Mariusz Pawelec, obrońca Śląska Wrocław: Tytuł rodził się w bólach
Zawsze podkreślam, że jestem wychowankiem Górnika Łęczna. Decyzja o opuszczeniu klubu była dla mnie bardzo trudna, miałem wtedy 21 lat. Ale z perspektywy czas wiem, że była ona słuszna - mówi Mariusz Pawelec, obrońca Śląska Wrocław.
- 13.05.2012 21:39

• Po rundzie jesiennej prowadziliście w tabeli, mając aż cztery punkty przewagi nad Legią. Pewność siebie okazała się zgubą?
– Mieliśmy zapas, ale na pewno nikogo nie zlekceważyliśmy. Chcieliśmy podtrzymać dobrą dyspozycję, ale z naszą formą było różnie, przeważnie była wręcz słaba. Zdobywaliśmy mało punktów, w efekcie straciliśmy przewagę i pozycję lidera. Zrobiło się nieciekawie, ale czuliśmy, że inne silne zespoły ekstraklasy – Legia i Wisła, też nie prezentują wysokiej dyspozycji. Na szczęście na finiszu sezonu wróciliśmy do gry i poderwaliśmy się do walki. Nasz tytuł rodził się bólach.
• Przeżyliście prawdziwą huśtawkę nastrojów. Były momenty zwątpienia?
– Aż tak to nie, bo wiedzieliśmy, że Legia również nie gra dobrze. Co prawda wysoko z nią u siebie przegraliśmy, ale to był dziwny mecz. Szybko straciliśmy gola i musieliśmy grać w osłabieniu. To spotkanie bardzo dobrze ułożyło się dla warszawian i potem wszyscy patrzyli przez jego pryzmat.
• Nie brakuje komentarzy, że to Legia bardziej przegrała mistrzostwo niż Śląsk je wygrał.
– Nie będę teraz zajmował się sytuacją Legii i płakał nad tym, że \"nie chciała” zdobyć mistrzostwa. My do końca byliśmy zdeterminowani, pokazaliśmy klasę i umiejętności.
• Czy Śląsk to najsłabszy mistrz Polski w ostatnich sezonach?
– Nie zgadzam się z taką opinią. W naszej drużynie są bardzo dobrzy piłkarze. Nie dość, że tworzyliśmy kolektyw, to jeszcze mieliśmy indywidualności. Proszę zestawić dwa ostatnie lata. To Śląsk wywalczył najwięcej punktów i strzelił najwięcej goli. Statystki same mówią za siebie. W ubiegłym roku byliśmy wicemistrzem, a teraz byliśmy już najlepsi. To olbrzymi sukces i jednocześnie postęp zespołu.
• A w kontekście Ligi Mistrzów?
– Powoli euforia zacznie opadać i wtedy zaczniemy myśleć o eliminacjach. To na pewno jest bardzo wysoka półka i sam jestem ciekawy, jak to będzie wyglądało.
• Tym bardziej, że sporo mówiło się o nie zawsze dobrych relacjach drużyny z trenerem Orestem Lenczykiem.
– Sukces rodził się w bólach i, jak to nazwali dziennikarze, mini-konfliktach. Były napięcia i spory, ale efektem końcowym tego okazało się mistrzostwo Polski. Utarliśmy nosa wszystkim, którzy nam źle życzyli. A trener? Wciąż ma kontrakt z klubem.
• Świętowanie było huczne, a w pewnym momencie nawet przesadzone. Śpiewanie piosenki obrażającej Legię nie dodało wam sympatii.
– Człowiek popełnia błędy, jednak ja ze spokojem czekam na czwartkowy Wydział Dyscypliny. Będą się tłumaczył i przedstawię swoje zdanie. To była euforia i szał. Na rynku cieszyliśmy się z tysiącami kibiców. Było w tym dużo emocji. Każdemu życzę takich pięknych chwil. Poza tym rada drużyny wydała w tej sprawie oświadczenie.
• Ale niewiele brakowało, aby zabrakło dla pana miejsca w składzie.
– Zimą trener sprowadził Patrika Mraza, najlepszego obrońcę ligi słowackiej, grającego w Lidze Mistrzów. To zawodnik z bogatym c.v. Musiałem podjąć rywalizację i walczyć o swoje. Najpierw grał Patrik i trudno się dziwić, bo w końcu został sprowadzony. Ale potem to ja odzyskałem miejsce, wychodziłem na boku lub w środku obrony. I chyba z dobrym skutkiem, bo w ostatnim meczu w Krakowie, najważniejszym w mojej karierze, zagrałem w środku defensywy razem z Piotrkiem Celebanem. Wygrałem rywalizację, bo cały czas wierzyłem w siebie, wiedziałem jak się prezentuję. A Mraz w ostatnich kolejkach też znalazł dla siebie miejsce.
• Nie drżały panu nogi przed ostatnim spotkaniem z Wisłą?
– Była presja, bo w końcu graliśmy o mistrzostwo Polski. Na pewno Wisła nie odpuściła nam meczu, jak to niektórzy próbowali sugerować. Losy tytułu ważyły się do ostatniej chwili. Ciężar gatunkowy był ogromny. Michał Probierz wystawił piłkarzy o wielkiej sile ofensywnej i cały czas musieliśmy się ostro ścierać. Ale udało się, po to trenowałem piłkę nożną od małego chłopaka.
• Odchodząc z Łęcznej liczył pan, że zostanie mistrzem Polski?
– Zawsze podkreślam, że jestem wychowankiem Górnika Łęczna. Decyzja o opuszczeniu klubu była dla mnie bardzo trudna, miałem wtedy 21 lat. Ale z perspektywy czas wiem, że była ona słuszna. Kiedy grałem w Górniku Zabrze, dwukrotnie wystąpiłem w reprezentacji kraju. W Śląsku wywalczyłem Puchar Ligi, wicemistrzostwo i teraz mistrzostwo. Zadebiutowałem też w Lidze Europejskiej. To są piękne chwile. Marzenia czasem się spełniają.
• To może czas wyznaczyć nowe?
– Na razie nie wiem, gdzie będę grał w nowym sezonie. Do końca czerwca mam kontrakt ze Śląskiem, ale jeszcze zimą otrzymałem sugestię, aby przedłużyć go o kolejne trzy lub cztery lata. W tej chwili mój menedżer Czarek Kucharski rozmawia w tej sprawie, ale naprawdę nie wiem, jaki będzie finał negocjacji. Wiem natomiast, że są również inne propozycje, z Niemiec i Ukrainy. Jednak we Wrocławiu żyje mi bardzo dobrze. Muszę rozważyć wszystkie opcje i jak najszybciej wybrać najlepszą.
• Gdzie spędzi pan urlop?
– Od 19 czerwca będziemy mieli miesiąc urlopu, naprawdę zasłużonego. Czas na odpoczynek. Pojedziemy do domu, do Łęcznej. Dziadkowie już nie mogą doczekać się swojego wnuka. A potem zobaczymy, może jeszcze gdzieś wyskoczymy na wakacje.
• A mistrzostwa Europy?
– Nie mam nawet biletu. Ale jest mała szansa, abym pojechał na mecz do Warszawy.
Reklama
















Komentarze