Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama Obserwuj Dziennik Wschodni na Facebooku!
Reportaż

W Polsce? Syn czarnego niewolnika. W Europie? Skrzypek, który obraził Beethovena

W Białej Podlaskiej? Syn niewolnika Radziwiłłów. W Europie? Skrzypek, któremu Beethoven dedykował jedną ze swoich najsłynniejszych sonat. Przedstawiamy niesamowite losy George’a Polgreena Bridgetowera.
W Polsce? Syn czarnego niewolnika. W Europie? Skrzypek, który obraził Beethovena

- Mój kochany chłopcze! Zagraj to jeszcze raz! - Ludwig van Beethoven wstał od fortepianu, żeby przytulić George’a Polgreena Bridgetowera.

Publiczność restauracji Augarten Halle zgotowała im owacje na stojąco. Socjeta Wiednia znała geniusz Beethovena. Ale czarnoskóry skrzypek Bridgetower stanowił dla niej sensację. W Paryżu pisali, że jego kunszt przeczy tym, którzy zdolności muzyczne łączą z kolorem skóry. I to na wiele lat przed tym koncertem z 24 maja 1803 roku. 

Zauroczony talentem młodszego kolegi Beethoven zadedykował mu Sonatę nr 9 A-dur na fortepian i skrzypce: „Sonata mulattica skomponowana dla wielkiego szaleńca i kompozytora mulata Bridetowera”. Mało kto wie, że ten „wielki szaleniec” i „kompozytor mulat” pochodził z Białej Podlaskiej.  

Czarna legenda

Hieronima Floriana Radziwiłła, piątego pana na Białej Książęcej, owiewała czarna legenda. Prowadził państwo w państwie: policję, manufakturę, szkołę, teatr, operę, aptekę, mennicę. Kolekcjonował osobliwości: mumię, penisa wieloryba, dwugłowe dziecięta i cielęta.

Wybuchał gniewem. Pastwił się nad poddanymi. Nie znosił nieposłuszeństwa. Żony do miłości przymuszał przemocą. W przypływie kontrolującej zazdrości odcinał je od świata zewnętrznego. Organizował fikcyjne wojny. Dla zabawy. Zaprzęgał do nich dworzan, artylerię, piechotę. Część oddziałów sześciotysięcznej prywatnej armii przekształcał w wojska wroga. Poświęcał jeden z zamków i po kilkudniowej kampanii bohatersko wojnę wygrywał. Daremny przelew krwi go podniecał.

Gustował też w niewolnikach, o czym opowiada artykuł „Czarni niewolnicy Radziwiłłów. Za murzynka książę płacił sto sześćdziesiąt złotych. Drogo? Koń kosztował najwyżej dwieście” Wojciecha Szota na łamach „Gazety Wyborczej”. Radziwiłł w 1747 roku nakazał przywiezienie mu z Rygi około pięćdziesięcioro „Murzynków i Murzynek”. W 1752 roku kolejną dwunastkę sprowadził z Londynu. A w 1756 roku siódemkę z Wiednia. Potrzebował taniej siły roboczej. I egzotycznej rozrywki.

Zatrudnił tancmistrza Louisa M. Duprè i baletmistrza Antonio Puttiniego. Mieli nauczyć czarne dzieci tańczyć - stanowiłyby atrakcję podczas międzynarodowych spektakli teatralnych. Wbrew nadziejom magnata z Białej Podlaskiej, jak czytamy w „Gazecie Wyborczej”, wprawne oko Puttiniego zaledwie po kilkudziesięciu dniach dostrzegło jednak, że „lata nauki zaowocują u dziecięcych niewolników najwyżej prostym menuetem” i w ich przypadku należałoby skupić się na nauce dworskich obyczajów i robót manualnych. 

Hieronim Florian Radziwiłł mógł żałować, że nie dożył narodzin George’a Polgreena Bridgetowera. 

Romans z czternastolatką

Jednym z dworzan Radziwiłłów był John Frederick Bridgetower. Czarnoskóry paź Hieronima Wincentego Radziwiłła, syna Michała Kazimierza zwanego „Rybeńką”, przyrodniego brata Karola Stanisława zwanego „Panie Kochanku”, bratanka Hieronima Floriana, trafił do Białej Książęcej jeszcze za życia tego ostatniego. 

Pochodził z miasta Bridgetown na Barbadosie. Jego pierwszym właścicielem był człowiek o nazwisku Polgreen. Nastoletniego Johna Fredericka traktował łaskawie. Zapewnił słudze edukację i zezwolił mu na podróż do Afryki. Statek rozbił się na Oceanie Atlantyckim. Słuch o Bridgetowerze zaginął.

Aż odnalazł się w Europie. U Radziwiłłów. W Rzeczpospolitej zachwycano się jego manierami. Biegle władał siedmioma językami: polskim, węgierskim, francuskim, angielskim, niemieckim, włoskim i arabskim. Znał etykietę. Miał poczucie humoru. I wyczucie stylu. Wybijał się ponad innych służących. Również tych białych.

Towarzyszył Hieronimowi Wincentowi Radziwiłłowi w podróży do Ratyzbony, gdzie szlachcic zakochał się w Zofii Dorocie Fryderyce von Thurn und Taxis, z którą pobrał się w 1775 roku i którą zabrał ze sobą do Białej Książęcej. Księżna była kapryśna, trudna w obyciu, zdradziła męża z kompozytorem Janem Ladisławem Duszkiem i złamała mu tym serce. Ale już wcześniej dwór Radziwiłłów żył zupełnie innym romansem.

Paź Bridgetower zapłodnił czternastoletnią Annę Marię Teresę Sovinki. Polkę niemieckiego pochodzenia, pokojówkę księżnej Zofii Doroty Fryderyki. Radziwiłł nakazał im wziąć ślub. Dziecko urodziło się w sierpniu lub październiku 1778 roku. Ochrzczone zostało w kościele św. Anny w Białej Podlaskiej. Było słabowite. W każdej chwili mogło umrzeć. Sakrament odbył się więc w trybie „ex aqua ob periculum”. Udzielono go wodą. Pomijając obrzędy.

Brytyjski historyk William Hart w „The Musical Times” podaje, że chłopiec otrzymał chrzcielne imiona Hieronymus Hyppolitus de Augustus. Rodzicami chrzestnymi zostali Hieronim Wincenty Radziwiłł i jego siostra Maria Wiktoria Radziwiłłówna. Tak dwór w Białej Książęcej poznał George’a Polgreena Bridgetowera.

Czarodziejskie dziecko

John Frederick przysiągł sobie, że jego syn nie spędzi życia jako niewolnik. Hieronim Wincenty Radziwiłł odwiedził pałac księcia Miklósa Józsefa I Esterházy’ego w Eisenstadt. I do Rzeczpospolitej wrócił już bez rodziny Bridgetowerów. Ojciec malutkiego George’a został służącym węgierskiego arystokraty i hojnego mecenasa sztuki. Miał szczęście, na dworze rodziny Esterházych obracał się mistrz Joseph Haydn, jeden z trzech wiedeńskich klasyków obok Wolfganga Amadeusza Mozarta i Ludwiga van Beethovena.

Odtąd kilkuletniego George’a Polgreena Bridgetowera przedstawiano jako ucznia Haydna, kapelmistrza prywatnej orkiestry księcia Esterházy’ego. Austriak, tak utrzymywał John Frederick, odkrył talent chłopca, podziwiał jego muzyczny słuch, w końcu udzielał mu lekcji, uprzednio wybierając dla niego instrument – skrzypce.

W 1786 roku Bridgetowerowie opuścili włości Esterházych. John Frederick wiedział już, że na plecach synka podbije Europę. Zaledwie siedmioletni George Polgreen, czego doszperał się William Hart w „The Musical Times”, czarował ze smyczkiem w jednej ręce i skrzypcami leżącymi między brodą a drugą dłonią na prywatnych audycjach przed cesarzem rzymskim Józefem II Habsburgiem i ostatnim niderlandzkim namiestnikiem Wilhelmem V Orańskim. 

Oficjalnie zadebiutował na prestiżowym koncercie we Frankfurcie. Tam wpadł w oko kolejnemu znanemu kompozytorowi po Haydnie - Ernstowi Schickowi. Spełniał się mokry sen Hieronima Floriana Radziwiłła. Czarnoskóry skrzypek budził podziw i błyszczał na salonach Moguncji, Brukseli, Hagi, Kleve, Liège, Brukseli. Aż w kwietniu 1789 roku wystąpił na paryskim Concert Spirituel i usłyszał o nim cały świat.

Nie śniło się filozofom

Mieczysław Szlezer to zasłużony polski skrzypek. Występował w prawie trzydziestu krajach Europy, Azji, obu Ameryk. Kursy mistrzowskie prowadził w Stanach Zjednoczonych, Korei Południowej, Japonii, Chinach, Niemczech, Austrii, Rumunii, Szwecji, Danii i Finlandii. Skończył siedemdziesiąt lat, w tym roku stał się emerytowanym profesorem Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie. 

W 2016 roku napisał dostępną w czytelniach naukowych książkę „George Polgreen Bridgetower. Afropolak, który zdenerwował Beethovena”. Dzwonię, przez telefon rozmawiamy o wydarzeniach z Pałacu Tuileries sprzed ponad dwustu trzydziestu lat.

Mieczysław Szlezer: - Znalazłem fragment artykułu z czasopisma „Mercure de France” po jego koncercie w Paryżu: „Debiut młodego Murzyna z kolonii, który grał liczne koncerty skrzypcowe z wdziękiem, łatwością, precyzją i wrażliwością, które są taką rzadkością w jego młodym wieku, ma niespełna dziesięć lat, należy do najbardziej niezwykłych i najciekawszych. Jego zarówno prawdziwy, jak i cenny talent, jest odpowiedzią, którą można udzielić filozofom, odmawiającym ludziom jego narodowości i koloru skóry prawa do wyróżniania się w sztuce”.

- Był pod tym względem pionierem?

Mieczysław Szlezer: - Żył w czasach, kiedy niewolnictwo wciąż było naturalnym porządkiem świata. Panowała pogarda, co do możliwości intelektualnych i artystycznych każdego innego koloru skóry niż biały. Utalentowanych młodych skrzypków nie brakowało, ale muzyków pochodzenia negroidalnego było właściwie dwóch: Bridgetower i Joseph Bologne, Chevalier de Saint-Georges. Ten drugi był zresztą postacią gigantycznego formatu. Wirtuozem skrzypiec, kompozytorem, szermierzem, jeźdźcem, oficerem.

- Czyli uważa pan, że dziesięcioletni Bridgetower był aż tak wybitnie utalentowany, że mógł robić wrażenie w całej Europie? 

Mieczysław Szlezer: - Gdyby Bridgetower był mniej uzdolniony, nigdy byśmy o nim nie usłyszeli.

Maski i sztuczki

Na sukcesie syna pasł się John Frederick. Puszył się jak paw, gdy Bridgetowera juniora w Paryżu oklaskiwał Thomas Jefferson, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. W mieście narastały już jednak rewolucyjne nastroje, ludzie zmęczyli się uciskiem absolutnej władzy królewskiej, szykowali się do zdobycia Bastylii. Ojciec z synem przenieśli się więc do Anglii, gdzie wkupili się w łaski Jerzego IV, księcia Walii, późniejszego króla Wielkiej Brytanii.

Wciąż młodziutki George Polgreen Bridgetower zaprezentował się w Windsorze. W Bath słuchali go król Jerzy III i królowa Charlotta. Jakby tego było mało, uwagę przyciągał rozsiadający się na zaszczytnych miejscach dla widzów John Frederick.

Na angielskim dworze przechadzał się naprzemiennie w stroju polskiego sarmaty i w osmańskim kaftanie. Zakładał turbany. Nie stronił od jedwabiu, złota, srebra, diamentów. Podawał się za księcia Abisynii. Albo po prostu Afryki. Mówił, że płynie w nim królewska krew Maurów. Był poliglotą, fircykiem, kobieciarzem i to takim z powodzeniem wśród płci przeciwnej. Do tego lwem salonowym. Maski przybierał z łatwością. Ekstrawagancja i pewność siebie tylko go w tych dzikich kreacjach uwiarygodniały.

Patricia Morrisroe, dziennikarka „New York Timesa”, pisze w artykule o życiu Bridgetowera, że Johnowi Frederickowi na balu maskowym w obecności księcia Jerzego IV zdarzyło się przebrać za „karykaturę czarnoskórego niewolnika” w akcie poparcia dla ruchów abolicyjnych, czym wzbudził nie tyle szok, co zgorszenie wśród gości bankietu. 

Mieczysław Szlezer doszperał się relacji z wykonania „Mesjasza” Händla, kiedy to „książę Afryki” podczas występu syna przerwał oratorium i domagał się ponownego zaśpiewania fragmentu z chóralnym „Alleluja”. Anglicy zgromadzeni w Convent Garden mieli krzyczeć: „Wyrzucić go”. 

Mieczysław Szlezer: - Sądzę, że już w Polsce potrafił się ustawić. Był egzotyczną atrakcją, mówił kilkoma językami, w miarę poprawnie po polsku. Przystojny i wykształcony. Wybaczano mu nawet romans z czternastolatką, gdy sam miał lat czterdzieści, co nawet w tamtych latach stanowiło skandal i to duży. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie ojciec, Bridgetower nie zrobiłby takiej kariery. To on był jego promotorem. Doskonale opanował tajniki public relations. Dbał o reklamę. Wiedział, jak przyciągnąć uwagę publiczności. Kolorowy ubiór. Ekstrawaganckie maniery. Jakby celowo prowokował, byle tylko nie przestawano o nim mówić. Nie schodził z rubryk towarzyskich angielskich gazet.

- Z czasem zaczęło to być niesmaczne. 

Mieczysław Szlezer: - John Friedrick jako skandalista stał się obciążeniem dla George’a. 

- Mówili, że nachalnie żebrał, wpadł w długi, pieniądze zarobione przez syna przegrywał w kasynie. I traktował go tak pasożytniczo, że chłopiec musiał prosić o schronienie na dworze Jerzego IV.

Mieczysław Szlezer: - W końcu John Frederick dorobił się zakazu zbliżania, odseparowano go od własnego dziecka i angielskiego dworu. Musiał wyjechać z Wielkiej Brytanii. George też potrzebował odcięcia się od ojca. Także w relacji z przyszłym królem Jerzym IV, który był jego protektorem. 

- Dlaczego?

Mieczysław Szlezer: - Żeby móc kontynuować rozpędzającą się karierę. Wreszcie na własny rachunek.

Kopyta diabła

W książce „George Polgreen Bridgetower. Afropolak, który zdenerwował Beethovena” czytamy o takiej plotce: Jerzy IV kupił „cudowne czarnoskóre dziecko” od Johna Fredericka za dwadzieścia pięć funtów. 

Książe Walii zapewnił chłopcu warunki do muzycznego rozwoju. A ten przez kolejną dekadę grał na skrzypcach w dziesiątkach londyńskich teatrów, w czym towarzyszyli mu Giovanni Battista Viotti, Domenico Dragonetti, Franz Clement, Johann Nepomuk Hummel, a nawet Joseph Haydn.

Mieczysław Szlezer: - To był czas, kiedy sztuczki były w modzie. Sama piękna gra nie wystarczała. Trzeba było zaskakiwać. Publiczność oczekiwała cyrkowych sztuczek i rewolucji.

- Jakich na przykład?

Mieczysław Szlezer: - Najlepszym przykładem były występy Paganiniego. Roztaczał legendę, że na skrzypcach grać pomaga mu diabeł. Na scenę wypuszczał dym z zaplecza. Poszukiwano, czy nie ma kopyt, czy na głowie nie rosną mu rogi. Zrywał struny i grał na jednej z taką samą łatwością, jak na czterech. Łamał smyczki. Odwracał instrument, żonglował nim, podrzucał skrzypce i smyczek, łapał, nie przerywając utworu. 

- Bridgetower zmienił się po wydaleniu jego ojca z Wielkiej Brytanii? Stał się bardziej europejski? Dworski? Starszy, dojrzalszy? Czy mógł być wówczas najlepszym skrzypkiem Europy?

Mieczysław Szlezer: - Słowo „najlepszy” jest zawsze problematyczne. Paganini, zapytany o najlepszego skrzypka świata, odpowiadał, że nie wie, kto jest najlepszy, ale Karol Lipiński, z którym toczył wieczną rywalizację, jest tym drugim. Sława na przełomie XVIII i XIX wieku nie przypominała tej współczesnej. Miała zasięg lokalny. Brakowało globalnego spojrzenia. Gazety rzadko zajmowały się artystami. Na pewno jednak Bridgetower był jednym z najwybitniejszych skrzypków swoich czasów. Jego konkurentami byli Franz Clement z Austrii czy nasz Feliks Janiewicz, który poznał Bridgetowera, gdy ten miał dwanaście lat, i od razu dostrzegł w nim wielki talent.

Pocałunek Beethovena

Na początku XIX wieku Bridgetower ruszył w podróż po kontynencie. W Dreźnie odwiedził matkę i brata. Aż wreszcie znalazł się w Wiedniu, gdzie krążył wśród wpływowych arystokratów i znanych mecenasów sztuki, dopraszając się możliwości poznania Ludwiga van Beethovena. Pomogły „plecy” w postaciach Josepha Franza von Lobkowitza i Moritza von Lichnowskiego, przyjaciół mistrza, którzy szepnęli mu kilka ciepłych słów o wschodzącej gwieździe muzyki.

Beethoven tracił słuch, dręczyła go depresja, borykał się z myślami o samobójstwie, zaszywał się w domu na długie tygodnie. Kilkanaście lat później dramatopisarz Franz Grillparzer powie podczas mowy na jego pogrzebie: „Głęboko raniły go ciernie życia”.  

Z apatii wyciągała go muzyka. I ludzie pokroju Bridgetowera, w którym od razu się zauroczył. 24 maja 1803 roku w Augarten Halle wykonali wspólnie Sonatę nr 9 A-dur na fortepian i skrzypce, zwaną później Sonatą Kreutzerowską. Beethoven kończył ją po nocach, byle tylko zdążyć przed wyjazdem Bridgetowera z Wiednia, a i tak przed publicznością długimi partiami musieli improwizować.

Mieczysław Szlezer: - Sonata, którą nazywamy Kreutzerowską, jest utworem o ogromnym stopniu trudności. To nie przypadek, że Beethoven wykonał ją akurat z Bridgetowerem. Prawie wszyscy zgodnie stwierdzali poziom jego wirtuozerii, podkreślali znakomitą technikę, sprawność instrumentalną.

- Beethoven zadurzył się w nim także towarzysko?

Mieczysław Szlezer: - Na pewno Bridgetower był popularną, kolorową postacią. Wyróżniał się z każdego tłumu. Już przed przyjazdem do Wiednia otaczała go pewna sława. Beethoven wiedział, kim jest ten chwalony zewsząd skrzypek, słyszał go na wcześniejszych koncertach. Miał wtedy rozpoczętą sonatę. Składał ją z dwóch różnych utworów. Goniły go terminy wydawnicze. Potrzebował szybkiej premiery i spektakularnej promocji. Logicznym rozwiązaniem było zaproszenie do wykonania sonaty Bridgetowera, który akurat znalazł się pod ręką, doskonale czytał nuty, nie musiał długo ćwiczyć.

- Sonata powstała niemal na ostatnią chwilę. Beethoven kończył ją jeszcze w dniu występu. Potem z Bridgetowerem na scenie improwizowali. Dlatego ich koncert zyskał miano kultowego?

Mieczysław Szlezer: - Beethoven, podobnie jak Mozart, ciągle pracował pod presją czasu, jakby w niedoczasie. Improwizowanie całej swojej partii było dla nich czymś naturalnym. Przy takim stylu pracy musieli zadbać, żeby chociaż partia skrzypka była należycie rozpisana. Ale reszta powstawała w biegu. Tak było także przy innych premierach. Muzyka próbowała się wyemancypować. Usamodzielnić się finansowo. Artyści walczyli o niezależność. 

- Czy Bridgetower mógł być wtedy bogaty?

Mieczysław Szlezer: - Bogactwo artystów było chwilowe. Dostawali jednorazowo wysokie honoraria, które w mgnieniu oka znikały. Hazard, kobiety. Łatwo przyszło, łatwo poszło.

Femme fatale

W tamtym czasie Beethoven, jak to bywało w jego życiu, obrał nieszczęśliwy cel miłości. Zadurzył się w austriackiej hrabinie, przez krótki czas swojej uczennicy Giulietcie Guicciardi, której zadedykował Sonatę Księżycową. Zdążył się nawet jej oświadczyć, do ślubu nie doszło, mezaliansowi przeciwny był jej ojciec, hrabia Franz Joseph Guicciardi. 

I to panna Guicciardi poróżniła Beethovena z Bridgetowerem. Na tyle, że ten pierwszy w gniewie unieważnił słynną dedykację: „Sonata mulattica skomponowana dla wielkiego szaleńca i kompozytora mulata Bridetowera”.

Mieczysław Szlezer: - Beethoven i Bridgetower prawdopodobnie jednocześnie „startowali” do hrabiny Giulietty Guicciardi, która, taka ciekawostka, urodziła się w Przemyślu. Bridgetower rzucił niewybredny komentarz, starli się publicznie, wywiązała się awantura. Beethoven był cholerykiem, wściekł się, podarł dedykację, a sonatę zadedykował Kreutzerowi, który jej nigdy nie wykonał, stwierdzając na dodatek, że jest trudna, brzydka i niezrozumiała.  

Burza

Bridgetower żył jeszcze długo. Umarł dopiero w 1860 roku. Nie był jednak szczególnie szczęśliwy. Przez pierwsze kilkanaście lat po kłótni z Beethovenem cieszył się poważaniem Jerzego IV, został magistrem muzyki na Cambridge, dołączył do Królewskiego Towarzystwa Filharmonicznego. Ożenił się z Mary Leach Leake z Hampstead, córką bogatego producenta bawełny. Mieli dwie córki – Julię, która przedwcześnie zmarła i Felicię, która ciągała później ojca po sądach. Rodzina przeniosła się z Londynu do Paryża i Rzymu. Bridgetower rozstał się z Mary.

Na starość George Polgreen cierpiał na napady depresji. Dopadły go demony Beethovena. Helen Rappaport, brytyjska pisarka, historyczka i była aktorka, w artykule o Bridgetowerze przytacza historię o wizycie poety i skrzypka Johna Wade’a Thirwalla w obskurnym mieszkaniu podstarzałego muzyka w londyńskim Peckham. 

- Gdybym tylko nie wygłosił tej uwagi przy Beethovenie, moje nazwisko przetrwałoby dłużej niż tylko chwilę – miał skarżyć się Bridgetower.

Wcześniej w smutnym liście do znajomej z Francji porównywał się do Kalibana z „Burzy” Szekspira. Potwora, dzikusa, syna wiedźmy Sykoraks, prawowitego władcy wyspy zniewolonego przez Prospera. 

Dusza rewolwerowca

- Kariera Bridgetowera nie skończyła się nagle. Po prostu przestał być sensacją. Do śmierci udzielał lekcji muzyki, pozostał skrzypkiem.

Mieczysław Szlezer: - Został członkiem Royal Philharmonic Society. Stosunkowo młodo. Miał dwadzieścia osiem lat. Przez jakiś czas był nawet w zarządzie. To wielkie wyróżnienie. Ale wie pan, kariera nie trwa wiecznie. Żartujemy, że ze skrzypkami jest jak z rewolwerowcami na Dzikim Zachodzie. Wreszcie zawsze znajdzie się ktoś szybszy. 

- Dlaczego postanowił pan poświęcić książkę akurat temu „rewolwerowcowi”?

Mieczysław Szlezer: - Zawsze mnie fascynował. Wielokrotnie grałem Sonatę Kreutzerowską. Przez lata znałem zarys historii Bridgetowera. Ale dopiero później dowiedziałem się, że urodził się w Polsce. Podróżowałem dużo po Europie, żeby pozbierać ułamki informacji w komplementarną całość. 

- Co zostało z twórczości Bridgetowera?

Mieczysław Szlezer: - Nie był znaczącym kompozytorem. Komponował niewiele, utwory marginalne, bez większej wartości artystycznej. 

- Co w takim razie jest najtrudniejsze w mistrzowskim wykonaniu Sonaty Kreutzerowskiej, z którego zasłynął?

Mieczysław Szlezer: - Perfekcja techniczna to jedno, zagranie wszystkiego w partyturze tak, jak zostało to zalecone, artykulacja, dynamika. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, czego w nutach nie ma. Emocje między pięcioliniami. Szyfr, który nie każdy jest w stanie rozszyfrować. Są ludzie, którzy zagrają wszystkie nuty poprawnie, ale muzyki w tym nie ma. Najlepsi odczytują intencje kompozytora. Stan jego duszy w momencie, kiedy zapisywał utwór. 

- Trzeba czuć muzykę całym sobą.

Mieczysław Szlezer: - Pamiętam konkursy, w których brało udział dziewięćdziesięciu kilku uczestników. Przy obecnym poziomie perfekcji rzadko się zdarzało, że ktoś odstawał technicznie. Że widać było, że jest po prostu słabszy. Wiele miejsc można było właściwie losować. Ostatecznie decydował więc artyzm. To coś, co sprawiało, że wykonanie zapadało w pamięć.

- Czyli Bridgetower, grając Sonatę Kreutzerowską, musiał współodczuwać z duszą Beethovena?

Mieczysław Szlezer: - Tak, a emocjonalność tej sonaty jest wybuchowa. I… bardzo czytelna.

Maestro z Białej Podlaskiej

W okresie zaborów Lubelszczyzna nie była muzyczną pustynią. Dość powiedzieć, że w Radzyniu Podlaskim urodził się Karol Lipiński.

- Czy oznacza to, że gdyby Bridgetower został w Białej Podlaskiej i Polsce, miałby szansę na karierę?

Mieczysław Szlezer: - Żadnych. Nigdy byśmy o nim nie usłyszeli.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama