Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Schronisko zamknięte... \"z powodu pomuwień”

Fundacja miała pomagać potrzebującym, tymczasem podopieczni podnoszą, że byli okradani i zastraszani. Gdy powiadomili policję, szef ze swoją rodziną zwinął manatki i tyle go widzieli.
Prowadzona przez Mirosława Liczbańskiego i jego żonę Fundacja \"Ocalenie” działa od trzech lat w podhrubieszowskich Peresołowicach. Zajmują budynek byłej podstawówki, za który miesięcznie płacą gminie 200 złotych. Do wczoraj mieszkało tam 14 osób z Lubelszczyzny i Wraszawy. - To znaczy my na parterze, państwo Liczbańscy zajmowali piętro jak prominenci, choć wcześniej byli takimi samymi bezdomnymi, jak my - mówi Ewa Kłosiewicz. Podopieczni nie zostawiają na swoich szefach suchej nitki. - Handlowali darowiznami: żywnością, środkami czystości, kocami i ręcznikami - twierdzi Mieczysław Klemanow. Nie każdy mógł tam trafić. - Starali się przyjmować tylko rencistów lub emerytów, od których co miesiąc pobierali od 300 do 700 zł. Jeżeli ktoś poszedł na zewnątrz do pracy, zabierali mu bez pokwitowania połowę zarobku - podnosi Krzysztof Franczuk. Nie dzielili się żywnością. - Dwie miednice wędlin zaniosłem na górę, same frykasy: boczek, szynka, polędwica, żeberka, to nic nam z tego nie dali. Dopiero jak zaczynała psuć się pasztetowa albo salceson, znosili na dół - opowiada Jan Grabowski. Zarzutów jest więcej. - Dałem im do przechowania 600 zł. Nie oddali ani grosza. Rodzina przywiozła mi jedzenie, to zabrali do siebie. Później raz wydali mi jak psu kawałek kiełbasy - skarży się Kazimierz Okoniewski. Dlaczego godzili się na takie traktowanie? - Bo jak ktoś się sprzeciwił, od razu go wyrzucali - mówi pani Ewa. W końcu powiadomili policję. - Wtedy zaczęli wywozić wszystko z piętra - opowiada Klemanow. - Zabrali nawet butlę gazową. W lodówce zostało kilka kawałków salcesonu i pasztetowa. Na koniec zaplombowali wszystko i odjechali. Gdyby wójt nam nie pomógł, zostalibyśmy bez światła, wody i ogrzewania. W czwartek na śniadanie jedli pasztetową. Na obiad była ogórkowa, która została ze środy. Na kolację został salceson i trochę kiełbasy. Gospodarz gminy Werbkowice jest zażenowany postępowaniem szefa fundacji, który faksem powiadomił go w środę o przeniesieniu jej siedziby i zamknięciu schroniska \"z powodu oszczerstw i pomuwień ze strony podopiecznych i mieszkańców wsi Peresołowice” (pisownia oryginalna). - U nas na dole też wywiesił podobną kartkę - mówią bezdomni. - Zachowuje się jak Bóg i car w jednym. Sam jest założycielem, sam jest likwidatorem. Gospodarzowi gminy też się to nie podoba. - Powinien najpierw zabezpieczyć miejsce swoim podopiecznym, protokolarnie przekazać obiekt i jako kapitan ostatni zejść z okrętu - mówi Lech Bojko. Mieszkańcy wioski nic nie mają do bezdomnych, ale ich szef wyraźnie im podpadł. - Bo traktował swoich podopiecznych gorzej niż zwierzęta - mówi mężczyzna, którego wczoraj spotkaliśmy w sklepie. - Gdy raz pojawił się tu bezdomny, wyprowadził go za fraki. Na drugi dzień ten starszy człowiek już nie mieszkał w szkole. - A przyszedł tylko po to, aby trochę porozmawiać - wtrąca ekspedientka, która widziała całe zajście. Wczoraj w świetlicy wiejskiej władze gminy spotkały się z bezdomnymi i mieszkańcami Peresołowic. - Postaramy się znaleźć tym ludziom miejsce w innych ośrodkach, m.in. w Hrubieszowie, Zamościu i Puławach - mówi wójt Bojko. - Panie z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej właśnie zbierają zapisy. Nie wyślemy ich na autobus, bo przecież nie mają pieniędzy, tylko podeślemy samochód służbowy. Nie myśmy zgotowali im taki los. Po uzyskaniu pozytywnych ekspertyz w byłej szkole powstaną mieszkania socjalne. Bezdomni próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. - Szkoda, bo myśleliśmy, że uda się nam tu zostać, ale z tego, co wiemy, umowa dzierżawy budynku upływa za dwa miesiące i najprawdopodobniej nie zostałaby przedłużona - powiedział nam wczoraj Mieczysław Klemanow. - Mieliśmy plany. Jakoś byśmy się tu utrzymali. Kilku kolegów już odjechało. Naprawdę szkoda. Śledczy prowadzą postępowanie w kierunku przywłaszczenia mienia i działania na szkodę fundacji. - Na razie nikomu nie postawiliśmy zarzutu - zastrzega Artur Kubik, szef Prokuratury Rejonowej w Hrubieszowie. - Trzeba będzie przesłuchać wielu świadków, w tym byłych podopiecznych, którzy teraz rozsiani są po całym kraju. Trzeba też będzie dotrzeć do szefa fundacji, który przebywa najprawdopodobniej w okolicach Poznania, ale podopieczni mówią, że w czwartek widziany był w Werbkowicach. Mirosław Liczbański nie ma sobie nic do zarzucenia. - Schronisko zostanie przeniesione - mówi. Ale nie powiedział gdzie. Zapewnia za to, że rozliczy się z gminą. • Gdzie pan teraz przebywa? - Bardzo daleko.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama