Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Nasz cykl: DZIEWCZYNY Z KALINY, CHŁOPAKI Z KROCHMALNEJ

Randki „pod Bierutem”, śmietanka w „Kalince”

- Moje życie skupione było wokół ulicy Bieruta. Tak, była kiedyś taka ulica – i stał przy niej jeden z największych wówczas pomników – Bolesława Bieruta. Dziś to ulica Lwowska, a po pomniku został tylko cokół – wspomina Artur Bierecki.
Randki „pod Bierutem”, śmietanka w „Kalince”

Autor: Edward Hartwig/Teatr NN

Mieszkałem przy samej ulicy, tuż przy Szkole Podstawowej nr 37 im. Komisji Edukacji Narodowej. Oczywiście chodziłem do tej szkoły i to był punkt wyjścia do wszystkich osiedlowych konfliktów. Bo ci ze szkoły nr 37 walczyli z tymi z ze szkół nr 23 i nr 10. Szkoła nr 23 znajdowała się po drugiej stronie ulicy i była przez nas traktowana z wyższością. Szkoła nr 10 była dalej, na osiedlu Motor, z chłopakami stamtąd musieliśmy się bardziej liczyć. 

Z tymi z 10. tłukliśmy się w wąwozie oddzielającym Kolejarz od Motoru, a z tymi z 23. walczyliśmy o kładkę nad ulicą Bieruta. To były raczej bezkrwawe walki, ale dosyć intensywne. Nie raz wróciłem w poszarpanym ubraniu i oberwałem za to dodatkowo od matki. Dlatego lepiej było zostać na swoim terenie i nie przekraczać – szczególnie w grupie – granicy na kładce i w wąwozie.

Co do mojej szkoły. Pamiętam dwie charyzmatyczne nauczycielki, jedną od biologii (panią Mrówczyńską), drugą - od chemii (panią Duszkiewicz). Obie były wymagające, obu się bałem, ale też polubiłem i chemią i biologię, co pomogło mi w mojej dalszej edukacji i wpłynęło na wybór zawodu. Wiosną pani Mrówczyńska zabierała nas przed szkołę, rozdawała gracki i pieliliśmy rabatę na kwiatki. To były najfajniejsze zajęcia, jakie pamiętam, również dlatego, że w powietrzu czuło się wiosnę i nadchodzące z nią atrakcje. 

Fala i wielka łańcuchowa

Wracając do wąwozu – ten tętnił życiem cały rok. Latem całe rodziny rozkładały na trawie kocyki do opalania, a dzieci po prostu znikały za najbliższym zakrętem. Tam zabawa nigdy nie miała końca, do domu wracaliśmy, gdy było całkiem ciemno, czarna noc. Jedyne, czego się wtedy bałem to szczury wygrzewające się pod wieżowcami nad wąwozem. Były wielkie jak psy i kompletnie nie bały się ludzi. 

Pod koniec wakacji w wąwozie rozstawiało się wesołe miasteczko. Diabelski młyn, fala, strzelnica i wielka karuzela łańcuchowa (w odróżnieniu od małej łańcuchowej, która była dla tych strachliwych) – to był mój pogram do zaliczenia każdego dnia. Nie pamiętam, jak na to kombinowałem pieniądze, może nie było bardzo drogo, w każdym razie w wesołym miasteczku byłem stałym bywalcem aż do ich wyjazdu we wrześniu. 

Wielki mróz i wielki strach

W zimie w wąwozie zaraz o szkole odbywały się bitwy śnieżne. A potem biegliśmy po sanki i po ciemku zjeżdżaliśmy ze słynnego „toru saneczkowego”. Rodzice zabierali mnie siłą do domu i zdejmowali ze mnie dosłownie sztywne od mrozu i śniegu ubranie. 

Na łyżwy chodziło się na boisko szkolne. Co roku, jak tylko pojawił się mróz, wylewano wodę, a my czekaliśmy aż zamarznie. To była bardziej ślizgawka niż lodowisko, ale wystarczyło, żeby rozgrywać mecze w hokeja – oczywiście ze sprzętem, jaki kto miał.

Zimy były wtedy mroźne i śnieżne. Pamiętam taką zimę, to był chyba koniec podstawówki, że na dwa tygodnie zamknęli szkołę. Pamiętam też grudzień 1981 roku. Śniegu było tyle, że na osiedlu tworzyły się tunele śnieżne. Na przystankach stały koksowniki. A matka nie pozwoliła mi samemu wychodzić z domu. Razem chodziliśmy do kościoła salezjanów po ser żółty z darów. Do dzisiaj pamiętam jego słodkawy smak. I od razu z kościoła do domu. Był wielki mróz i wielki strach.

Wstyd w mięsnym

Po jednej stronie ulicy Bieruta była szkoła, a po drugiej długi pasaż handlowy. Zaczynał się od Predomu*, czyli z definicji sklepu ze sprzętem RTV i AGD, w którym było zawsze, ale to zawsze pusto. Za każdym razem zaglądałem tam z ciekawością, czy może coś się pojawiło. I nic. Taki wielki sklep stał pusty, a panie ekspedientki siedziały za ladą na tle pustych półek. 

Potem był jeszcze papierniczy, księgarnia, kosmetyczny, obuwniczy, pasmanteria i mięsny. Ten mięsny to zapamiętam na zawsze, bo po szkole zajmowałem matce kolejkę. I modliłem się, żeby nie spotkać żadnej dziewczyny z klasy, bo byłby wielki wstyd. Lubiłem za to zaglądać do księgarni, bo pięknie w niej pachniało książkami i farbą drukarską. Półki były wyłożone książkami, ale to były jakieś dziwne książki, nic co by się nadawało do czytania. Za to były fajne kalendarze i widokówki wyłożone na ladzie, więc było co oglądać. 

W obuwniczym czasem rzucali towar i pamiętam, że matka dostawała wtedy amoku. Ustawiała mnie i ojca w kolejkę, a potem kazała w nieskończoność coś przymierzać. Był taki chaos, szum, krzyki, kobiety wyrywały sobie te buty z rąk i raz się zdarzyło, że wyszedłem z półbutami w dwóch różnych rozmiarach. Nie dało się tego wymienić, tak już musiałem je nosić. Co do obuwia to dodam, że moją zmorą były tzw. juniorki**, w których trzeba było chodzić po szkole. Najbardziej niemęskie obuwie, jakie w życiu widziałem. 

Piętrowa Kalinka i kultowy Kaprys

Pasaż handlowy wieńczyła Kalinka – restauracja, ciastkarnia, lodziarnia i kawiarnia w jednym. Obiekt był imponujący jak na tamte czasy. Duży, nowoczesny, z szatnią i – z tego co pamiętam – z oryginalną mozaiką na ścianach. Na dole była restauracja i stoisko z ciastkami. Latem przez okienko sprzedawano tu lody w wafelkach – najlepsze lody w mieście! Kolejka ciągnęła się aż do sklepów. 

A na górze było luksusowo. W wielkiej kawiarni pachniało ciastkami, czarną kawą i dymem papierosowym. Kelnerki w białych fartuszkach podchodziły do stolików i zbierały zamówienia. Ja brałem zawsze bitą śmietanę z czekoladą w szklanym pucharku. To „zawsze” było zakończenie roku szkolnego i dzień dziecka. Wtedy miałem jak w banku, że matka weźmie mnie ze sobą na górę do Kalinki. 

Z ciekawostek gastronomicznych to kilkadziesiąt metrów dalej mieliśmy kultowy już dziś bar mleczny Kaprys. Wtedy nie był kultowy, ale czasem matka dawała mi kilka złotych i kazała iść tam coś zjeść. No nie byłem zachwycony. Po pierwsze strasznie tam śmierdziało, a po drugie zawsze był tłum ludzi i trzeba było swoje odczekać. Najpierw człowiek stał do okienka, żeby coś zamówić, potem do drugiego okienka, żeby to odebrać, a ostatecznie nie było gdzie usiąść i zjeść. I jeszcze te panie w białych czepkach na głowie cały czas pokrzykiwały. Jedyne co mi tam smakowało to kompot. Ale wiem, że Kaprys miał swoich wiernych fanów i pewnie dlatego przetrwał w tym miejscu wiele lat. 

Gierek odsłaniał Bieruta

Na dole za Kaprysem znajdowało się miejsce strategicznych młodzieńczych spotkań. Jak nie wiedziałeś, gdzie się umówić z chłopakami, żeby już było blisko do miasta na film od 16 lat, to się umawiałeś pod pomnikiem Bieruta. Jak nie wiedziałeś, gdzie się umówić z koleżanką z klasy, żeby was całe osiedle nie widziało, to się umawiałeś pod pomnikiem Bieruta*. Tego miejsca po prostu nie dało się przegapić i pomylić z żadnym innym. 

Mam z tym miejscem szczególne wspomnienie. Właśnie skończyłem pierwszą klasę i marzyłem, żeby wyrwać się z chłopakami do wąwozu i nie wracać aż do nocy. Ale nie było o tym mowy. Matka kazała mi szorować okna, bo do Lublina na odsłonięcie pomnika Bolesława Bieruta*** miał przyjechać Edward Gierek. Co to było za wydarzenie! Kwiaty nam jakieś posadzili pod oknami, ławki odmalowali, klatki schodowe nigdy takie czyste nie byłe. Podobno pomalowali też domy, ale tylko do wysokości pierwszego piętra – ale tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że sąsiadki szorowały okna, a sąsiedzi myli samochody. 

A potem przez otwarte okna patrzyliśmy, jak ciągną kolumny samochodów, tłumy wiwatują, wyją syreny. Nasza ulica była wtedy najważniejsza w Polsce, a my byliśmy tacy dumni, że tu mieszkamy, że oglądamy to wszystko z góry, jak z loży honorowej, a pomnik mamy dosłownie rzut beretem i będziemy go mogli sobie oglądać każdego dnia, a nie tylko tego jednego jak Edward Gierek. Oczywiście teraz ironizuję, ale z perspektywy dziecka to naprawdę było wyjątkowe wydarzenie i tak je zapamiętałem. 

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Czekam na Wasze historie: magdabozko@poczta.onet.pl

Z kart historii

* Predom – historyczne, państwowe zjednoczenie przemysłu elektrotechnicznego i AGD w PRL (1974 – 1989), produkujące m.in. odkurzacze, pralki, lodówki i rowery.

** Juniorki – obuwie młodzieżowe noszone w Polsce Ludowej, szczególnie popularne w latach 70. Były to sznurowane niskie buty wykonane z ciemnej (np. granatowej) tkaniny, zaopatrzone w skórzany nosek oraz twardą podeszwę.

*** Pomnik Bolesława Bieruta – 19 lipca 1979 roku, w 35. rocznicę PKWN, na placu Bolesława Bieruta w Lublinie (obecnie pl. I.B. Singera) odbyła się uroczystość odsłonięcia monumentu Bolesława Bieruta – prezydenta Polski (1947-1952) oraz I sekretarza KC PPR/PZPR (1948-1956). Rzeźba autorstwa Bronisława Kubicy miała 8,5 metra wysokości i przedstawiała Bieruta w długim płaszczu, na tle abstrakcyjnych ilustracji dekretów o reformie rolnej i nacjonalizacji przemysłu. Na ceremonii odsłonięcia monumentu w Lublinie pojawił się Edward Gierek, I sekretarz KC PZPR. Pomnik został rozebrany w lipcu 1989 roku i przewieziony do Galerii Sztuki Socrealizmu w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama