Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

\"Upadłem na nią z nożem\". Trzy tygodnie trzymał ciało w pokoju

Jerzy G. z Bydgoszczy trzy tygodnie trzymał ciało żony w pokoju. Spędzi w więzieniu 10 lat. Gdy wyjdzie z więzienia, będzie miał 80 lat. Bydgoszczanin usłyszał wyrok 10 lat za zabójstwo żony.
Zginęła od dwóch ciosów nożem, a poszło o pieniądze na węgiel. Na sali rozpraw Sądu Okręgowego w Bydgoszczy nie było oskarżonego. Od stycznia ubiegłego roku, kiedy zbrodnia ujrzała światło dzienne, przebywa w areszcie. Jerzy G. ma 70 lat. W 2004 roku razem z żoną wynajęli pokój z aneksem kuchennym przy ul. Azbestowej w Bydgoszczy. Małżeństwo było stać tylko na takie lokum zważywszy, że G. miał 1,5 tys. zł emerytury, a Barbara nie pracowała. Między małżonkami nie układało się najlepiej. – Rodzice się kłócili. Najczęściej o pieniądze – zeznawała przed sądem 39-letnia córka Katarzyna Ł. – Mówiłam, że jak tak dalej będzie, to kiedyś dojdzie do tragedii. Z przesłuchań świadków wynika, że sprzeczki, wzajemne wyzywanie były w małżeństwie G. na porządku dziennym. Zawsze jednak kończyło się tylko na podniesionych głosach. Tak było aż do niedzieli 27 grudnia 2009 roku. Wieczorem między godz. 19 a 20 Jerzy G. był razem z żoną w ich wynajętym mieszkaniu. Z zeznań mężczyzny wynika, że Barbara G. krzątała się w kuchni, gdy ten zapytał o pieniądze z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, które małżeństwo dostało na zakup węgla. Poszło o 600 zł. Kiedy G. zaczął gorączkowo szukać dokumentu potwierdzającego przekazanie pieniędzy i zamierzał zajrzeć do torebki kobiety, ta zagroziła mężowi, że pożałuje. W procesie G. zaznaczał, że trzymała nóż kuchenny: – Wyrwałem jej go z ręki. Jerzy G. ranił żonę w okolice klatki piersiowej, nóż trafił poniżej obojczyka. – Przewróciła się. Chciałem do niej podejść; ona zrobiła coś z nogami i wtedy przewróciłem się na nią z nożem. Dwie rany kłute okazały się śmiertelne. Barbara G. wykrwawiła się. Liczyła 60 lat. – Byłem zdenerwowany, ale nie chciałem zabić – wspomina G. Jego adwokat sugerował, że to była obrona konieczna. Sąd odrzucił tę ewentualność. – Po tym wszystkim zrobiło mi się ciemno przed oczami. Gdy się obudziłem, w telewizji były akurat wiadomości... chyba serwis sportowy. O tragedii pierwszy dowiedział się syn, Tomasz G. Najpierw próbował skontaktować się z ojcem 3 stycznia 2010 roku, żeby złożyć mu życzenia urodzinowe. Nie odbierał telefonu. 20 stycznia Tomasz G. pojechał do mieszkania rodziców. Nikt nie otwierał. Ojca znalazł w pracy. G. dorabiał do emerytury. Razem z synem pojechali do mieszkania na Brdyujściu. Tomasz G. od razu zawiadomił policję. Tego samego dnia do brata zadzwoniła zaniepokojona Katarzyna Ł. – Przekazał ojcu telefon. Byłam w szoku, krzyczałam tylko „Ojciec, coś ty zrobił!”. Jerzy G. pytany dlaczego trzymał ciało w mieszkaniu, odpowiadał: – Chodziłem po mieście. Prawie nie było mnie w domu. Dzień po tym poszedłem na most, chciałem skoczyć. Zabić się. W domu spałem na fotelu; raz tylko na łóżku. Nie paliłem w piecu. Było zimno... – Wiem, że dziesięć lat więzienia może oznaczać dla oskarżonego dożywocie – przyznaje sędzia Dariusz Jagielski. – To było zabójstwo. A kara musi być adekwatna do czynu. Wyrok nie jest prawomocny.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama