Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Poskarżył się na policjanta, sam skończył z wyrokiem

Przedsiębiorca z Lublina poskarżył się na policjanta, który miał go pobić i bez powodu razić paralizatorem. Okazało się, że mundurowy ma problemy psychiczne i z trudem kontroluje swoje reakcje. Mimo tego śledczy umorzyli postępowanie, a sprawa zakończyła się wyrokiem dla przedsiębiorcy
Poskarżył się na policjanta, sam skończył z wyrokiem
Nigdy nie wyjaśniono, dlaczego policjant, który miał problemy z kontrolowaniem agresji, latami chodził po ulicach z bronią

Chodzi o wydarzenia z kwietnia 2014 roku. Pan Zbigniew* siedział wówczas z kolegą w ogródku bistro „Tancereczka” przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Panowie wypili po dwa piwa i po kieliszku wódki. Kiedy zapłacili rachunek, znajomy pana Zbigniewa chciał skorzystać z toalety. Kelnerki mu jednak zabroniły.

- Wyszedłem przed ogródek robiłem anty reklamę tej knajpy - wyjaśniał później w sądzie pan Zbigniew. - Mówiłem, że w tej knajpie można się napić piwa, można wydać pieniążki, ale już nie można zrobić siku. Uznałem że jest to wykorzystywanie klientów. Chciałem ostrzec innych […] Mówiłem tak, żeby mnie słyszeli, ale nie krzyczałem.

Akcja przedsiębiorcy nie spodobała się obsłudze bistro. Kelnerki wezwały ochroniarzy, ale ci nie mieli żadnych podstaw do interwencji. Wezwano więc policjantów. Na miejscu pojawili się Arkadiusz K. z towarzyszącą mu policjantką z I komisariatu przy ul. Okopowej.

- Nie stosował się do moich poleceń, a następnie zaczął mi ubliżać, ale nie pamiętam teraz jakimi słowami i biegał w okolicach ogródka - tak spotkanie z panem Zbigniewem zrelacjonowała później w sądzie policjantka. Z jej relacji wynikało, że oskarżeni grozili mundurowym zwolnieniem z pracy. Nie chcieli podać danych osobowych.

Policjantkę przesłuchiwano w sądzie niespełna rok po zdarzeniu. Jej kolega z patrolu stawił się na rozprawie dopiero w styczniu 2016 r., już jako emeryt. W międzyczasie odszedł bowiem z policji. Okazało się, że od lat leczył się psychiczne.

W protokole spisanym po zatrzymaniu oskarżonych policjant stwierdził, że używali oni wulgaryzmów, ale nie pod adresem policjantów. Przed sądem Arkadiusz K. przekonywał, że obelgi były kierowane bezpośrednio do niego i koleżanki.

- Nie pamiętam w jaki konkretnie sposób nas wzywali pod lokalem. Słowa że nas załatwią ja odebrałem jako groźbę pozbawienia życia - przekonywał w sądzie Arkadiusz K.

Przedsiębiorca zapewnia, że zachowywał się spokojnie. Nie biegał i nikomu nie ubliżał. Razem z kolegą zostali skuci i przewiezieni do komisariatu przy ul. Okopowej.

Prądem na komisariacie?

- Szedłem z policjantem - byłem z nim skuty za rękę, a za mną szedł kolega z panią policjantką. Nagle poczułem obezwładniający ból w prawym pośladku. Ledwo z tego ochłonąłem, a za moment poczułem powtórne uderzenia ogromnego napięcia elektrycznego: w sumie łącznie były trzy takie uderzenia - relacjonował w sądzie pan Zbigniew.

Z relacji przedsiębiorcy wynika, że policjant bez powodu potraktował go paralizatorem. Po chwili obaj weszli do świetlicy na komisariacie.

- Od razu otrzymałem potężny cios od pana K. w lewą skroń. Uderzył pięścią. Ja się tego nie spodziewałem, zobaczyłem jedynie błysk w oczach […], a potem upadłem na ziemię - wyjaśniał w procesie pan Zbigniew. - Później pani policjantka powiedziała „Arek zostaw go już, daj spokój”. Domyślam się, że on chciał jeszcze dokończyć.

Arkadiusz K. zapamiętał to zdarzenie zupełnie inaczej. Z jego relacji wynikało, że kiedy próbował przeszukać przedsiębiorcę, ten zrobił się agresywny.

- Doszło do szarpaniny miedzy nami. W pewnym momencie jakby chciał mnie uderzyć [oskarżony - przyp. aut.] i ja się uchyliłem, przytrzymałem oskarżonego jak mogłem i wołałem do koleżanki pomóż, bo nie dawałem rady. Dopiero jak przybiegła i mi pomogła jakoś udało nam się obezwładnić oskarżonego - relacjonował w sądzie Arkadiusz K.

Kiedy przedsiębiorca wyszedł na wolność, zawiadomił policję i prokuraturę o przekroczeniu uprawnień przez mundurowych. Z obdukcji lekarskiej wynikało, że mężczyzna rzeczywiście mógł zostać pobity i porażony paralizatorem. Sprawą zajęła się Prokuratura w Świdniku. Śledczy uznali jednak wersję pana Zbigniewa za mało wiarygodną. W dniu zdarzenia pił alkohol. Śledczy doszli też do wniosku, że skoro na wyposażeniu pierwszego komisariatu nie ma paralizatora, to Arkadiusz K. nie mógł użyć takiego sprzętu. Postępowanie zostało umorzone.

Policjant z problemami

Na decyzję śledczych nie wpłynął fakt, że Arkadiusz K. od 2008 leczył się w poradni zdrowia psychicznego i szpitalu psychiatrycznym. U policjanta zdiagnozowano chwiejność emocjonalną, wybuchowość, wahania nastroju, obniżoną tolerancję na stres i wszelkie obciążenia emocjonalne.
Lekarze przepisywali mu medykamenty, obniżające agresję.

Po incydencie z panem Zbigniewem, Arkadiusz K. został skierowany do resortowego szpitala psychiatrycznego. Dostał wielomiesięczne zwolnienie lekarskie. Jeszcze przed umorzeniem śledztwa uznano go za „całkowicie niezdolnego do służby”. Zdaniem specjalistów, jego dolegliwości wiązały się z pracą policjanta. Arkadiusz K. pożegnał się z mundurem.

Nigdy nie wyjaśniono, dlaczego policjant, który miał problemy z kontrolowaniem agresji latami chodził po ulicach z bronią. Z ustaleń lekarzy i policyjnej komisji wynika, że w dniu feralnej interwencji był niezdolny do służby.

Sąd nad przedsiębiorcą

Panu Zbigniewowi nie udało się doprowadzić do ukarania policjanta. Sam został natomiast oskarżony o znieważenie i usiłowanie napaści na Arkadiusza K. Chodzi o cios, który rzekomo próbował zadać na komisariacie. Podczas śledztwa policjanci zgodnie opowiadali, jak przedsiębiorca się z nimi szarpał, obrażał i próbował uderzyć Arkadiusza K.

W sądzie miedzy ich relacjami pojawiało się jednak coraz więcej różnic. Policjantka przedstawiła pięć różnych wersji wydarzeń. Kelnerki z bistro nie potwierdziły, by przed lokalem doszło do szarpaniny. Wręcz przeciwnie: z ich zeznań wynikało, że pan Zbigniew i jego znajomy zachowywali się spokojnie.

Śledczy nie dysponowali żadnymi nagraniami z kamer, które potwierdzałyby naganne zachowanie oskarżonych. Pomieszczenie w komisariacie nie jest monitorowane. Nie było również nagrań z deptaka. Przedsiębiorcy udało się jednak dotrzeć do nagrać z prywatnych kamer, w pobliżu „Tancereczki”.

- Dowiodły one, że nie było żadnej awantury. Zeznania policjantów były nieprawdziwe - kwituje pan Zbigniew.

Sędzia Katarzyna Gałus, z Sądu rejonowego Lublin-Zachód uznała jednak, że nagranie jest słabej jakości i jako dowód ma niewielką wartość. Podzieliła również opinię prokuratury w kwestii paralizatora. Skoro w komisariacie nie było takiego sprzętu, to policjant nie mógł go użyć. Opierając się głównie o zeznania mundurowych z patrolu, sąd uznał przedsiębiorcę za winnego. Skazał go na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 2 lata. Wyrok nie jest prawomocny. W lipcu sprawa trafi na wokandę sądu odwoławczego.

*imię zmienione

Chodzi o wydarzenia z kwietnia 2014 roku. Pan Zbigniew* siedział wówczas z kolegą w ogródku bistro „Tancereczka” przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Panowie wypili po dwa piwa i po kieliszku wódki. Kiedy zapłacili rachunek, znajomy pana Zbigniewa chciał skorzystać z toalety. Kelnerki mu jednak zabroniły.

- Wyszedłem przed ogródek robiłem anty reklamę tej knajpy - wyjaśniał później w sądzie pan Zbigniew. - Mówiłem, że w tej knajpie można się napić piwa, można wydać pieniążki, ale już nie można zrobić siku. Uznałem że jest to wykorzystywanie klientów. Chciałem ostrzec innych […] Mówiłem tak, żeby mnie słyszeli, ale nie krzyczałem.

Akcja przedsiębiorcy nie spodobała się obsłudze bistro


Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama