Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Nasz cykl: Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Życie jak w filmie akcji. Między Skibińską a Biłgorajską

Stare Bronowice to miejsce mojego urodzenia i dzieciństwa. Krążyłam między Biłgorajską, Zgodną i Skibińską, między kamienicami i podwórkami, szlifując bruki i wydeptując własne ścieżki. Byłam dzieckiem ulicy, które niczego się nie bało, choć miejsce, w którym mieszkałam nie było bezpieczne – wspomina pani Elżbieta.
ulica Skibińska
Ulica Skibińska w Lublinie

Autor: Wojciech Leon Turżański/Teatr NN

W 1900 roku moi dziadkowie kupili kamienicę na ulicy Biłgorajskiej, w której dziesięć lat później przyszła na świat moje mama. Kiedy mama wyszła za mąż, dziadkowie zostawili jej tę kamienicę, a dla siebie kupili drugą, po sąsiedzku, na ulicy Skibińskiej. Ja urodziłam się w czasie wojny, jako najmłodsze dziecko. Miałam starszego brata i starszą siostrę. Rodzice pracowali, więc to oni zajmowali się mną, gdy byłam dzieckiem.

Zgubili mnie po chrzcinach

Pierwsze wspomnienia z mojego życia na Bronowicach to rodzinna anegdota. Zostałam ochrzczona w kościele AVE na ulicy Fabrycznej. Była mroźna zima, śnieg sięgał do pasa. Dziadkowie, którzy byli moimi chrzestnymi, powieźli mnie do kościoła saniami. Potem było huczne przyjęcie w ich mieszkaniu na Skibińskiej, a wieczorem mieli mnie odwieźć na Biłgorajską. Jechali tymi saniami z takim rozmachem, że nawet nie zauważyli, jak wypadłam im na rogu ulicy, prosto w wielką śnieżną zaspę. Znaleźli mnie tam, odkopali i odstawili do rodziców. Ocalałam. I stałam się bohaterką barwnej, rodzinnej historii. 

Na ulicy spędzałam całe dni, odkąd tylko nauczyłam się chodzić. W głębi kamienicy mieliśmy podwórko z wielką gruszą i komórkami, w których ojciec hodował króliki i gołębie. Te gołębie to był cały jego świat, dbał o nie, chwalił się nimi, miał drogie, piękne okazy, których strzegł jak oka w głowie. Znał ich język, ich zwyczaje. To była jego duma, jego wielka pasja, ale też biznes, bo niektóre okazy miały dużą wartość. Handlował też królami (od red: królikami), na tym też dobrze się znał. Kupował, sprzedawał, miał ciągły ruch w interesie. I zawsze miał pieniądze, choć nie zawsze dawał jej matce. 

Świnki w kredensie

W jednej z komórek moja mama hodowała świnię. Dbała o nią jak o członka rodziny, ta świnia chodziła za nią krok w krok, jak tresowany piesek. Gdy którejś zimy urodziła małe, mama zabrała je do domu, żeby nie zamarzły, bo to była sroga zima. Zrobiła im miejsce w kuchennym kredensie i opiekowała się nimi jak szczeniakami. 

Nasze podwórko tętniło życiem, ale gdy brat z siostrą mieli już dosyć opieki nade mną, sadzali mnie na środku pod gruszą, sukienkę przygniatali kamieniami i tak zostawiali. Nie mogłam się ruszyć, a oni mieli czas dla siebie. Spędziłam tak całe godziny unieruchomiona pod gruszą. Skupiałam swoją uwagę na odgłosach z ulicy, nasłuchiwałam, czy rodzice nie wracają z pracy i modliłam się, żeby o mnie nie zapomnieli. 

Sterta gruzu po bombie

Na podwórku mieliśmy wychodek i śmietnik. A po wodę chodziło się na róg Zgodnej i Biłgorajskiej. Tam był uliczny zdrój, a wodę pompowało się do wiader. Naprzeciwko była ogromna sterta gruzu, ruiny wielkiej kamienicy po wojennym bombardowaniu. Ta góra była wymarzonym miejscem do zabawy, latem wspinaliśmy się na szczyt po kamieniach, a zimą, gdy spadło dużo śniegu, zjeżdżaliśmy na sankach. Pod koniec lat 50. uprzątnięto to miejsce i zrobiono targowisko. Rolnicy z okolicznych wiosek sprzedawali tu warzywa i owoce. Jesienią kupowało się wory cebuli, kartofli i buraków. Zapasy na całą zimę. 

Na tym targu sprzedałam kiedyś szczeniaki, które uratowałam z rzeki. Ktoś je wrzucił w worku do Bystrzycy. Wyłowiłam je, wykarmiłam butelką i sprzedawałam jako rasowe psy. Poszły wszystkie. 

Jesienią, w czasie kampanii buraczanej, biegaliśmy całą bandą na ulicę Łęczyńską i zaczajaliśmy się na wozy wiozące buraki do cukrowni. Te buraki czasem leżały na drodze, ale częściej prosiliśmy o nie wozaków albo po prostu kradliśmy. Nikt nie robił z tego wielkiego problemu, to był taki lokalny folklor. 

Do łaźni na Bronowicką

Mieszkaliśmy w kamienicy, która pierwotnie należała do rodziny matki, ale po wojnie dokwaterowali nam lokatorów. Nasza rodzina zajmowała więc górę, a na dole zamieszkali obcy ludzie. Na górę wchodziło się wąskimi, stromymi, drewnianymi schodami. Pokoje były przechodnie, okna wychodziły z jednej strony na podwórku, z drugiej na ulicę Biłgorajską. W pokojach były piece kaflowe. Węgiel trzymaliśmy w piwnicy, wrzucało się go tam szuflami przez okienko. Już jako dziecko chodziłam do piwnicy po węgiel i umiałam napalić w piecu. Po ten węgiel to często chodziło się na pobliskie tory między ul. Łęczyńską a Majdanem Tatarskim. Zbierałam go, ile zdołałam udźwignąć, przynosiłam do domu i rozpalałam w piecu. Musiałam sobie radzić. 

W mieszkaniu nie mieliśmy bieżącej wody. Chodziliśmy się kąpać do Łaźni miejskiej przy ulicy Bronowickiej (od red: budynek z 1926 roku, dziś jest tu Hotel Lwów). Jeśli była nieczynna korzystaliśmy z Łaźni Łabęckich przy ulicy Farbiarskiej. 

Czarna podłoga i białe kołnierzyki

Chodziłam do Szkoły Podstawowej nr 11 przy parku na ulicy Bronowickiej. Ze szkoły pamiętam dwie rzeczy: czarną podłogę i kałamarze w ławkach szkolnych. Podłoga była czarna, gdyż zaciągnięta ropą, dlatego nie zdejmowaliśmy butów. Oczywiście chodziliśmy do szkoły w granatowych fartuszkach z białymi kołnierzykami i naszytymi tarczami. Prawdę mówiąc, więcej wspomnień ze szkoły nie mam, bo jej po prostu nie lubiłam. 

Za to bardzo lubiłam chodzić na łąki nad Bystrzycę. Tu toczyło się życie. Najbardziej interesujące było miejsce przy Młynie Krauzego, gdzie w czasie wojny spadła bomba. W odnodze rzeki powstał ogromny lej i wielka głębia, na jakieś 4 metry głębokości. Tam było naprawdę niebezpiecznie, można było się utopić. Tam topiła się kiedyś moja koleżanka, wyciągnęłam ją za włosy z wody. Ale to nie powstrzymało nas od chodzenia w to miejsce. Była tam wielka plaża i kopalnia piachu – prawdziwy raj do zabawy.

Ptyś na Skibińskiej i stary wapniak na Biłgorajskiej

Na rogu ulicy Biłgorajskiej i Zgodnej był prywatny sklep pani Bochenkowej. Wszystko tam można było kupić. Obok rósł wielki kasztan, jedyny na całej ulicy. A tam, gdzie wcześniej był targ, w latach 60. powstał duży sklep Społem. Na Skibińskiej natomiast był sklep pana Piaseckiego, gdzie kupowało się cukierki w kształcie rybek. Skibińska to w ogóle była handlowa ulica. Był tam i mięsny, naprzeciwko kiosk Ruchu, a trochę dalej papierniczo-pasmanteryjny. Na Skibińskiej, obok moich dziadków, był bar Ptyś z wódką i piwem. A na ulicy Zgodnej były dwie „sodówki” – sklepiki z napojami. Było tam piwo beczkowe, woda sodowana, lemoniada. Tam było zawsze gwarno. Dużo dorosłych, dużo dzieci. Można powiedzieć, że życie towarzyskie toczyło się na Zgodnej

Z lokalnych ciekawostek: Na ulicy Biłgorajskiej był „stary wapniak” – wielki komin, w którym przed wojną wypalano kamień wapienny na wapno. W latach 60. wyburzono ten komin, ale pamiętam go dobrze, bo obok była stajnia dla koni i wozownia. Te wozy dostarczały suchy lód do piwiarni i browaru na ulicy Bernardyńskiej. 

Ulica Skibińska w Lublinie, fot. Jerzy Marcinek/Teatr NN
Bójki gołębiarzy

Jak podrosłam zrobiłam sobie sama hulajnogę z dwóch desek i łożyska. Potem mama kupiła mi w komisie na 1 Maja czeską damkę Turist. Rowery były wtedy na talony, męski Bałtyk kosztował majątek. Mieć rower to było coś. Ale i tak największą sensację wzbudziłam, gdy jako 18-latka zajechałam na naszą ulicę motocyklem. Dziewczyna i motor! Miałam szacunek wśród chłopaków. 

A tak na co dzień jako dzieci to graliśmy w hacele, mieliśmy też tzw. kółka z popychaczką – kółko było zrobione z obręczy koła, albo z fajerki kuchennej, a popychaczka była metalowym prętem. To były proste zabawy, ale tak wtedy wyglądało nasze życie. 

Nasza ulica miała swój klimat, swój rytm. Wszyscy się znali i lubili. Czy czuliśmy się bezpieczeństwie? My tak, bo byliśmy u siebie, wśród swoich, ale nastroje na ulicy bywały różne. Często wybuchały awantury między gołębiarzami, dochodziło do bójek. Rywalizowali o to, kto ma piękniejsze gołębie, rzadszej rasy. To byli zawodowcy, oprócz gołębi pocztowych hodowali m.in. „mewki”, „garłacze”, „boki”. Wabili je potem do siebie, jeden od drugiego, podkradali sobie i stąd były te bójki. 

Poszukiwany „Ciolo” i słynny Burano

Za naszą dzielnicą przez lata ciągnęła się też zła sława za sprawą niejakiego „Ciola”, swego czasu najbardziej poszukiwanego polskiego przestępcy. „Ciolo” miał na imię Robert i pochodził z romskiej rodziny K., która mieszkała w kamienicy… u moich dziadków na ulicy Skibińskiej. Romskich rodzin mieszkało w okolicy dużo więcej, więc rodzina K. nie była jakoś szczególna. Natomiast „Ciola” naprawdę bali się wszyscy w mieście, ciągnęła się za nim legenda bezwzględnego zabójcy z Bronowic. Nie wiem, na ile jest w tym prawdy, ale w bramie naszej kamienicy też podobno dźgnął kogoś nożem. 

To były już późniejsze czasy, lata 90. XX wieku. W Lublinie rozgrywały się porachunki gangsterskie, wybuchały bomby, a nasza dzielnica uchodziła za jedną z najbardziej niebezpiecznych, bo grasował na niej „Ciolo”. No cóż, mieliśmy swojego antybohatera… 

Ale mieliśmy też bohatera – Michała Burano, słynnego romskiego piosenkarza z Bronowic, który zrobił międzynarodową karierę. I choć mieszkał za granicą to odwiedzał Bronowice, bo – jak mówił – to miejsce, o którym nie można zapomnieć. 

A dla mnie Bronowice to była szkoła życia. Dużo tam przeżyłam, wszystkiego się nauczyłam. I dziś niczego się nie boję. 

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama