– Oskarżony popełnił zarzucany mu czyn nieumyślnie. Nie chciał naruszyć zasad bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Jest osobą starszą. Nie był karany, a to zdarzenie to jedynie epizod w jego życiu – uzasadniał wczorajszy wyrok sędzia Łukasz Czapski z Sądu Rejonowego Lublin-Zachód.
Proces dotyczył wypadku, do którego doszło w maju 2014 r. przy Al. Racławickich w Lublinie.
Jacek Wnuk jechał swoim motocyklem w stronę ul. Lipowej. Z parkingu przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wyjeżdżał czerwony nissan. Za kierownicą auta siedział Zygmunt W., znany lubelski adwokat. Kamera miejskiego monitoringu zarejestrowała, jak kierowca na moment się zatrzymał, po czym włączył się do ruchu. Na jezdnię wjechał tuż przed zbliżającym się motocyklem, który chwilę wcześniej ruszył spod świateł. Nissan przeciął podwójną, ciągłą linię. Kierujący yamahą położył motocykl, by uniknąć zderzenia. Kiedy wstał, mimo licznych potłuczeń i złamanej ręki, biegł za nissanem.
– Uderzyłem w bagażnik i krzyczałem: Stój! Ale kierowca spojrzał w lusterko i odjechał – relacjonował na początku procesu motocyklista.
Świadkowie zdarzenia spisali numery rejestracyjne nissana. Niedługo później policjanci byli już w domu Zygmunta W. Był trzeźwy. Okazało się wówczas, że 73-latek od 3 lat nie miał prawa jazdy. Przekroczył limit punktów karnych. To efekt jazdy z nadmierną prędkością. Adwokat przekonywał mundurowych, że nie widział motocyklisty. Swoją ucieczkę tłumaczył strachem. Bał się, że motocyklista go pobije.
– Gdyby faktycznie tak było, to mógł zamknąć się w samochodzie. Oskarżony uciekł, bo spowodował wypadek – dodał w uzasadnieniu wyroku sędzia Czapski.
Wypadek zakończył się dwoma procesami. W jednym motocykliście zarzucono przekroczenie prędkości. Powołany w tej sprawie biegły ocenił, że Jacek Wnuk jechał z prędkością ok. 90 km/h. W drugiej, zakończonej wczoraj sprawie, gdzie Zygmunt W. zasiadał na ławie oskarżonych, inny biegły ocenił prędkość motocyklisty na ok. 60 km/h. Wydając wyrok sąd wziął pod uwagę pierwszą opinię, niekorzystną dla motocyklisty.
– Jechałem znacznie wolniej: 50–60km/h. Chwilę przed wypadkiem ruszyłem spod świateł. Nie byłbym w stanie bardziej się rozpędzić – tłumaczył po ogłoszeniu wyroku Jacek Wnuk. – Nie rozumiem, dlaczego sąd wziął pod uwagę tylko tę opinię. Będę składał apelację.
Sąd uznał, że przekraczając prędkość motocyklista przyczynił się do wypadku. To jeden z argumentów, który zdecydował o warunkowym umorzeniu sprawy. Jednocześnie Zygmuntowi W. wyznaczono dwuletni okres próby. Mężczyzna musi jeszcze zapłacić poszkodowanemu w wypadku tysiąc złotych zadośćuczynienia za złamaną rękę. Do tego należy doliczyć kolejny tysiąc na rzecz ofiar przestępstw oraz roczny zakres prowadzenia pojazdów.
– To żadna kara – kwituje Jacek Wnuk.
Wczorajszy wyrok nie jest prawomocny.
– Oskarżony popełnił zarzucany mu czyn nieumyślnie. Nie chciał naruszyć zasad bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Jest osobą starszą. Nie był karany, a to zdarzenie to jedynie epizod w jego życiu – uzasadniał wczorajszy wyrok sędzia Łukasz Czapski z Sądu Rejonowego Lublin-Zachód.
Proces dotyczył wypadku, do którego doszło w maju 2014 r. przy Al. Racławickich w Lublinie. Jacek Wnuk jechał swoim motocyklem w stronę ul. Lipowej. Z parkingu przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wyjeżdżał czerwony nissan. Za kierownicą auta siedział Zygmunt W., znany lubelski adwokat. Kamera miejskiego monitoringu zarejestrowała, jak kierowca na moment się zatrzymał, po czym włączył się do ruchu. Na jezdnię wjechał tuż przed zbliżającym się motocyklem, który chwilę wcześniej ruszył spod świateł. Nissan przeciął podwójną, ciągłą linię. Kierujący yamahą położył motocykl, by uniknąć zderzenia. Kiedy wstał, mimo licznych potłuczeń i złamanej ręki, biegł za nissanem.
– Uderzyłem w bagażnik i krzyczałem: Stój! Ale kierowca spojrzał w lusterko i odjechał – relacjonował na początku procesu motocyklista.

Komentarze