Tato przyjechał z Wrocławia do Lublina za pracą. Był inżynierem-meliorantem, studia ukończył we Wrocławiu. Mama była księgową. Poznali się w pracy, przy budowie Zalewu Zemborzyckiego, oboje pracowali w Przedsiębiorstwie Sprzętu i Transportu Wodno-Melioracyjnego. Tato budował też Kanał Wieprz-Krzna, zarówno zalew jak i kanał to były potężne inwestycje, bardzo ważne dla miasta i regionu.
Wieś w mieście
W mieszkaniu na Skautów mieliśmy dwa pokoje z kuchnią i łazienką, co na tamte czasy było dużym luksusem dla młodej rodziny. Ale ogrzewanie było węglowe. Każde mieszkanie miało swoją kuchnię węglową, pod bojlerem w łazience rozpalało się węgiel, który trzymało się w piwnicy.
Ulica Skautów wyłożona była „kocimi łbami”. Wszystkie zabawy odbywały się na trzepaku. Dopiero po jakimś czasie wybudowano plac zabaw. Stanęły na nim metalowe drabinki i huśtawka. Ale nas ciągnęło dalej, nad Czechówkę. Tu latem można było się kąpać i łowić ryby. Pamiętam wędkarzy i przejrzystą toń wody. Rzeka była czysta i ściągała ludzi z okolicy. A te okolicy to była taka wieś w mieście. Przy ulicy Puławskiej były gospodarstwa, ludzie uprawiali warzywa, drzewa owocowe, piały koguty. Aż trudno uwierzyć, że kawałek dalej tętniło życie na Alejach Racławickich.
Lód w trocinach, samolot w rzece
Pamiętam czynną cegielnię przy ulicy Kosmowskiej – wypalano tam cegły. A przy ulicy Ćwiklińskiej były piękne stawy. Zimą ze stawów wycinano bryły lodu, a latem ten lód był przechowywany w trocinach. Ludzie brali stamtąd ten lód, to była taka „lodownia”.
Kiedy rozpoczęła się budowa trasy W-Z1, przy dzisiejszej al. Solidarności, biegaliśmy tam z chłopakami przyglądać się tym robotom. To była trudna inwestycja, bo trzeba było przesunąć koryto rzeki Czechówki. I pewnego dnia, podczas tych prac, robotnicy odkopali szczątki samolotu. Pamiętam, że było całe skrzydło i amunicja. Przyjechali saperzy, wojsko, wokół zgromadziły się tłumy. Odbyła się wielka akcja rozbrajania.

TRASA W-Z
Trasa została wybudowana w dolinie Czechówki. Na zachodzie, od granic miasta zaczyna się od wlotu al. Solidarności w strefę doliny Czechówki w rejonie wiaduktu al. Warszawskiej. Dalej wiedzie ulicami al. Solidarności, al. Tysiąclecia oraz al. Witosa. Kończy się na wschodniej granicy Lublina, przy skrzyżowaniu al. Witosa z Drogą Męczenników Majdanka. Arteria przebiega przez dzielnice miasta: Śródmieście, Kalinowszczyzna, Tatary, Bronowice, Felin oraz stanowi granicę między dzielnicami: Sławin, Sławinek, Czechów Południowy, Wieniawa, Stare Miasto.
Odcinki trasy w zachodniej części Lublina, w dolinie Czechówki, wybudowano w pierwszych latach po II wojnie światowej. Trasa W-Z była uwzględniona w „Programie Planu Zagospodarowania Miasta” z 1948 oraz w ogólnym planie zagospodarowania przestrzennego z 1954. W OPZP z 1959 zaprojektowano ją (obok trasy N-S) jako trasę szybkiego ruchu łączącą dzielnice Lublina.
Teatr NN, Wojciech Turżański
Za wojskiem na górki
Na Al. Racławickich stacjonowało wojsko. Całą kolumną żołnierze maszerowali ulicą Puławską na Górki Czechowskie, gdzie mieli strzelnicę. Czasem jeździły też czołgi. Wszystko było widać z naszej ulicy, to była dla nas – dzieci – ogromna atrakcja. Biegliśmy całą zgrają za wojskiem na górki, choć to było zabronione.
Kiedy żołnierze kończyli ćwiczenia my przekradaliśmy się na strzelnicę i szukaliśmy pocisków. Zbieraliśmy je jak największe skarby i zanosiliśmy ten arsenał do domu. Gonili nas stamtąd, ale zawsze wracaliśmy.
Na górkach była armata i czołg. Wszystko to z wojny. Do tego czołgu wdrapywaliśmy się i odbywała się zabawa w wojnę. Nie wiem, jak to było możliwe, że tyle godzin spędzaliśmy na poligonie, ale jakoś się nam udawało. Żadna zabawa się z tym nie mogła równać!
Krowy na poligonie, granaty w okopach
Goniło nas stamtąd wojsko i mieszkańcy, którzy na poligonie wypasali krowy. Tak, tak, tam była regularna wieś. Pamiętam też okopy, do których żołnierze rzucali granaty. Jak skończyli, to zakradaliśmy się z chłopaki i zbieraliśmy skorupy po tych rozerwanych granatach. W swoim pokoju miałem całą półkę z tymi szczątkami.
Oczywiście, że to było niebezpieczne. Ale wiadomo – jak coś jest zakazane, to tym bardziej do tego ciągnie. I nas ciągnęło. A dzieci wtedy biegały same po dworze, same organizowały sobie zabawy. A nasze najlepsze zabawy to były te w wojnę.
Obok naszego bloku był wąwóz ze stromymi glinianymi skarpami. Drążyliśmy w tej glinie głębokie jamy. Cud, że nas nie zasypało! No, ale takie to wtedy były atrakcje.
Ser na wagę i złocisty Serwowit
Na mojej ulicy był jeden sklep spożywczy. I więcej nic. W tym sklepie można było kupić mleko z bańki nalewane do przynoszonych butelek lub kanek aluminiową miarką. Był też ser biały sprzedawany na wagę, kawa zbożowa Inka, krojony blok kawowy i słynny Serwowit w kolorze herbaty.
Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 21 wybudowanej po wojnie na ulicy Zuchów, a potem do I LO im. Stanisława Staszica przy Al. Racławickich. W latach licealnych więcej czasu spędzałem już w centrum miasta. W Ogrodzie Saskim była muszla koncertowa, to miejsce tętniło życiem w okresie letnim, było dużo koncertów. Niedaleko było kino Kosmos, bardzo popularne w tamtych czasach.
Gdy byłem starszy przeprowadziliśmy się na Czechów do większego mieszkania. Dostałem swój własny pokój. Ale to ze Skautów mam najpiękniejsze wspomnienia.
Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Komentarze