Jeszcze niedawno o Jędrzeju Halerzu było głośno w kontekście walki o fotel wójta gminy Wojsławice. Kampanię miał z wielkim rozmachem – reklamował się jako „jedyny kandydat popierany przez PiS”, a lokalne rolnicze rolady zachwalał u jego boku sam były premier Mateusz Morawiecki. Czarodziejska różdżka z Warszawy jednak nie zadziałała i Halerz wybory przegrał z kretesem.
Bezrobocie nie trwało jednak długo. Jak ustaliła „Gazeta Wyborcza”, mąż posłanki Moniki Pawłowskiej otrzymał etat w marszałkowskim szpitalu w Chełmie. Co ciekawe, ta podległa marszałkowi województwa z PiS placówka od lat zmaga się z gigantyczną zapaścią finansową i jest poważnie zadłużona, co nie przeszkodziło jej w rozszerzeniu kadry pracowniczej.
Kariera bez konkursu i ideowa wolta
Pracownicy szpitala z oburzeniem komentują nowe zatrudnienie, nazywając Halerza kolejnym „człowiekiem partii”, dla którego znalazły się rezerwy budżetowe. Kontrowersje budzi również sam proces rekrutacji – na stanowisko, które objął mąż posłanki, nie ogłaszano żadnego otwartego konkursu.
Sam zainteresowany potwierdził, że po porażce na wsi szukał pracy i od maja związał się ze szpitalem umową stałą, z pensją wynoszącą około 4 tys. zł na rękę. Zakres obowiązków? Wyjątkowo prestiżowy jak na realia szpitalne: Halerz odpowiada za obsługę profilu lecznicy na portalu Facebook oraz opiekę nad praktykantami.
Smaku całej sprawie dodaje fakt, że dzisiejszy beneficjent struktur związanych z Prawem i Sprawiedliwością ma za sobą zupełnie inną przeszłość polityczną. Wcześniej był on działaczem i lubelskim koordynatorem okręgowym lewicowej Wiosny Roberta Biedronia. To właśnie tam poznał swoją o 13 lat starszą żonę, Monikę Pawłowską (która również przeszła spektakularną drogę od lewicy do prawicy). Dziś Halerz od lewicowych korzeni odcina się grubą kreską.
Zasłona dymna w sekretariacie
Gdy zapytaliśmy o szczegóły tej zaskakującej nominacji, dyrekcja szpitala pod przewodnictwem Agnieszki Kruk postanowiła schować głowę w piasek. W oficjalnym, pełnym prawniczego żargonu oświadczeniu, przesłanym przez sekretariat placówki, możemy przeczytać m.in.:
„Szpital (...) nie udziela informacji personalnych dotyczących indywidualnego statusu zatrudnienia osób wskazywanych z imienia i nazwiska przez osoby trzecie, w tym informacji o ewentualnym stanowisku, zakresie obowiązków lub zadaniach przypisanych konkretnej osobie. (...) Sam fakt wcześniejszej aktywności publicznej danej osoby, w tym udziału w wyborach lub kandydowania na funkcję publiczną, nie oznacza automatycznie, że każda późniejsza informacja dotycząca jej sytuacji zawodowej u innego pracodawcy traci ochronę wynikającą z prawa do prywatności”.
Tyle tylko, że prywatność kończy się tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze i zadłużona jednostka zdrowia publicznego. Sprawa bulwersuje mieszkańców tym bardziej, że niedawno głośno było o przymiarkach samej posłanki Pawłowskiej do wejścia w skład Rady Społecznej tej samej lecznicy. Wygląda na to, że chełmski szpital, zamiast na nowoczesnym leczeniu pacjentów, w pierwszej kolejności skupił się na profesjonalnym marketingu w sieci, firnowanym przez męża parlamentarzystki.
Pytania pozostają
Cała ta sytuacja powoduje, że wokół sprawy pozostają pytania: czy stanowisko było wcześniej przewidziane w strukturze placówki, czy prowadzono jakikolwiek otwarty nabór, jakie kwalifikacje zdecydowały o zatrudnieniu i czy szpital w trudnej sytuacji finansowej rzeczywiście potrzebował takiego etatu?
Na razie odpowiedzi na te pytania nie ma.
Jest za to kolejna lokalna historia, w której przecinają się polityka, publiczne pieniądze i instytucja zaufania społecznego. A w takich sprawach nawet jeśli wszystko odbywa się zgodnie z prawem, brak jasnych wyjaśnień często wystarcza, by zostawić cień wątpliwości.














Komentarze