Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama

Meeting of Styles po lubelsku. Graffiti to klucz

Przez dwa dni zużyli około tysiąca puszek farby, zamalowali kilkaset metrów kwadratowych ścian i trzy autobusy MPK. W miniony weekend w Lublinie po raz piąty odbyła się polska odsłona Meeting of Styles
Meeting of Styles po lubelsku. Graffiti to klucz

„Meeting Of Styles” organizowany jest na całym świecie od 1997 roku. Nad Wisłę zawitał w 2002 roku, a pierwsze polskie edycje odbywały się w Szczecinie, Bełchatowie i Wrocławiu, a nieprzerwanie od 2011 roku goszczą w Lublinie. W tym roku nasze miasto odwiedzili ponad 60 artystów z całej Polski oraz z Czech, Słowacji, Węgier, Ukrainy, Holandii, Niemiec, Szwajcarii, Rosji czy Izraela.

Co roku chcą wracać

Podczas tegorocznego festiwalu w Lublinie prace artystów powstawały w trzech miejscach: na ścianie przy hali Globus wzdłuż ulicy Zana oraz przy Kazimierza Wielkiego i Zachodniej. - Według wielu uczestników to była najlepsza edycja w naszym mieście, nie tylko ze względu na rekordową frekwencję, ale też przyjazną atmosferę. Niektórzy z naszych gości automatycznie są wpisywani na listę, przez cały rok mają w głowie, że na początku sierpnia jest impreza w Lublinie. Przyciąga ich klimat, miasto, które im się podoba, ale też marka, jaką imprezie udało się uzyskać. Inni przyjeżdżają, bo słyszeli o niej od kogoś znajomego i też chcieli się tu pojawić. Wielu z nich wyjeżdżając mówi „do zobaczenia za rok” - opowiada Łukasz Kuzioła, jeden z organizatorów lubelskiej odsłony „Meeting Of Styles”.

Być kimś innym

Wielu z writerów - bo tak mówią o sobie twórcy graffiti - którzy odwiedzili Lublin, zaczęło malować jeszcze w latach 90. Większość z nich dzięki swojej pasji odwiedziła najdalsze zakątki świata.

- Zaczynałem w 1994 roku. Byłem zwykłym chłopakiem z osiedla, synem faceta, który pracował w straży portowej, a chciałem być kimś innym i w jakiś sposób się wyróżniać. Kolega jeździł wtedy do Szwecji, gdzie graffiti było na wysokim poziomie. Zebrał fundusze, żeby pomalować stację transformatorową na naszym osiedlu - mówi „Xman” ze Szczecina.

- Chcieliśmy być kimś innym, zrobić coś, czego jeszcze nikt nie robił. Fajnie jest umieć coś, czego nie umieją inni. A graffiti jest doskonałą trampoliną do wielu dyscyplin plastycznych. Żeby być dobrym writerem, musisz mieć poczucie estetyki, a to przydaje się w życiu - dodaje artysta, który na życie zarabia jeżdżąc po świecie i malując urządzenia wykorzystywane w lunaparkach.

Zaczęło się od zeszytów

„Retry” z Holandii na festiwal w Lublinie trafił dzięki znajomym z Ukrainy, których poznał przez malowanie.

- To bardzo dobry sposób na poznawanie młodych ludzi. Sam zaczynałem w późnych latach 90. Zainteresował mnie tym kolega, który malował. Podejmowałem pewne próby, ale na dobre zacząłem to robić, kiedy on skończył. Na początku rysowaliśmy w zeszytach, na lekcjach, przerwach czy po szkole. Kiedy już byłem starszy, zająłem się tym na dobre - mówi i też potwierdza, że zdolności zdobyte dzięki graffiti przydają się w życiu zawodowym. - Prowadzę warsztaty dla dzieciaków, podnosząc ich umiejętności artystyczne. Czasem zaprojektuję też jakieś logo, ale tego akurat nie lubię, bo to wymaga wielu kompromisów.

Wierny oldskulowi

„Saint” ze Lwowa zaczynał 20 lat temu. Był jednym z pierwszych osób, które zajęły się kulturą graffiti na Ukrainie.

- Oglądałem zdjęcia w magazynach muzycznych, jakie docierały do nas z Polski czy Słowacji. Postanowiłem spróbować i od tamtej pory maluję bez przerwy. Dziś staram się nie oglądać za dużo zdjęć w internecie. Kiedy zaczynałem, graffiti było na trochę innym poziomie, ale ja lubię ten styl. Zmieniają się farby, zapewniają one lepsze krycie, w puszkach jest inne ciśnienie, jest więcej kolorów... Z tego korzystam, ale jeśli chodzi o samo malowanie, to jestem wierny oldskulowi (z ang. „stara szkoła” - przyp. aut.).

Jak twierdzi, stara się wykorzystać każdą okazję, by realizować swoją pasję. - Po prostu maluję, gdy tylko mogę gdzieś pojechać. Niektórym jest ciężko zrozumieć, że można wsiąść do samolotu, polecieć na drugi koniec świata i dobrze się bawić z kimś, kogo właściwie nie znasz.

Uniwersalny język

Jak twierdzi „Bandi” ze Szwajcarii, w graffiti nie ma barier językowych. - Mamy uniwersalny język. Mogę pojechać w każde miejsce na świecie, poznać nowych ludzi, rozmawiać o graffiti i bez problemu się dogadać. Byłem m. in. w Afryce, Indiach, Stanach Zjednoczonych czy Dubaju. Zwiedziłem cała Europę, w Lublinie pierwszy raz byłem rok temu i tak mi się spodobało, że chciałem tu wrócić. Tak naprawdę, to graffiti uratowało moje życie. Gdybym nie malował, to pewnie zostałbym w swoim miasteczku, nie miał pasji i poza pracą pewnie nic nie robił.

Trochę obok tego

- U mnie zaczęło się jakieś 16 lat temu. Widziałem zdjęcia w gazecie i sam zacząłem szkicować. Na początku jeździłem z kolegą, który malował, dopiero potem sam spróbowałem. Dzisiaj on poszedł bardziej w stronę sztuki. Ja mam pracę, rodzinę i graffiti jest trochę obok tego wszystkiego, ale przynajmniej raz w miesiącu staram się wyjechać z domu i coś namalować - opowiada „Tart” z czeskiej Pragi. - Kiedyś oglądając zdjęcia w internecie, przy jednej z prac zobaczyłem napis „graffiti is a key” („graffiti to klucz”). To jest prawda, to taki kluczyk, który otwiera przed tobą wiele możliwości. Gdyby nie to, to pewnie nawet nigdy bym nie przyjechał do Lublina - śmieje się.

- Coś w tym jest, to klucz, dzięki któremu ludzie zajmujący się graffiti mogą się swobodnie ze sobą komunikować - podsumowuje „Xman”. - Jedziesz do Singapuru, mając od kolegi numer do gościa, który maluje. Dzwonisz do niego i mówisz, że też malujesz i znasz tego i tego. Dziś to się nazywa „couchsurfing”. My to mieliśmy już wcześniej, to taka nic porozumienia między twórcami.

Powiązane galerie zdjęć:


Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama