Historia kamienicy przy ul. 3 Maja 22 w Lublinie
Opis galerii
6/20
Oficyna. Prawa
Jak wyliczono w 1936 roku, a więc dekadę po zmianie magazynu w mieszkalną oficynę, w kamienicy Bromberga były 33 mieszkania. Dwadzieścia z nich miało balkony. 6 od frontu, 14 od podwórka.
- To były chyba lata 60. a może 70. ubiegłego wieku, kiedy zawalił się jeden z balkonów na pierwszym piętrze, od podwórka. Zginęła lokatorka, która na nim siedziała i czytała książkę - wspomina Zofia Morawińska*, jedna z dawnych mieszkanek kamienicy.
Po tym wypadku wyremontowano wszystkie balkony. Najprawdopodobniej wówczas te od frontu straciły ozdobne barierki jakie przewidział dla nich - przynajmniej w projekcie - architekt Henryk Paprocki.
7/20
Oficyna
Z lewej strony podwórka stoi najstarszy budynek na tej posesji. Już w dokumentach z 1940 roku jego wiek określano na około 60 lat, czyli jego historia musi sięgać przedsiębiorstwa Borensteinów. To suszarnia chmielu z paleniskami, na których paliła się siarka. Za czasów Adama Bromberga siarka ulatniała się pod sufit z żelaznej siatki, na którą wysypywało się chmiel. Chodziły po niej dziewczyny z grabiami i mokrymi chustkami na nosie i ustach, bo chmiel trzeba było w czasie siarkowania przegrabiać. Później trafiał do jutowych worków, które mężczyźni zanosili pod prasę i do magazynu, na drugi koniec podwórka.
Pakowanie w worki i prasowanie do dziś nazywa się balotowaniem. Baloty nosili mężczyźni, bo jeden zawiera 150-200 kg chmielu. Współczesne zasady postępowania z chmielem są podobne. Dziś też chodzi o to, by szyszki nie chłonęły wilgoci, bo cenne kwasy goryczkowe się utleniają, a chmiel starzeje. U Bromberga mężczyźni pracowali jedenaście godzin za siedem złotych, a dziewczyny dziesięć godzin za cztery złote.
8/20
Piętro. Trzecie
- Miałam chyba 10 lat, kiedy w czasie wakacji, jakie bardzo często spędzaliśmy w Zwierzyńcu, przyjechaliśmy do Lublina, do kamienicy przy 3 Maja 22. To chyba wtedy pierwszy raz ją zobaczyłam. Rodzice, a właściwie ojciec, chcieli się zobaczyć z panem Jezierskim, który był administratorem i reprezentował interesy ojca - mówi Ewa van der Veer-Chrościechowska, córka Antoniego Chrościechowskiego, który w 1937 roku kupił od Szymchy Bromberga nieruchomość.
- Ojciec miał przed wojną w Wierzchowinie, w powiecie krasnostawskim, majątek odziedziczony po rodzicach. Sprzedał część ziemi i chciał zainwestować w Lublinie, w kamienicę. Podobno zaoferowano mu wówczas cztery nieruchomości, a on wybrał kamienicę Brombergów. Mówił, że była najbardziej interesująca. Nigdy tu nie mieszkał. Miał tylko do dyspozycji mieszkanie, z którego korzystał przyjeżdżając w interesach. Żyliśmy w Krakowie, gdzie ojciec przyjechał w 1951 roku. Do emerytury, a nawet i później był prawą ręką prof. Majewskiego w kierownictwie odnowienia Zamku Królewskiego na Wawelu. Ja wyjechałam z Polski w 1981 roku. Po śmierci ojca w 1990 roku odziedziczyłam kamienicę i wtedy postanowiłam wrócić do kraju. Od kilku lat mieszkamy z mężem w Lublinie na stałe - opowiada właścicielka nieruchomości oprowadzając po kamienicy.
- Wyremontowaliśmy kilka mieszkań według najostrzejszych zasad respektu dla zabytków. To nie było łatwe. Niektórzy wykonawcy nie chcieli więcej z nami współpracować. Parkieciarz powiedział, że już nie odbierze ode mnie telefonu. Miał dość przekładania mozaiki podłogowej z trzech kolorów drewna, a my się upieraliśmy się, że da się to piękne drewno i wzór uratować. Bo wszystkie mieszkania u Brombergów były z pięknymi podłogami, piecami. Miały stiuki, secesyjną snycerkę, marmurowe i mosiężne elementy. Po wykończeniu i detalach architektonicznych widać, że nie szczędzili pieniędzy - dodaje i zwraca uwagę na szeroki fryz biegnący pod sufitem, na którym secesyjne pawie chodzą za zajączkami, wśród liści kasztanowca i kiści winogron.
Dwa miesiące stał restaurator na drabinie i odskrobywał ze starych farb te piękne sztukaterie.
- Wszystkie drzwi i okna w naszym mieszkaniu są oryginalne, odnowione, oczyszczone, dopasowane. Nawet klamki, zamki w drzwiach i klucze. Jak ich brakowało, to kupowaliśmy na giełdzie staroci. Półki w spiżarni też chcieliśmy zachować stuletnie. Stolarz pukał się w czoło, dlaczego się upieramy przy tych starych deskach zamiast dociąć na wymiar nowe, z płyty, będzie porządnie. W czasach PRL-u nieruchomość była kłopotem. Ojciec zatrudniał administratora, wspominanego pana Jezierskiego. Czasami w dzieciństwie słyszałam: o, dziś już piąty, a pieniędzy od Jezierskiego jeszcze nie ma. Pamiętam, że to była kwota 1000 złotych, chyba istotna dla naszego budżetu, bo pensja ojca wynosiła wtedy około 5 tysięcy. Potem, gdy ten pan już sobie z kamienicą nie radził, administrację przejęło miasto - wspomina Ewa van der Veer-Chrościechowska, z wykształcenia inżynier architekt, konserwator zabytków i antykwariusz.
Na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia Antoni Chrościechowski sprzedał część nieruchomości, czyli zamykający posesję od strony zachodniej, dawny magazyn chmielu. Dziś jego użytkownicy mają wejście od strony ulicy Chmielnej, nie od podwórka. I dobudowali piętro.
- Załatwiania przy tej transakcji było mnóstwo, w rezultacie za część pieniędzy ze sprzedaży mama kupiła dywan i odkurzacz - opowiada córka i dodaje, że nie jest jedyną właścicielką kamienicy, bo ojciec sprzedał kilka mieszkań.
Z czasem jedno z nich, od kolejnych właścicieli, odkupił mąż pani Ewy. - Jak się pokłócimy, nie mam nawet gdzie się wyprowadzić, bo wszystkie mieszkania są wynajęte - żartuje.
Kłopoty z zarządzaniem nieruchomością, o których wspomina pani Ewa, wiązały się pewnie także ze stanem technicznym kamienicy. We wrześniu 1944 roku do Zarządu Miejskiego Wydziału Administracyjno-Budowlanego trafiła prośba o przysłanie komisji, która oszacuje wielkość szkód wojennych niemal we wszystkich mieszkaniach. Kamienica solidnie ucierpiała w czasie lipcowych walk o miasto. W listopadzie 1944 roku ojciec pani Ewy dostał zaświadczenie, gdzie wyliczono koszty napraw, jakie zostały wykonane: suma ponad 100 tysięcy złotych. A już w 1948 roku miejscy urzędnicy ponaglają właściciela, by zabrał się za naprawę dachu i wykonał prace na terenie oficyn.
Pod jednym z takich dokumentów podpisał się i służbową, fioletową pieczątkę przystawił inspektor budowlany Henryk Gawarecki.
9/20
Oficyna. Lewa
Tak, to ten sam Henryk Gawarecki, który w książce „O dawnym Lublinie” przywołuje wydarzenie z września 1937 roku. „W dawnej suszarni chmielu przy ul. Chmielnej 4 odbyła się wystawa rzemieślnicza, zorganizowana przez Związek Rzemieślników Chrześcijan”. Organizatorzy na trzech piętrach przygotowali pokaz rzemiosła lubelskiego, celem - jak pisali w katalogu - zaprezentowania jego wszechstronności i użyteczności oraz pobudzenia do szlachetnej rywalizacji.
W zbiorach Muzeum Historii Miasta Lublina jest szarozielona, wąska broszurka - cytowany przez Gawareckiego przewodnik po ekspozycji. Zawiera spis wystawców, są nawet plany poszczególnych pięter oraz dużo ogłoszeń wystawców.
Na parterze prezentowali się zduni i kaflarze, ślusarze i kowale. Na pierwszym piętrze było stoisko Vettera - koniak, likier, śliwowica vetterowska, duży kufel piwa - wszystko sprzedawano po 10 groszy i podobno tłum przy tym stoisku był największy.
Oprócz oferty szczotkarzy, mistrzów stolarskich czy prezentacji wag uchylnych przygotowano wystawę zabytków cechowych: sztandarów, ksiąg czy kubków obrzędowych a nawet dyscyplin, których używano, by karać uczniów. Wyżej prezentowali się szewcy, krawcy, kuśnierze czy czapnicy. Trzecie piętro wypełniały między innymi oferty wyrobów lubelskich zakładów dobroczynnych oraz... wystawa zdjęć.
Niedaleko wejścia były dwa stoiska: „64” Ludwik Hartwig Krakowskie Przedmieście 29 Portrety i widoki oraz „65” Maria Hartwig ul. Narutowicza 23 Fotografie, portrety i widoki.
Dziś trudno uwierzyć, że w stosunkowo niewielkiej suszarni z boku podwórka była wystawa, którą otwierali: ówczesny wojewoda Antoni Rożniecki, prezydent miasta, starosta, przedstawiciele Ministerstwa Przemysłu i Handlu, dyrektor Izby Rzemieślniczej. Byli dziennikarze i fotografowie. Byli, bo zachowały się zdjęcia z tego wydarzenia.
Wystawa trwała osiem dni.
I dzięki niej wiemy, że w roku 1937, kiedy nieruchomość zmieniła właściciela, chmielu przy ul. Chmielnej już nikt nie suszył.
10/20
Oficyna. Prawa
Dzisiejsza oficyna od strony ulicy Chmielnej swój wygląd zawdzięcza remontowi z przełomu 1923 i 1924 roku. W jakimś momencie Szymcha Bromberg potrzebował mniej miejsca na chmiel. A może uznał, że bardziej opłacają się mieszkania i część dawnego magazynu z 1905 roku kazał przebudować. Projekt robił i inwestycję nadzorował inżynier Henryk Bekker.
Bekker był znaną postacią w Lublinie, do którego przyjechał po studiach w Monachium.
Mieszkania w oficynie zrobił półtora metra niższe niż te Henryka Paprockiego w kamienicy. Dzięki temu wygospodarował dodatkowe czwarte piętro i poddasze z facjatkami. W Lubelskim Archiwum Państwowym zachowały się plany przebudowy, zgody miejskich radnych na inwestycję, a później na zamieszkanie. Jest też korespondencja z urzędnikami. Oprócz mieszkań w oficynie były też biura, magazyny i garaż spółki z ograniczoną odpowiedzialnością S. Bromberg i Synowie oraz laboratoria Dyrekcji Państwowego Monopolu Tytoniowego.
Jak wyliczył architekt Henryk Bekker i poświadczył podpisem, właściciel w przebudowę magazynu zainwestował 15 tysięcy. Wartość nieruchomości z mieszkaniami wzrosła do blisko 60 tysięcy złotych. Inwestor z architektem pewnie znali się długo, bo Bromberg był wiceprezesem gminy żydowskiej a Bekker radnym miejskim i prezesem gminy.
W 1940 architekt stanął na czele Judenratu (Żydowskiej Rady Starszych), ale tego Bromberg już pewnie się nie dowiedział.
Dzięki funkcji w Judenracie Bekker nie trafił do utworzonego w Lublinie getta i jak za czasów pracy dla Bromberga mieszkał przy ul. Bernardyńskiej. Ale w 1942 roku, po likwidacji getta na Podzamczu, Niemcy wysiedlili połowę członków rady. Jednym z nich był Bekker. Jak wspominają świadkowie, hitlerowcy, którzy przyszli po niego do mieszkania, kazali mu założyć szal modlitewny i tak ubranego przyprowadzili do punktu zbornego w bożnicy przy ulicy Jatecznej. Podobno żołnierze żartowali, że zostanie mianowany prezesem na nowym miejscu osiedlenia. Razem z innymi deportowano go do obozu w Bełżcu.
Oprócz przebudowanej oficyny Szymchy Bromberga po zamordowanym inżynierze z ul. Bernardyńskiej zostały kamienice. Na przykład ta przy ul. Okopowej 10 czy przy Wieniawskiej 6/8.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze