Trener Jacek Zieliński triumfował. Piłkarz Jacek Zieliński nazbyt smutnej miny nie miał, ale meczu z Górnikiem do udanych nie zaliczy. Nic więc dziwnego, że na konferencji prasowej Zieliński z Łęcznej tryskał humorem, dystansując zagubionego szkoleniowca Legii Dariusza Kubickiego. Powodów do zadowolenia nie brakowało. Na pierwsze symboliczne brawa zasłużył już przed meczem, odważnie desygnując na boisko zaskakujący (dla niektórych) ofensywny skład. Chyba nawet zaskakujący... Grzegorza Skwarę, mającego spore obawy o miejsce w podstawowej jedenastce, nawet po udanym występie przeciwko Wiśle Płock. Wiadomo - z Legią trzeba uważać, więc teoretycznie pierwszeństwo mają gracze z predyspozycjami do gry w defensywie. A jednak Skwara zagrał od pierwszej minuty i na pewno nie zawiódł. Nie zawiódł też taktyczny plan Zielińskiego. Z Wisłą Górnik rozpoczął grę z jednym napastnikiem i czterema obrońcami. W Warszawie od początku kontynuowany był system z drugiej części potyczki z płocczanami - tercet defensorów i duet napastników. Raz jeszcze okazało się, że najlepszą obroną jest atak.
Ból głowy trenera Janasa
O ile trener Zieliński ma powody do zadowolenia, o tyle piłkarz Zieliński dał powody, ale do myślenia selekcjonerowi Pawłowi Janasowi. Jedyny na boisku reprezentant kraju powołany na najbliższy, środowy mecz z Estonią, w niczym nie przypominał reprezentacyjnego stopera. Kilka podań z głębi pola nie znalazło adresata. Już na początku meczu żółta kartka, po błędzie i pościgu za Sylwestrem Czereszewskim. Później kilka przegranych pojedynków ze Skwarą i Pawłem Bugałą. Jak na jeden mecz z beniaminkiem, to trochę za dużo wpadek zawodnika tej klasy. Janas, obecny na trybunach przy Łazienkowskiej, otrzymał mało budujący materiał szkoleniowy. A w meczu Jacków Zielińskich - zdecydowane zwycięstwo \"naszego”!
Ból głowy dyrektora Engela
Janas był jednym z trzech selekcjonerów oglądających spotkanie Legii z Górnikiem. Towarzyszyli mu \"duchem” jego poprzednicy - Andrzej Strejlau i Jerzy Engel. Ten drugi od tego sezonu dyrektoruje legionistom, ale na razie powodów do dumy nie ma. Z jednej strony w Legii mówią o ataku na mistrzostwo Polski. Z drugiej - z czym do ludzi!? Klasowy zespół nie powinien znaleźć się w takiej rozsypce jak legioniści. Zwłaszcza w przedniej formacji. Gdy Marek Saganowski musiał pauzować, siła ognia zmalała do minimum. Stanko Svitlica - najlepszy w poprzednim sezonie piłkarz Legii - rozpoczął rozgrywki bez formy. Usilne starania sprzedaży Serba za granicę nie przynoszą efektów, bo Stanko w takiej formie przepadnie na każdym teście. Kto do tego dopuścił? Argentyńczyk Garcia przy solidnej opiece obrońców Górnika pokazał się w sobotę ze trzy razy, i to przeciętnie. Radosław Wróblewski od dawna jest talentem i na razie talentem pozostaje, mimo 23 lat na karku. Gra na Łazienkowskiej Cezarego Kucharskiego i Marcina Mięciela pozostawała od początku w sferze marzeń, więc w wakacje chwilowo nabrano ochoty na transfer Piotra Włodarczyka. Ten pozostał jednak w Widzewie, a i tak bliżej mu było do krakowskiej Wisły niż do stolicy. Jak widać sportowe dyrektorowanie eks-selekcjonera Engela na razie niczego nie wniosło. Chyba że... poważniejsze ruchy kadrowe zaczną się gdy Engel siądzie na szkoleniowej ławce, o czym dało się czasami usłyszeć w kuluarowych spekulacjach. Tyle że dotychczasowymi działaniami były selekcjoner nie przekonuje swych przełożonych - miał swoją osoba przekonać do klubu poważnych sponsorów; na razie o tym cisza. Z kolei piłkarze ustami Jacka Magiery zdementowali kolejną plotkę, jakoby dwa remisy to \"wdzięczność” dla trenera Kubickiego.
Soczewka niezawodny
Problemami Legii zaczniemy się przejmować... wiosną, przed rewanżem w Łęcznej. Sobotni remis na pewno doda Górnikowi pewności przed kolejnymi meczami, a wspomniane ofensywne kłopoty \"wojskowych” w niczym nie umniejszają sukcesu. Bo remis na pewno jest sukcesem górniczego beniaminka. Zapracowali nań bez wyjątku wszyscy gracze z Łęcznej, przy czym nie można przecenić roli Piotra Soczewki. Zwykle w oko wpadają kibicom (a jak zaznaczył Jacek Zieliński również dziennikarzom) napastnicy, pomocnicy, zdobywający efektowne gole; ewentualnie bramkarze, gdy wybronią kilka trudnych strzałów. Defensywny pomocnik rzadko zbiera gremialne pochwały. Za sobotni występ przy Łazienkowskiej na wyjątkowe wyróżnienie zasłużył właśnie \"Soczi”. Poprzedzając trenerską uwagę, jeszcze przed końcowym gwizdkiem przyznaliśmy Piotrowi dziennikowe miano \"Piłkarza meczu”. Warszawscy żurnaliści wytykali trenerowi Kubickiemu słabą formę Vukovicia. Fakt, \"Vuko” niczego specjalnego nie pokazał, m.in. przez Soczewkę. Ale na rozkładzie pomocnika Górnika byli w sobotę niemal wszyscy legioniści i jak słusznie zauważył trener Zieliński - Soczewka miał na koncie więcej odbiorów i przechwytów piłek, niż cała druga linia rywali.
Mioduszewski z klasą
Soczewkę wspomagał solidnie blok obronny, choć nie ustrzegli się kilku \"eklektrycznych” zagrań, wybijanki na oślep. Były to jednak tylko przerywniki, bo w większości uprzedzali legionistów, a jeśli ci ich przechytrzyli, Robert Mioduszewski okazywał się zaporą nie do przejścia. Przez 90 minut tylko raz interweniował niepewnie po nieporozumieniu z Arturem Bożykiem, a raz - trochę zdezorientowany, niepotrzebnie wybił piłkę na róg. Poza tym - spokój i klasowe interwencje. Z minuty na minutę pewniej czuł się na prawej pomocy Maciej Pastuszka. Wielokrotnie powstrzymywał Tomasza Kiełbowicza i Tomasza Jarzębowskiego, i tylko żałować można, że w ofensywie był mniej efektywny, zwłaszcza przy wyprowadzaniu kontrataków. Ta uwaga dotyczy również drugiego skrajnego pomocnika - Grzegorza Bronowickiego.
Bugała na luzie
Oczy kibiców od początku zwrócone były na Sylwestra Czereszewskiego, przez pięc lat zawodnika Legii, debiutującego w Górniku. Nasłuchał się \"Czereś” chóralnych epitetów tak jak przy poprzedniej wizycie na Legii w barwach poznańskiego Lecha. Nie wyprowadziło go to z równowagi, był nawet bliski zdobycia gole. Widać jednak, że brakuje mu jeszcze świeżości, przydałoby się trochę więcej szybkości, ogrania i zgrania z partnerami. Jak na debiut w takich okolicznościach - nie było źle. Spokojem i umiejętnościami znów zaimponował Paweł Bugała, nie robiący sobie nic z klasy (przynajmniej teoretycznej) przeciwników. Zaprezentował warszawskiej publiczności kilka błyskotliwych technicznych zagrań, z \"siatką” założoną Tomaszowi Sokołowskiemu włącznie. A i Jacek Zieliński czuł respekt, gdy \"Buła” przymierzał się do rozprowadzenia kolegów.
Z Warszawy Mariusz Giezek
Reklama













Komentarze