, a wasza działalność społeczna ma przecież znacznie dłuższą historię.

– Tak naprawdę wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie – od spotkań towarzyskich grupy zaprzyjaźnionych kobiet w Ealing, polskiej dzielnicy Londynu. To właśnie tam nasze stowarzyszenie jest dziś zarejestrowane. Adresem siedziby jest prywatny dom mojej zastępczyni, Edyty Janowskiej, a biuro i miejsce wielu naszych spotkań znajduje się… w moim salonie.

Nie stać nas na wynajęcie własnej siedziby. W Londynie koszt nawet niewielkiego pomieszczenia może sięgać trzech tysięcy funtów. I to jest codzienność wielu organizacji polonijnych, o której często się nie mówi.

Kiedy musimy wykupić ubezpieczenie potrzebne do realizacji konkretnego działania, zdarza się, że zabezpieczeniem staje się nasz prywatny majątek. Za tym wszystkim naprawdę stoją konkretni ludzie i ich prywatne życie.

Dlatego dla mnie fundamentem tej organizacji nie są dokumenty ani formalności. Są nim przyjaźń i zaufanie, które budowałyśmy przez lata.

Czyli można powiedzieć, że w pewnym momencie po prostu sformalizowałyście przyjaźń – po to, żeby zrobić z niej coś dla innych?

– Tak. I co ciekawe, korzeni tej historii trzeba szukać nie tylko w Londynie, ale również tutaj, niedaleko Lublina, w Bychawie.

Dzięki ogromnej życzliwości naszych przyjaciół z Młyna Bychawa mogłyśmy uruchomić tam pierwszą organizację pozarządową „Simply World”, a w Londynie utworzyć jej placówkę zagraniczną.

W ten sposób poznałyśmy Lokalną Grupę Działania „Kraina Wokół Lublina”, a także wielu niezwykle zaangażowanych lokalnych przedsiębiorców. Dzięki tym relacjom udało się później zorganizować kilkudniowy wyjazd na Lubelszczyznę dla młodzieży polonijnej z Wielkiej Brytanii i innych państw.

Właśnie podczas takich wydarzeń te więzi zaczęły się cementować. Z jednej strony tutaj, na Lubelszczyźnie, a z drugiej – w Londynie. Jedno spotkanie prowadziło do następnego. Jedna osoba przedstawiała nam kolejną. Z jednego pomysłu rodził się drugi. I chyba do dziś właśnie w taki sposób działamy.

Zapytam więc trochę przewrotnie: sformalizowałyście działalność po to, żeby było łatwiej, czy po to, żeby móc robić jeszcze więcej?

– Na pewno nie po to, żeby było łatwiej. Ostatnio jednym z naszych największych wyzwań było… założenie konta bankowego dla stowarzyszenia. Cała procedura trwała pół roku. Przeszłyśmy bardzo szczegółową kontrolę, a bez konta nie mogłyśmy przecież ubiegać się ani o dotacje, ani przyjmować darowizn.

Formalizacja daje nam możliwość starania się o środki przeznaczone dla organizacji polonijnych, także w Polsce. Samo istnienie organizacji nie oznacza jeszcze, że ktoś od razu nam zaufa.

Jesteśmy młode, stawiamy pierwsze kroki, musimy zdobyć rozpoznawalność i zbudować wiarygodność w środowisku polonijnym. Dlatego bardzo chętnie zapraszamy do Londynu przedstawicieli instytucji i organizacji, które zdecydowały się nam zaufać. Mówimy: przyjedźcie, zobaczcie na własne oczy, co robimy, poznajcie ludzi.

To wszystko kosztuje nas ogrom pracy i poświęcenia. Każdą z nas. Bardzo często odbywa się kosztem naszego prywatnego czy rodzinnego czasu. Ja sama mówię czasem, że wychowałam już trzy pokolenia wolontariuszy. I mimo wszystko cały czas mi się chce.

Bardzo ważne jest dla nas również sieciowanie młodych organizacji polonijnych. Doskonale wiemy, z czym mierzą się ludzie, którzy dopiero zaczynają. Wiemy, jak trudno pozyskać pierwsze środki, zdobyć zaufanie, przebić się z pomysłem.

Chyba właśnie w tym jest całe piękno tej działalności – w zaangażowaniu, relacjach i przyjaźni.

Patrząc na waszą aktywność, można odnieść wrażenie, że jedno przedsięwzięcie niemal automatycznie rodzi następne. Szkoła Liderek, książki, spotkania, wieczory literackie… To świadoma strategia czy raczej naturalny rozwój?

– Zdecydowanie naturalny. U nas jedno zrealizowane działanie bardzo często staje się początkiem następnego.

Tak było chociażby ze Szkołą Liderek Społecznych. Najpierw zrobiłyśmy pilotaż. Chciałyśmy sprawdzić, czy taki projekt w ogóle spotka się z zainteresowaniem. Bardzo pomógł nam wtedy ówczesny ambasador RP, prof. Arkady Rzegocki.

Dopiero kiedy zobaczyłyśmy, że pomysł trafił na podatny grunt, zaczęłyśmy starać się o finansowanie. Dzisiaj zainteresowanie jest większe niż liczba dostępnych miejsc. Dlatego stworzyłyśmy nawet specjalny status słuchacza, żeby osoby, które nie dostały się do podstawowej grupy, również mogły przynajmniej w części korzystać ze spotkań.

Pierwszym gościem specjalnym Szkoły była Urszula Dudziak. Dla nas to również było potwierdzenie, że warto marzyć trochę odważniej.

Podobna historia wydarzyła się z książkami. Pomysł na „Oczami Wolontariuszki – MAPF” pojawił się podczas osiemdziesiątych urodzin pani prezes Bożeny Laskiewicz. Słuchałam wtedy historii życia kobiet, które tam były. Szczególnie zapamiętałam historię jej siostry, Joanny. Do dziś, kiedy o niej myślę, mam ciarki.

Wtedy dotarło do mnie, że być może jest to ostatni moment, kiedy można te historie usłyszeć bezpośrednio od ludzi, którzy ich doświadczyli. Jeżeli ich nie zapiszemy, po prostu odejdą razem z nimi. I tak pojawiła się potrzeba zachowania tych świadectw.

Kolejną publikacją była książka „Polki w Sercu Londynu. Liderki i wolontariuszki polonijne”. To historie kobiet na emigracji, które działają dla innych, często nie oczekując niczego w zamian.

Teraz przygotowujemy kolejną książkę. Tym razem chcemy wyjść poza Londyn i pokazać historie polskich liderek i wolontariuszek z różnych zakątków świata. Jedną z takich historii będzie historia Urszuli Dudziak.

W październiku lecę także na zaproszenie Polonii do Norwegii, gdzie będziemy poznawać kolejne kobiety działające społecznie. Tytułu nowej książki jeszcze nie zdradzimy.

Nie traktujemy tych książek jak biznesu. Każdy zarobiony na nich funt wraca do stowarzyszenia i pozwala nam robić następne rzeczy.

I to zaczyna przynosić efekty. Podpisałyśmy między innymi umowę o współpracy z University of West London, znajdującym się właśnie w naszej dzielnicy. Dzięki temu część naszych wydarzeń, w tym spotkania Szkoły Liderek, może odbywać się w murach uczelni.

Wolontariusz musi chyba mieć w sobie odrobinę pozytywnego wariactwa. Pracujecie zawodowo, macie rodziny, domy, własne życie. Nie przychodzi moment, kiedy człowiek po prostu mówi: „mam dość”?

– Przychodzi. Ja to dostrzegam i moja rodzina też to dostrzega. Szczególnie mój mąż. To właśnie on w najbardziej krytycznych momentach potrafi mnie odbudować.

Tak było przy „Simply World”. Miałyśmy dobrze przygotowane projekty, mnóstwo wykonanej pracy, a później okazywało się, że forma prawna organizacji wyklucza nas z części konkursów. Człowiek wkłada w coś ogrom energii, a potem z powodów formalnych nie może nawet wystartować.

Trudny był również czas po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, kiedy do organizacji polonijnych docierało mniej środków. Dzisiaj sytuacja zaczyna wyglądać inaczej. Możemy aplikować o środki brytyjskie, coraz więcej osób i instytucji na miejscu już nas zna i docenia to, co robimy.

Ale jest jedna granica, której nie możemy przekraczać.

Nasze zaangażowanie i chęć działania nie mogą bez końca obciążać naszych prywatnych budżetów. A przecież wielokrotnie finansowałyśmy różne rzeczy z własnych pieniędzy.

I właśnie brak środków jest jednym z tych momentów, które potrafią najbardziej podciąć skrzydła. Nie brak pomysłów. Nie brak ludzi. Nie brak chęci. Brakuje pieniędzy potrzebnych do tego, żeby te pomysły można było naprawdę zrealizować.

Mimo to ciągle planujemy następne działania, zapraszamy gości, organizujemy spotkania. Bo jeżeli naprawdę się chce i ma się w sobie pasję, to paradoksalnie każde kolejne doświadczenie napędza człowieka jeszcze bardziej.

I chyba właśnie z takiej potrzeby narodził się „Powrót do korzeni”. Sama nazwa jest bardzo nostalgiczna.

– Bo taki właśnie jest ten projekt. Bardzo mocno wierzę w jedno zdanie: można wyjechać z Polski, ale nie trzeba wyjeżdżać z własnych korzeni.

Co ciekawe, ja sama nie pochodzę z Lubelszczyzny. Moja miłość do tego regionu przyszła przez ludzi. Przez spotkania, wieloletnią współpracę, gościnność, przywiązanie do tradycji.

Zachwyciła mnie natura, lokalne smaki, a przede wszystkim autentyczność ludzi. I kiedy sama zaczęłam tak odbierać Lubelszczyznę, pomyślałam: skoro ja, osoba spoza tego regionu, mogłam się nim tak zachwycić, to dlaczego nie pokazać go kobietom mieszkającym w Londynie i innych częściach świata?

Tak narodził się „Powrót do korzeni”. Nie chciałyśmy tworzyć kolejnej wycieczki turystycznej. Chcemy, żeby kobiety przyjechały na Lubelszczyznę jako goście, a wyjechały stąd jako jej ambasadorki.

Dlaczego, twoim zdaniem, właśnie teraz Polonia takiego projektu potrzebuje?

– Bo jest całe pokolenie Polaków żyjących poza krajem, szczególnie osób trzydziesto-, czterdziestoletnich i starszych, które doskonale pamiętają jeszcze wakacje u babci, rodzinny dom, konkretne miejsca, zapachy, ludzi. Tyle że bardzo często tego świata już nie ma.

 


Źródło: Polki w Sercu Londynu/nadesłane

Źródło: Polki w Sercu Londynu/nadesłane

Źródło: Polki w Sercu Londynu/nadesłane

Źródło: Polki w Sercu Londynu/nadesłane

Źródło: Polki w Sercu Londynu/nadesłane


Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama