A szło tak dobrze, tak gładko. 7 marca, hala "Sokół" w Krakowie, konwencja PiS. Jarosław Kaczyński ogłasza, że jego „Kandydatem na premiera” jest Przemysław Czarnek, poseł PiS z Lublina. Ten w iście amerykańskim stylu – dynamiczna muzyka, mocne światła, gromkie brawa – wchodzi na scenę i już od pierwszych słów rozpoczyna brawurowy marsz po władzę. Że ma gadane – to wszyscy wiemy, że nie gryzie się w język – to też wiadomo, że idealnie trafia w oczekiwania prawicowego elektoratu – to także nie nowina. Ale w sobotę jest w swojej najlepszej formie, dosłownie płynie na fali własnych słów.
- Nie mamy żadnego Zielonego Ładu, żadnych "OZE-sroze" dofinansowanych z dopłat! My mamy nasz miks węglowy, mamy nasze bogactwa naturalne i wara nam od nich! - krzyczy z mównicy Przemysław Czarnek.
A publiczność wiwatuje, bo to chwytliwe hasła, wpisujące się w ideę patriotyzmu gospodarczego, trafiające na podatny antyunijny grunt, dobrze rokujące na przyszłą, brutalną kampanię.
Niestety, dziś już tylko hasła. I „Kandydat na premiera” doskonale to wie, gdyż bystrości i obycia odmówić mu nie można. A jeśli jednak nie wie, to zachęcam do wizyty w pobliskiej Bogdance i do rozmowy ze Zbigniewem Stopą, prezesem Lubelskiego Węgla Bogdanka. To „nasza kopalnia”, która przez lata przynosiła krociowe zyski. Jej prezes to górnik z krwi i kości i świetny menadżer znający rynek węgla jak mało kto w Polsce.
Sądzę, że prezes Bogdanki chętnie przypomni lubelskiemu posłowi, jak sprowadzany do Polski za rządów PiS węgiel z Rosji, a potem z Kolumbii zdewastował polski rynek, jak trudno konkurować z „czymś”, co jest dwukrotnie lub trzykrotnie tańsze i że nigdy nie dorównamy w tym względzie np. Chinom, choćby dlatego, że my uczciwie płacimy górnikom za ich ciężką i niebezpieczną robotę. Pewnie powiedziałby też, że wydajność wydobycia w Polsce stale spada, zasoby są coraz głębsze i trudniej dostępne, że więcej węgla importujemy niż eksportujemy. I że cała branża idzie dziś drogą wygaszania i minimalizowania strat, a słowa pana posła to zwykle mrzonki i czysta utopia.
Ale nie wiem, czy taka merytoryczna rozmowa interesuje Przemysława Czarnka, bo ma on dziś kłopot z innymi swoimi słowami. Bo, jak ujawnił europoseł Krzysztof Hetman, „OZE-sroze” w wydaniu posła Czarnka to dach jego domu w lubelskiej dzielnicy gęsto wypełniony panelami fotowoltaicznymi.
– Mam nadzieję, że pan poseł Czarnek(…) siedzi na swoim własnym dachu, na swoim domu, i rozmontowuje fotowoltaikę, którą sobie kilka lat temu założył – mówił Krzysztof Hetman w TVN24.
Minister Paulina Hennig-Kloska natychmiast ochrzciła Czarnka "węglowym baronem z solarnym dachem" i nawet sąsiedzi posła z lubelskiej dzielnicy (cytuję za Faktem) byli zdumieni jego słowami:
– „Krytykuje, a sam ma cały dach upstrzony panelami słonecznymi. Z każdej strony je widać. To zwykła hipokryzja.”
No i tego się Przemysław „Kandydat na premiera” Czarnek chyba nie spodziewał. Bo tych paneli nie da się schować przed ludźmi, nie da się im zaprzeczyć. Przemysław Czarnek zamontował je świadomie, z konkretną intencją i nie pogardził zewnętrznym dofinansowaniem. Dzięki temu – jak sam przyznaje – jego rachunki za energię są od kilku lat niższe o ok. 1000 zł rocznie.
Ale ta oszczędność to dla posła strata. Brnie dalej i wymyśla kolejne kurioza – ku uciesze opozycji i medióworaz zdumieniu ekspertów.
– Czy to prawda, że ma pan na swoim dachu zainstalowane „OZE-sroze”? – zapytał z Radio ZET redaktor Bogdan Rymanowski.
– Tak. Ta fotowoltaika jest kompletnie nieopłacalna – odpowiedział poseł.
– Zdemontuje pan te panele ze swojego dachu? – dociskał redaktor.
– Będę demontował te panele ze swojego dachu. W pewnej perspektywie – odpowiedział poseł.
Ta „pewna perspektywa” może się okazać bardzo bliska, jeśli „Kandydat na premiera” chce nim nadal pozostać. Trzeba będzie zdemontować „OZE-sroze” dla dobra partii i ku chwale prezesa. Ale będzie ból, bo do tej rozbiórki nikt się panu posłowi nie dołoży.














Komentarze