Dżungla po lubelsku
Przez osiem dni kilkadziesiąt osób od rana do nocy uwijało się na planie zdjęciowym.
- 08.05.2008 15:21
Krótkometrażowy film fabularny \"Dżungla” z Lublinem w tle ma być gotowy w grudniu.
Wysoki, szczupły, przystojny blondyn. Długo myśli, zanim odpowie na pytanie. Czuć, że to jego nie pierwszy kontakt z mediami. Gdy dziennikarze pytają, o czym jest ten jego film, zwykle mówi, że o ludzkim sumieniu. Nie uśmiecha się, nie stara, by rozmówca go polubił. Kogoś mi przypomina... Jakiś aktor?
Rozmawiamy w przerwie obiadowej pierwszego dnia zdjęć. Artur Brzozowski coraz zerka to na zegarek, to na styropianowe opakowanie z obiadem. W końcu zgadza się mówić i jeść jednocześnie. - To moja druga produkcja. Pierwsza była komedia \"Facet z bloku”. Teraz pora na dramat - mówi i bez przekonania grzebie w potrawie.
Scenariusz \"Dżungli” pisał trzy miesiące. Szybko skompletował trzon ekipy. A znalezienie sponsorów okazało się wyjątkowo łatwe. - Wystarczyło napisać wniosek do Urzędu Miasta i porozmawiać z dyrektorem Biura Promocji Miasta - opowiada młody reżyser.
Lubelski Ratusz zgodził się pokryć koszty realizacji filmu.
Znają się ze szkoły. Z Wojtkiem Jakubowskim (montaż) z liceum, z Michałem Górczyńskim (zdjęcia) ze warszawskiej Akademii Filmu i Telewizji. To już drugi film, jaki kręcą razem i drugi, który powstaje w Lublinie.
- Tu jest mi łatwiej, bo jestem stąd. Znam ludzi, miejsca, całą bazę logistyczną - mówi Brzozowski.
Co dalej? - Czas pokaże. Na razie promujemy się, szlifujemy warsztat. Zrobienie jednego filmu, to jak cały rok nauki w szkole - stwierdza młody reżyser.
- Przy pracy nad poprzednim filmem wszystko okazało się zbyt mało zorganizowane. Teraz wszystko staramy się przewidzieć i wcześniej zaplanować - mówi Jacek Skulimowski, dziś w roli kierownika produkcji. - Dbam o to, by reżyser i operator mieli wszystko pod ręką, opracowuję całą logistykę, przygotowuję plany zdjęciowe - wylicza.
- Ludzie uczą się na błędach - słusznie zauważa Artur Skrobas, jego zastępca, który trafił tu z castingowej \"łapanki”.
Aktorzy pracują za darmo. Mimo to na marcowym castingu w Centrum Kultury pojawiło się 46 osób. Justyna Bednarska przyszła z koleżanką. - Obie chcemy studiować na PWST i myślimy, że to dobry sposób, żeby się wkręcić - mówiły, czekając na korytarzu.
Do filmu nie dostała się żadna z nich. - Trochę żałuję, ale wiem, że jeszcze mam czas - śmieje się Justyna. Na castingu wspomniała, że potrafi profesjonalnie malować. Dziś odpowiada za makijaż aktorów grających w \"Dżungli”.
Podobnie na plan filmu trafiła Ania Dębicka. Po castingu znalazła się na liście aktorów zastępczych, ale szybko awansowała na pomocnika reżysera. W tym roku zdaje maturę. Zamiast ślęczeć nad książkami, woli obsługiwać klapsa. - Poszłam tam dla towarzystwa, a w końcu zgodziłam się na wszystko - śmieje się maturzystka z liceum Vetterów.
Więcej szczęścia miał Michał Mroczka. W \"Dżungli” gra Michalskiego, policjanta, któremu generalnie \"wszystko wisi”. - Być może wpasowałem się w tę rolę, bo na casting przyszedłem na kacu - śmieje się i wyciąga nogi na drugim krześle. Po krótkiej przerwie obiadowej kolejny dubel sceny, w której olewa zrozpaczoną główną bohaterkę. - Moja rola wymaga ironii i nonszalancji - tłumaczy.
Michał studiuje na IV roku Wydziału Artystycznego UMCS. Nie marzy mu się Hollywood. - Ta praca zajmuje mnóstwo czasu, wyciąga z człowieka masę energii. Dla mnie liczy się też życie prywatne. I na nie chciałbym mieć czas - mówi młody malarz.
To jego pierwsza poważna przygoda z filmem, więc nie jest łatwo. - Czasem trudno wczuć się w rolę. Zachowywać się tak, żeby nie wypadło sztucznie - mówi, otrzepując niewidzialne paprochy z niebieskiego munduru.
Więcej doświadczenia ma Ania Syrek, filmowa Magda. Na koncie kilka ról w filmach niezależnych i roczny kurs aktorstwa w Australii. - Na castingu zapomniałam tekstu, w ogóle fatalnie mi poszło - opowiada, trzęsąc się z zimna w krótkiej zielonej kurteczce. - Pomyślałam, że nawet nie ma sensu sprawdzać wyników. Ale zajrzałam na stronę i szok!
Ania gra siostrę Maćka, chłopca który nie widzi, nie słyszy, a na dodatek gubi się w dużym mieście. - Można ją zrozumieć, ale nie zrobiłabym tak, jak ona - mówi, gdy pytam, czy utożsamia się ze swoją bohaterką.
Czyli jak?
- Nie wiem czy mogę zdradzić zakończenie... - niepewnie rozgląda się wokół.
Szkoda że bez tekstu
O czerwonym dywanie w Cannes marzy też Marcin Lis, filmowy Maciek.
- Nie widzę, nie słyszę, nie mówię - szybko streszcza swoją rolę. - Na próbach mi to nie przeszkadzało, ale teraz wolałbym mieć jakiś tekst.
Marcin studiuje na I roku kulturoznawstwa na KUL. Ale ma nadzieję, że tylko chwilowo. - W zeszłym roku próbowałem się dostać do szkoły filmowej w Warszawie i Łodzi. Nie udało się, więc w tym roku znów spróbuję.
Trawnik między Wydziałem Psychologii i Politologii UMCS od świata odgradza plastikowa taśma. Ale \"świat” i tak pcha się przed kamerę. - To chyba nasz największy problem - przyznają członkowie ekipy, gdy pytam, co okazało się najtrudniejsze\"w praniu”. - Ludziom nie chce się iść dookoła. Upierają się, żeby iść na skróty albo drą się na nas.
Poza tym, jest fajnie. - Nie o to chodzi, że tak się mówi. Że to taki slogan. Tu naprawdę jest super. Znamy się dopiero od kilku godzin i już się świetnie rozumiemy - przekonuje mnie szatynka w okularach.
Na imię ma Nikola. Przyszła z koleżanką. Będzie jej pomagać przy makijażu aktorów. Na razie na planie jest tylko jedna aktorka, więc dziewczyny trochę się nudzą.
Reklama













Komentarze