• Jak pan oceni niedzielny maraton?
– Cieszy mnie duża frekwencja i to, że uniknęliśmy deszczu. Lublinianie kochają rowery, co niejednokrotnie już udowodnili. Pamiętam, że dwa lata temu, mimo fatalnej pogody, na starcie Mazovia MTB Marathon stanęło około tysiąca uczestników.
• Trasa się sprawdziła?
– Uczestnicy sobie ją chwalili, więc wydaje się, że była dobrze przygotowana. Trzeba było zmierzyć się z ogromną ilością małych podjazdów. Zapewne każdy kolarze odczuł je w nogach. Dla prawdziwego sportowca, ten ból jest jednak ogromną przyjemnością.
• Ilu kolarzy przewinęło się przez Mazovia MTB Marathon?
– Przez siedem lat zorganizowaliśmy około dziewięćdziesięciu maratonów, w których wzięło udział około 80 tysięcy kolarzy. W tym roku na liczniku mamy już ponad osiem tysięcy zawodników. Uważam, że to bardzo duża liczba, zwłaszcza, że w Polsce organizowanych jest wiele podobnych imprez.
• Skąd wziął się wysyp maratonów rowerowych w ostatnich latach?
– Powodem jest ogromna popularność kolarstwa. Trzeba zaznaczyć jednak, że dotyczy ona przede wszystkim rowerów górskich. Zawody w kolarstwie terenowym są dużo łatwiejsze do zorganizowania. Nie powodujemy korków na ulicach, przez co mieszkańcom jest łatwiej zaakceptować nasze imprezy.
• Dlaczego zaangażował się pan w kolarstwo górskie?
– Ponieważ swoją karierę zaczynałem właśnie od rowerów górskich. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości spróbuję swoich sił jako organizator imprez szosowych.
• Jest pan ostatnim Polakiem, który wygrał Tour de Pologne. Było to jednak aż dziewięć lat temu. Dlaczego tyle czasu czekamy na kolejny triumf "biało-czerwonych” w najważniejszym wyścigu w naszym kraju?
– Polacy umieją pięknie jeździć, ale ciągle pracują na kogoś. To jest bierna jazda w peletonie. Musimy nauczyć się jeździć na siebie. Jesteśmy w stanie to robić, co fragmentami pokazywał Sylwester Szmyd. On musi przede wszystkim uwierzyć, że jest w stanie wygrywać z najlepszymi.
• Na słabą kondycję polskiego kolarstwa zawodowego wpływ ma również brak silnych grup...
– Kiedy ścigałem się, to w peletonie były dwa mocne zespoły – CCC i Mróz. Ta rywalizacja napędzała polskie kolarstwo. Musieliśmy wygrywać, aby pokazać, że jesteśmy lepsi. Teraz nie mamy żadnej drużyny biorącej udział w najważniejszych wyścigach na świecie. Szkoda również, że nie wciąga się do pracy nad polskim kolarstwem byłych zawodników.
• Chciałby pan zostać prezesem Polskiego Związku Kolarskiego?
– Nie trzeba być prezesem, aby zmieniać polskie kolarstwo. Należy stworzyć zespół ludzi, którzy wyciągną ten sport z kryzysu ekonomicznego w jakim się znalazł. Pewnie do kolarstwa szosowego jeszcze wrócę, bo nie czuję się jeszcze do końca spełniony.
Komentarze