Wojskowy Mi-2 runął na pole w Luszawie k. Lubartowa. Silnik maszyny zatrzymał się 100 metrów nad ziemią. Piloci ledwo uszli z życiem.
DARIUSZ JĘDRYSZKA,Miłosz Bednarczyk
29.10.2008 18:48
Paluszek natychmiast ruszył do maszyny. - Gdy dobiegłem, jeden pilot leżał obok maszyny zakrwawiony. Drugi klęczał obok niego. Mówił, że w baku jest 600 litrów paliwa i może wybuchnąć - wyjaśnia. - Razem z sąsiadamy na urwanej łopacie od śmigłowca zabraliśmy zakrwawionego pilota. .
Drugi ze śmigłowców jeszcze chwilę unosił się w powietrzu, a potem odleciał. Jakiś czas później w tym miejscu wylądował inny śmigłowiec. Przyjechało 6 zastępów straży pożarnej.
- Zabezpieczyliśmy teren w promieniu 200 metrów - st. kpt. Grzegorz Szyszko z lubartowskiej straży pożarnej. - Istniała realna groźba wybuchu, dlatego przez cały czas polewaliśmy wrak śmigłowca pianą.
Ciężko-rannego pilota zabrał śmigłowiec pogotowia ratunkowego. Mężczyzna trafił do PSK-4 przy ul. Jaczewskiego w Lublinie. Był przytomny. Ma uszkodzoną wątrobę, złamania w obrębie czaszki, uszkodzone płuco i kolano. Od razu trafił na stół operacyjny.
- Pacjent walczy o życie - informuje Marta Podgórska, rzecznik szpitala przy ul. Jaczewskiego w Lublinie. - Jego stan był na tyle stabilny, że mógł być poddany operacji.
Drugi pilot, po opatrzeniu przez lekarza, pozostał przy śmigłowcu. Teren katastrofy zabezpieczyła żandarmeria. Wojsko przysłało sprzet do zabrania maszyny.
- Najważniejsze, że chłopaki żyją - podkreśla płk Waldemar Gołębiowski, szef szkolenia Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. - To doświadczeni piloci, obaj w stopniu kapitana - dodaje.
Ale zastrzega, że do czasu wyjaśnienia okoliczności wypadku szkoła nie będzie się wypowiadać na ten temat.
- Okoliczności wyjaśni Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych - zapowiada ppłk Wiesław Grzegorzewski, rzecznik Sił Powietrznych RP. - Może to zająć nawet kilka tygodni.
Nieoficjalnie wiadomo, że zawiniła maszyna. Tuż przed katastrofą pilot miał alarmować, że ma kłopoty z silnikiem.
Komentarze