Gdy przez lata całe bezapelacyjnie wiedzie się prym w kraju, aspiracje podboju Europy spędzają sen z powiek, a w pamięci zostaje tylko to co miłe i radosne - trudno bez walki oddać splendory i zająć rolę szaraczka. Nie dziwią więc próby szukania przeróżnych rozwiązań wymyślanych w Monteksie od co najmniej dwóch lat, czyli od chwili, gdy rozpoczęło się ekonomiczne staczanie po równi pochyłej. Wydawało się, że degrengolada została powstrzymana, bo deklarowana i wcielona w czyn pomoc firmy Pol-Skone dawała ogromne szanse wydźwignięcia się z kryzysu. Krótkowzroczność i głupota sprawiły, że sponsor zrezygnował ze współpracy. Zrezygnował, bo nikt rozsądny nie będzie wydawał swych złotówek, nie mając wpływu na ich wydawanie. W Monteksie o tym zapomniano. Między bajki można więc włożyć kuluarowe plotki, jakoby sponsor szukał pretekstu do rozwiązania umowy. A jeśli nawet tak było - w co nie wierzę - pretekst podano na tacy, z rozbrajającym infantylizmem. Czy można w tym kontekście dziwić się, że rozpaczliwe apele o pomoc nie znajdują poważniejszego oddźwięku? Raczej nie, bo niestety klub od dawna traci na wiarygodności, a o małe kwoty nie chodzi. Ratowniczych akcji mających na celu reanimację 9-krotnego mistrza Polski nie krytykuję, ale powodzenia im nie wróżę. Bilans otwarcia dla ewentualnych udziałowców czy sponsorów jest bowiem tragiczny.
Krytykować i wytykać błędy jest łatwo. Gorzej z pomysłem na rozwikłanie problemów. Realnych pomysłów na przywrócenie złotego blasku mistrzowskiemu klubowi nie ma. Szkoda natomiast, że nie ma też alternatywnego planu ratowania nie tyle zasłużonego klubu, co tracącej na popularności dyscypliny, która w Lublinie ma jeszcze sympatyków. Być może większy pożytek byłby z równoległej budową drużyny od podstaw, w nowym stowarzyszeniu, niż łudzenie siebie i innych nadziejami. Zmiany prezesów niczego już dać nie mogą, bo personalia w tej chwili nie są ani przeszkodą, ani atutem. Z kolei wycofanie przed rokiem drużyny rezerw z rozgrywek I ligi był dużym błędem. Krótki odpoczynek od ekstraklasy wyszedł na dobre nie jednemu klubowi znajdującemu się w tarapatach. W przypadku Monteksu mógł być to odpoczynek bardzo krótki, a zarazem otwierający nową kartę w historii lubelskiego szczypiorniaka. Wybrano inną drogę, dzięki czemu mamy jeszcze drużynę w ekstraklasie, niektórzy mają jeszcze nadzieje na dziesiąty tytuł mistrza Polski, ale trudno dopatrzyć się perspektyw. Żeby zyskać, często trzeba coś stracić. W Monteksie tracono niestety czas, a co gorsza - nadal tok myślenia nie ulega zmianie. Sytuacja piłki ręcznej nad Bystrzycą również. A jeśli się zmienia, to na gorsze. Zaś kuponów (do odcinania) ze śladami nie tak dawnej świetności zostało coraz mniej.
Mariusz Giezek
Reklama













Komentarze