Krzysztof Żuk na ostatniej przedwakacyjnej sesji rady miasta uzyskał wotum zaufania i absolutorium. Ale w jej trakcie momentami wyglądał na rozczarowanego tonem wypowiedzi krytykujących go radnych z klubu Prawa i Sprawiedliwości. Na kartce wypisał cytaty z wystąpień Justyny Budzyńskiej i Roberta Derewendy: „Czas odpoczynku, panie prezydencie”, „Potrzebna świeżość, nowość”, „Nie panuje pan nad spółkami”, „Nie zasługuje pan na zaufanie”, „Chaotycznie pan zarządza”, „Kłamał pan”.
Prezydent Lublina stwierdził, że zastosowane przez przedstawicieli opozycji chwyty ad personam niejako zwalniają go z obowiązku udzielenia im odpowiedzi na wątpliwości zgłaszane wobec jego sposobu zarządzania miastem. Ostatecznie Żuk odniósł się do dużej części zarzutów radnych PiS. Jeszcze dłużej punkt widzenia władz ratusza na sporne sprawy tłumaczyli wiceprezydenci Tomasz Fulara i Mariusz Banach.
- Kiedyś wszyscy radni rozumieli, że rozmawiamy w sposób gospodarski, a nie polityczny. Teraz część państwa chce zrobić z tej sali Sejm. Części z was wydaje się może nawet, że są posłami. Nie, jeszcze nie jesteście. Sukces osiągamy wbrew państwu, a nie z państwem. To bardzo smutne - kręcił głową wiceprezydent Banach.

Nowy sezon „Rancza”
25 czerwca w lubelskim ratuszu nie było spokojnie. Przy drzwiach i na sali stali strażnicy miejscy, nie chciano ryzykować powtórką z incydentu w Poznaniu, gdzie tortem obrzucony został prezydent Jacek Jaśkowiak.
Niedawno przebyta operacja kręgosłupa uniemożliwiała prezydentowi Żukowi siedzenie w jednej pozycji, raz po raz musiał wstawać z miejsca. Zapewniał przy tym mieszkańców Lublina, którzy wzięli udział w debacie poprzedzającej głosowania nad udzielaniem prezydentowi wotum zaufania i absolutorium, że uważnie i „na stojąco” słucha głosu każdego z nich.
Problem w tym, że do głosu dopuszczono „tylko” piętnastu spośród dwudziestu trzech chętnych mówców. Decydowała kolejność zgłoszeń. Opozycyjni radni twierdzili, że był to sposób na uciszenie „krytyków” i wyeksponowanie głosów mieszkańców przychylnych władzy. I istotnie Józef Kaźmierczak, Grzegorz Wierzchowski i Lidia Kasprzak-Chachaj, czyli troje pierwszych osób z listy zgłoszonych do dyskusji, wygłosili bardzo pozytywne opinie na temat administracji prezydenta Żuka.
- Było przaśnie. Było żenująco. Ci ludzie czytali teksty wychwalające pana prezydenta Żuka. Stado klakierów. Jakiś nowy sezon „Rancza”. Lublin Miasto Arogancji - grzmiał po wszystkim z pogardą w głosie radny Tomasz Gontarz z PiS.
I zaczęła się awantura.

Odprawa w PKP
Zirytował się Bartosz Margul z klubu radnych prezydenta Krzysztofa Żuka.
- To ja usłyszałem festiwal pychy i arogancji. Radny Gontarz wypomina miastu jakieś rzekome „prywatne operacje na działkach”, gdy sam dostał pół miliona złotych odprawy z PKP za zakaz konkurencji. Straszna konkurencja jest na pewno dla PKP w naszym kraju. Więc najpierw niech pan od siebie zacznie analizę kwot, które pan dostał. Bo myślę, że tym powinna zająć się prokuratura – mówił radny Margul.
Gontarz usiłował się bronić.
- Nie dostałem pół miliona złotych z tytułu zakazu konkurencji. Kwota, o której pan mówi, to jest czteromiesięczna pensja, odprawa i zakaz konkurencji.
Przekonywał, że rodzice wychowali go w duchu uczciwości, a z każdej zarobionej złotówki może się wytłumaczyć.
- Nie dostałbym ani odprawy, ani zakazu konkurencji, gdyby obecna władza nie zakończyła ze mną współpracy w PKP Intercity. Sugerowanie, że prokurator powinien się mną zająć, jest głęboko nieadekwatne. I uderza we mnie osobiście. Rządzicie trzy lata. I prokurator nadal nie może postawić mi zarzutów? Czy jest tak nieudolny, niedouczony prawnie, że nie potrafi takiego przestępcy jak Gontarz wrzucić do więzienia? A może jest inna wersja? Może Gontarz nie popełnił przestępstwa? – pieklił się radny PiS.
- Jestem winny sprostowanie panu Gontarzowi. Z pamięci brałem pół miliona złotych.
Przyznaję, pięćset pięćdziesiąt pięć tysięcy składało się z kilku elementów: pensji, odprawy i zakazu konkurencji. Pewnie miał pan to w umowie podpisanej wcześniej. Chociaż przyzna pan, że zakaz konkurencji, te dwieście, trzysta tysięcy, ile by to nie było, jest trochę dziwny w przypadku tej spółki – odpowiedział radny Margul.
Tamtego dnia temperatura w Lublinie przekraczała trzydzieści stopni Celsjusza. Radni przez ponad dziesięć godzin dbali, żeby rosła. Aż na skutek politycznych gierek i wojenek stała się nie do wytrzymania.
Prezydent i marszałek w parku
Dzień później otwarto Park Bronowicki. W rewitalizację zielonego terenu o wielkości dwóch i pół hektara zainwestowano osiem i pół miliona złotych. Siedem milionów w polskiej walucie pochodziło z funduszy unijnych. Projekt jest jednym z przedsięwzięć wpisanych do zwycięskiej aplikacji Europejskiej Stolicy Kultury Lublin 2029.
Odtworzono historyczny układ alejek z początku XX wieku. Posadzono siedemdziesiąt jeden tysięcy roślin cebulowych i dwadzieścia tysięcy bylin. Pojawiły się nowe ławki, stojaki rowerowe, elementy małej architektury. W niedalekiej przyszłości będzie też fontanna. Pani Maria, mieszkanka Bronowic, mówiła, że straszyło „klepisko”, a jest piękny park. Taki, który żyje i rozkwita.
- Bardzo urokliwe miejsce. Potrzebne i dzieciom, i starszym osobom – mówił prezydent Krzysztof Żuk.
- Lublin to nie tylko bloki, to nie tylko ulice, ale też miejsce, gdzie można odetchnąć w wielkomiejskim zgiełku. Rewitalizacja tego parku pięknie wkomponowuje się w plan, do którego dążymy – przekonywał marszałek Jarosław Stawiarski.
Po przepychankach i nieczystych zagrywkach z sesji absolutoryjnej rady miasta autentycznym tchnieniem normalności było oglądanie prezydenta Żuka z Koalicji Obywatelskiej i marszałka Stawiarskiego z Prawa i Sprawiedliwości ramię w ramię otwierających Park Bronowicki dla mieszkańców Lublina.

Nie do pomyślenia
Leszek Daniewski od 1990 roku aż w siedmiu kadencjach sprawował mandat radnego Lublina. I wciąż go sprawuje. Spotykamy się w ratuszu. Pije kawę. I zastanawia się, czy do tutejszego samorządu już na dobre przeniknęła retoryka rodem z Sejmu.
- Miałem okazję obserwować dawną Miejską Radę Narodową, która po transformacji i zmianach ustawowych stała się ostatecznie Radą Miasta Lublin. W jej pierwszej kadencji pełniłem funkcję przewodniczącego. I gdy porównuję tamte czasy z obecnymi, widzę dużą różnicę. Przede wszystkim na poziomie zaangażowania radnych i w kulturze dyskusji. Na początku lat dziewięćdziesiątych pracy było niesamowicie dużo. Miasto przejmowało budynki i grunty. Trwała masowa komunalizacja. Regulowano skomplikowane sprawy geodezyjne i własnościowe. Radni tytanicznie pracowali w komisjach. A sesje dzięki temu były stosunkowo krótkie i merytoryczne. Przez ostatnie trzy dekady dyscyplina i forma debaty w dużym stopniu się zmieniły – mówi Daniewski.
- Język debaty stał się bardziej brutalny?
- Tak, zdecydowanie.
- I nasycony polityką?
- Właśnie na to uwagę zwracał pan wiceprezydent Mariusz Banach. Styl dyskusji niebezpiecznie zbliżył się do tego, co znamy z Sejmu. Wykrzykiwanie. Wchodzenie na mównicę bez pozwolenia. Brak elementarnego szacunku. Na szczęście, w naszej radzie nie dochodzi do aż tak drastycznych zachowań. Zdarzają się oczywiście sytuacje, że niektórym radnym puszczają nerwy i merytoryczna dyskusja wymyka się spod kontroli. Proszę mi uwierzyć, że kiedy prowadziłem sesje w pierwszej kadencji, coś takiego było nie do pomyślenia. Żaden radny nie pozwoliłby sobie na agresywne zachowanie wobec prezydenta czy przewodniczącego obrad. Choć poziom merytoryczny bywał różny, to szacunek do drugiego człowieka i zaangażowanie w pracę znacznie się różniły.

Front Jedności Narodu
Andrzej Pruszkowski był prezydentem Lublina w latach 1998-2006. Aktualnie jest radnym klubu Prawa i Sprawiedliwości. Zarządza też Muzeum Zamoyskich w Kozłówce. Odbiera telefon. Pytam, czy lubelski samorząd stał się areną partyjnej wojenki.
- Uważam, że każdy, kto decyduje się na aktywność publiczną, siłą rzeczy bierze udział w działalności politycznej. W tym rozumieniu nie ma najmniejszych szans na to, aby samorząd stał się całkowicie apolityczny. W obecnej sytuacji radni wszystkich klubów na swój sposób czują się odpowiedzialni za sprawy miejskie. Te sposoby mogą się od siebie różnić i rzeczywiście się różnią. Gdyby było inaczej, w każdej radzie gminy, powiatu czy w sejmiku województwa mielibyśmy tylko jeden klub. Tymczasem pluralizm polityczny, będący zdobyczą demokracji, jest czymś zupełnie naturalnym – mówi Pruszkowski.
Przytaczam gorzkie słowa wiceprezydenta Banacha.
- Wypowiedź pana doktora Banacha zdaje się zmierzać w stronę standardów, które ćwiczyliśmy już w okresie słusznie minionym. Obowiązywała wtedy doktryna Frontu Jedności Narodu, według której formacje jedynie udające pluralizm musiały reprezentować jedną, oficjalną linię. W warunkach normalnie rozumianej demokracji jest to nie do pomyślenia. Słowa pana Banacha sugerują, że część radnych, którym mieszkańcy Lublina powierzyli swój mandat, nie myśli o mieście w należyty sposób. Pan wiceprezydent Banach, którego szanuję, moim zdaniem nie ma prawa oceniać, czy ktoś myśli bardziej, czy mniej po gospodarsku – odpowiada były prezydent Lublina.
Mówi, że w lubelskiej Radzie Miasta doszło do „kuriozalnej sytuacji”.
- Proszę zwrócić uwagę, że klub Prawa i Sprawiedliwości, poza narzuconą ustawowo Komisją Rewizyjną, nie otrzymał stanowiska przewodniczącego w żadnej innej komisji. Nie mamy także swojego reprezentanta w prezydium Rady Miasta. W czasach, gdy to ja byłem prezydentem, taka sytuacja była nie do pomyślenia. Wtedy, jeśli chodzi o przewodniczących komisji, ustalany był parytet odzwierciedlający preferencje wyborców, dzięki czemu poszczególne kluby radnych miały swoich przedstawicieli. To, że opozycja jest reprezentowana w gronie przewodniczących i wiceprzewodniczących Rady Miasta, było czymś oczywistym. Obecna sytuacja, w której jako reprezentanci prawie czterdziestu procent mieszkańców Lublina jesteśmy odsuwani od obecności w organach Rady, urąga poczuciu demokracji partycypacyjnej. Pan prezydent Banach powinien zajrzeć we własne serce i wezwać swoje polityczne sumienie do analizy tej sytuacji, w której znaczna część mieszkańców Lublina, reprezentowana przez Prawo i Sprawiedliwość, nie znajduje należytego odzwierciedlenia w strukturze Rady Miejskiej – apeluje Pruszkowski.

Na nie, bo tak
Leszek Daniewski z klubu radnych prezydenta Krzysztofa Żuka właściwie przyznaje Pruszkowskiemu rację.
- Tradycją i dobrym obyczajem lubelskiego samorządu było obsadzanie części komisji przewodniczącymi z klubu opozycji, który otrzymywał też miejsc w prezydium Rady. Dokumenty i protokoły z minionych lat potwierdzają, że tak to u nas w przeszłości funkcjonowało. W tej kadencji potoczyło się to inaczej. Ja osobiście jestem zwolennikiem tego, żeby część komisji powierzyć opozycji – przekonuje.
Mówi, że w klubie PiS głęboko szanuje wiele osób za ich pracowitość, merytorykę i wiedzę, nawet jeśli politycznie się z nimi nie zgadza.
- Choć w dyskusjach ponoszą ich czasem nerwy, są tam kompetentni samorządowcy. Do prowadzenia komisji powinno się zaś wybierać ludzi ze względu na ich kwalifikacje do danego zagadnienia, a nie wyłącznie klucz partyjny. W tej kadencji zdaje się, że ta zasada jest spełniona. Niestety, jako przewodniczący Komisji Gospodarki Komunalnej widzę, że podczas obrad komisji radni PiS nie zadają ani jednego pytania merytorycznego przy uchwale z wykonaniu budżetu i sprawozdania finansowego, a potem na komisji i na sesji głosują przeciwko. Bo tak i już. To czysta polityka, w której brakuje miejsca na rzetelną dyskusję – opowiada Daniewski.
Przy fladze bez polityki
Pruszkowski twierdzi, że opozycja nierzadko popiera rozwiązania proponowane przez administrację prezydenta Żuka i wspierających ją radnych.
- Jest łatwe do zweryfikowana, że istnieje cała masa spraw, w których stanowisko opozycji i rządzących bywa wspólne. Jeśli przeanalizować głosowania, okazuje się, że zdecydowana większość przedłożeń organu wykonawczego jest akceptowana przez opozycję. Istnieją oczywiście kwestie sporne. W momentach, gdy rozumiemy interes mieszkańców inaczej niż organ wykonawczy, głosujemy przeciwko, jasno przedstawiając nasze argumenty. Bardzo często opieramy się przy tym na opiniach samych mieszkańców, przekazywanych przez poszczególne rady osiedli, bądź na konsultacjach ze środowiskami społecznymi reprezentującymi daną część miasta czy zainteresowanymi konkretnymi problemami – relacjonuje radny Prawa i Sprawiedliwości.
- Choć spory polityczne z poziomu krajowego przenoszą się na grunt miejski, to wbrew pozorom w większości bieżących spraw opozycja głosuje razem z większością rządzącą. Wyjątkiem o charakterze ściśle politycznym jest oczywiście przyjęcie budżetu miasta i udzielenie absolutorium prezydentowi. Dobrym przykładem udanej współpracy ponad podziałami była swego sprawa rewitalizacji i zagospodarowania Zalewu Zemborzyckiego. Pierwotne stanowisko opozycji nie było przez większość radnych do zaakceptowania. Zaproponowałem wówczas, aby skierować projekt do komisji i powołać czteroosobowy zespół roboczy. Tak wypracowaliśmy kompromisowe rozwiązania i ostatecznie stanowisko w sprawie Zalewu zostało przyjęte przez Radę Miasta jednogłośnie. To pokazuje, że gdy odłożymy na bok partyjne legitymacje, potrafimy działać razem dla dobra mieszkańców. Warto też wspomnieć o pięknych tradycjach, które łączą nas bez względu na wszystko. W 1993 roku wprowadziłem zwyczaj uroczystego wciągania flagi Lublina na maszt przy dźwiękach miejskiego hejnału. Do tej ceremonii zawsze zapraszani są radni opozycji. Mandat radnego PiS waży dokładnie tyle samo, co mój, często stoją za nim tysiące głosów mieszkańców. Przy fladze nie ma miejsca na politykę – stwierdza Daniewski.
Kij w mrowisko
Radnego klubu prezydenta Żuka i nestora lubelskiego samorządu pytam, co najbardziej irytuje go w sposobie prowadzenia dyskusji podczas sesji rady miasta i których radnych uważa za najmocniej destabilizujących kulturę debaty.
- Najbardziej nie lubię personalnych wycieczek. Sytuacji, gdzie zamiast mówi się o problemie, komentuje się wypowiedź przedmówcy. To niepotrzebne wkładanie kija w mrowisko. Są w klubie radnych PiS radni, którzy mają skłonność do używania agresywnego języka, podnoszenia głosu, regularnego łamania zasad kultury dyskusji, pozwalania sobie na zbyt wiele. Bywają bardzo dobrze przygotowani, lubię z nimi dyskutować, ale ekspresja i agresja, z jaką prezentują swoje stanowiska, bywają czasami przesadzone.
Bierze łyk kawy.
- Żeby zachować obiektywizm, ostrego języka nie brakuje także po naszej stronie. Uważam, że powinniśmy skupić się na merytorycznym prezentowaniu własnych racji, a nie na emocjonalnym punktowaniu oponentów. Na szczęście są też chlubne wyjątki – komplementuje.
- Poza salą obrad radni z przeciwnych obozów potrafią rozmawiać jak ludzie? Zewsząd słyszę, że w Sejmie politycy „wrogich” partii nie chcą już nawet pić ze sobą kawy – wtrącam.
- W Lublinie na szczęście nie jest aż tak źle. Zdecydowana większość z nas normalnie ze sobą rozmawia, żartuje, potrafi pójść na wspólną kawę. Istnieją jednak wyjątki wynikające z osobistych, a nie partyjnych zaszłości. Sam mam taką sytuację – deklaruje Daniewski.
Taran, który wszystko zepsuł
Jedna z często powtarzanych na korytarzach ratusza teorii głosi, że do ochłodzenia relacji między władzami Lublina a opozycją doszło za sprawą Przemysława Czarnka. Ten jako wojewoda lubelski wszystkimi sposobami próbował podkopywać pozycję Krzysztofa Żuka i w efekcie odebrać mu prezydencki mandat. Ataki Czarnka miały moc tarana, ale okazały się nieskuteczne.
- Bo miały charakter czysto polityczny, nic za nimi nie szło – słyszę na szczytach lubelskiej polityki.
A Żuk, jak przystało na doświadczonego samorządowca, już dawno na bezpieczną odległość oddalił się od dawnej Koalicji Obywatelskiej, dawnej Platformy. Jest pragmatycznym menadżerem, który skupia się głównie na ściąganiu do Lublina funduszy unijnych i kolejnych inwestycji. Nie na partyjnych dryblingach.
Nawet Donald Tusk nie rozumiał, dlaczego w mieście zarządzanym przez polityka z jego obozu w samym centrum stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego. Żuk zaś po prostu na różnych polach współpracuje z marszałkiem Jarosławem Stawiarskim z PiS. A każda tego typu kooperacja wymaga ustępstw, kompromisów i gestów przyjaźni. Obustronnych. Regularnych.
Zamiast toczyć uderzające w budżet województwa wojenki na linii Ratusz-Urząd Marszałkowski, Żuk ze Stawiarskim i Stawiarski z Żukiem woleli się zbratać i od czasu do czasu pójść sobie w czymś na rękę. Dlatego też, czy to w przypadku otwarcia Parku Bronowickiego, czy w jakichś sprawach związanych z Portem Lotniczym Lublin w koncyliacyjnej atmosferze i z gospodarskim rozmachem mogą bez przewracania oczami przemawiać ramię w ramię.
Zarówno prezydent Żuk, jak i marszałek Stawiarski są konserwatystami w staromodnym rozumieniu tego słowa. Oczywiście, Stawiarski jest bardziej na prawo od Żuka, ale nie aż tak bardzo, żeby Urząd Marszałkowski jakoś niebywale cierpiał w relacjach z Warszawą, gdzie od 2023 roku rządzi frakcja, która szczerze nie znosi wszystkiego, co związane z PiS.
Żukowi za to zdecydowanie bliżej do centroprawicowego Tuska z pierwszej dekady XXI wieku niż nowej fali działaczy Koalicji Obywatelskiej, których rywalom politycznym w niezmiennie przechylonej na prawo Polsce stosunkowo łatwo skleić z niszczącą kariery łatką „lewaków”.
Trzeba wiedzieć, że większość mieszkańców Lublina, choć to duże i dość postępowe miasto, ma właśnie takie poglądy: konserwatywne. Ale też wcale nieprzesadnie radykalnie prawicowe. Stąd też zaskakująco duża niechęć, jaką budzą tu ostatnio niektóre wypowiedzi kandydata na premiera Czarnka. I wyniki ostatnich wyborów samorządowych: w ratuszu miażdżąca przewaga prezydenta Żuka, w sejmiku województwa całkowita dominacja PiS.
Zagłodzić
Gdy wiosną przeprowadzałem długi wywiad z Żukiem, po zakończonej rozmowie ucięliśmy sobie jeszcze kwadrans pogawędki. 69-letni prezydent Lublina powiedział wtedy, że nie zamierza wchodzić w jakiekolwiek prymitywne, partyjne zwarcia. Jego otoczenie powtarza, że po przetrwaniu wolty Czarnka stał się nie tylko całkowicie odporny na tego typu ataki, ale też stracił choćby minimalnej zrozumienie dla takiego sposobu prowadzenia działalności politycznej.
Żuk często powtarza, że Lublin za rządów Prawa i Sprawiedliwości był złośliwie pomijany przy podziale kluczowych dotacji rządowych. Miasto nie otrzymało wsparcia chociażby na budowę Dworca Metropolitalnego, co przedstawiciele PiS tłumaczyli negatywną oceną wniosków przez lubelskiego wojewodę. Ratusz szacował też, że w 2022 roku ubytek w dochodach magistratu z tytułu wprowadzenia Polskiego Ładu wyniósł ponad sto czterdzieści milionów złotych.
- PiS robił to, żeby zagłodzić „Lublina Żuka” – wspomina jeden z samorządowców KO.
- Rząd nigdy nie pełni roli opozycji względem samorządów. Wszystko zależy od perspektywy, z jakiej spoglądamy na tę sprawę. Fakty są takie, że za czasów rządu Prawa i Sprawiedliwości na inwestycje lokalne trafiało znacznie więcej środków publicznych niż kiedykolwiek wcześniej w historii. I trudno z tymi faktami dyskutować. Przykłady tego typu lokalnych inwestycji i rządowego wsparcia można bez trudu znaleźć i zweryfikować. Być może obecne napięcie wynika z dyskusji o tym, które inwestycje powinny być finansowane bezpośrednio przez rząd lub z dotacji centralnych, a które ze środków własnych samorządu. Rząd jednak nigdy nie ograniczał samorządu w jego własnych działaniach inwestycyjnych, stąd argumentacja pana prezydenta Żuka jest dla mnie niejasna i niezrozumiała – ripostuje Andrzej Pruszkowski.
Dług czy cud?
Radnych klubu prezydenta Żuka i radnych klubu PiS dzieli ocena rozwoju Lublina w ostatnich piętnastu latach.
- Ubywa nam mieszkańców, a przybywa długu. Jak słusznie podkreśla doktor Derewenda, szef klubu PiS, oznacza to, ni mniej, ni więcej, że z każdym rokiem na każdego mieszkańca przypada coraz większa kwota do spłacenia. Rosnące koszty obsługi zadłużenia powodują, że praktycznie nie jesteśmy w stanie realizować wyczekiwanych przez mieszkańców inwestycji finansowanych z własnych środków. Niedawno mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której tym właśnie mieszkańcom dano bardzo mało czasu na zgłoszenie uwag w kwestii planu ogólnego miasta. Proces ten momentami przebiegał w sposób wręcz karykaturalny, łącznie z przypadkami, gdy Biura Obsługi Mieszkańców odmawiały przyjmowania tych zastrzeżeń. A przecież to kluczowy dokument dla przyszłości Lublina, do którego ostatecznie wpłynęło ponad trzy tysiące uwag. Pokazuje to, że propozycje władzy wykonawczej nie zawsze odpowiadają potrzebom mieszkańców – narzeka Pruszkowski.
- Gdy chodzę po Lublinie, czasem łapię się na myśli, że nie jestem u nas, ale na przykład w Gdańsku czy we Wrocławiu. Nasz odnowiony deptak, Brama Krakowska, Stare Miasto to przestrzenie na europejskim poziomie, przypominające mi też najpiękniejsze zakątki Wilna czy Grodna. Przed nami remont Trybunału Koronnego. Ogromny skok cywilizacyjny dokonał się też w transporcie miejskim. Pamiętam czasy strajków w MPK, permanentnego chaosu. Dzisiejsza nowoczesna komunikacja, punktualność rozkładów co do minuty, to spójna, świetna polityka transportowa. Naprawdę, ogólny bilans rozwoju architektury i infrastruktury miasta jest imponujący, zwłaszcza w okresie rządów prezydenta Krzysztofa Żuka. To, co wydarzyło się z Lublinem w ciągu ostatnich trzech dekad, graniczy z cudem – zachwyca się Leszek Daniewski.
Prezydenta wybierają ludzie, nie radni
Radny Daniewski uważa, że nie tylko polaryzująca społeczeństwo kłótnia między obozami KO i PiS przyczyniła się do podziału w lubelskim samorządzie. Jako punkt graniczny wskazuje 2002 rok, kiedy prezydenci miast zaczęli być wybierani w wyborach bezpośrednich.
- Wprowadzenie bezpośrednich wyborów prezydenta w 2002 roku diametralnie zmieniło układ sił. Wcześniej, gdy rada wybierała prezydenta, jej pozycja była znacznie mocniejsza. Grupa, która miała większość, mogła skutecznie kreować politykę. Jeśli prezydent nie spełniał oczekiwań, można go było odwołać niemal z dnia na dzień. W 55-osobowej radzie pierwszej kadencji wystarczyło do tego dwadzieścia osiem głosów – wspomina Daniewski.
Przypomina przypadek odwołanego po roku prezydenta Sławomira Janickiego.
- Z jednej strony dawało to radzie potężną sprawczość, z drugiej: niosło ryzyko destabilizacji i upolitycznienia samego stanowiska prezydenta. Teraz, nawet jeśli prezydent nie otrzyma od rady wotum zaufania czy absolutorium, nie oznacza to jego odwołania. O tym decydują mieszkańcy, w wyborach albo w referendum. Radny ma mniejsze przełożenie osobiste na funkcjonowanie miasta. Większa odpowiedzialność spada na prezydenta, jego zastępców i urząd – ocenia.
Przywołuje lata 2002-2006 i drugą kadencję prezydenta Andrzeja Pruszkowskiego.
- To wtedy weszła w życie ustawa o bezpośrednim wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Jednocześnie zmniejszono liczbę radnych w Lublinie z 55 do 31. Wtedy zaczęły się polityczne podchody, „przepływy” radnych i destabilizacja. Od tamtego momentu rola radnego zaczęła słabnąć na rzecz silnej władzy wykonawczej – mówi Daniewski.
Wredna polityka
W pracy doktorskiej pod tytułem „Pomiędzy polityką a społecznością lokalną. Studium samorządowca na przestrzeni trzydziestolecia demokracji w Polsce metodą teorii ugruntowanej” Sławomira Stalmacha czytam, że w dwóch pierwszych kadencjach samorządowych III RP w narodzie i wśród samych zainteresowanych dominowały opinie, że samorządowiec nie jest i nawet nie powinien być politykiem.
Gdy jednak nadszedł XXI wiek, samorządowcy, którym początkowo autentycznie wydawało się, że w samorządach nie będą musieli uprawiać polityki w sensie ścisłym, szybko zorientowali, że w najlepszym razie są naiwni, a w najgorszym zwyczajnie głupi. Stalmach cytuje Ryszarda Grobelnego, byłego prezydenta Poznania, który zauważył, że mechanizmy rządzące polityką w małej ojczyźnie są równie wredne, jak te ogólnokrajowe: trzeba przystępować do grup towarzyskich, tworzyć koterie, żeby być sprawczym, utrzymać się na powierzchni, nie zostać trafionym, zatopionym.
Naukowiec pisze, że choć jeszcze w 2010 roku Donald Tusk podczas kampanii przed wyborami samorządowymi czarował hasłem: „Nie róbmy polityki, budujmy drogi, szpitale, mosty”, to za późniejszych rządów Prawa i Sprawiedliwości opadły maski. Eliza Olczyk pisała we „Wprost”: „Czy się komuś podoba, czy nie, przyznanie, że w samorządach jest uprawiana taka sama polityka jak na innych szczeblach władzy, jest eliminowaniem obłudy i przywracaniem normalności”. Przez lata wypracowano więc konsensualne i niezakłamujące rzeczywistości określenie na samorządowca: polityk lokalny.
- Czuje się pan bardziej politykiem czy samorządowcem? – pytam Andrzeja Pruszkowskiego.
- Czuję się politykiem lokalnym.
- A jaka jest różnica między politykiem lokalnym a samorządowcem?
- Moim zdaniem żadna. To pojęcia tożsame. Politykę rozumiem jako roztropną troskę o dobro wspólne. Moim zdaniem tym właśnie powinien zajmować się nie tylko samorząd, ale również politycy na szczeblu centralnym. To podstawowa wytyczna dla każdej działalności w życiu publicznym. Różnica tkwi jedynie w instrumentach, jakimi dysponujemy. Polityk lokalny działa za pomocą narzędzi dostępnych w samorządzie terytorialnym na jego różnych szczeblach.
Wybitni
- Czy na przestrzeni tych wszystkich lat w samorządzie poznał pan radnego, który byłby dla pana niedoścignionym wzorem idealnego polityka lokalnego? – pytam Leszka Daniewskiego.
- W historii lubelskiego samorządu mógłbym wskazać wyróżniające się postaci. Na przykład Czesława Kozieła, radny pierwszej kadencji z lewicy, z którym pracowałem przez wiele lat. Człowiek niezwykle pracowity, oddany sprawom miasta. Oraz panią przewodniczącą Helena Pietraszkiewicz, która imponowała mi swoją aktywnością i zaangażowaniem. Generalnie jednak, na przestrzeni moich trzydziestu sześciu lat w polityce lokalnej współpracowałem z wieloma osobami, które mogłyby stanowić wzór do naśladowania dla wchodzącej do samorządu młodzieży.
Wierzyć w dyrdymały
Kiedy na początku maja paliła się Puszcza Solska, ruszyliśmy wraz z fotografem i operatorem Michałem Żyszkiewiczem w kierunku południowej części województwa lubelskiego, żeby relacjonować heroiczną walkę strażaków z rozprzestrzeniającym się ogniem.
Na miejscu rozmawialiśmy z jednym z wysoko sytuowanych lokalnych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Po zakończonej rozmowie poprosiłem go o numer telefonu do wójta pobliskiej gminy, również znanego samorządowca z PiS.
- Nie pomogę – uśmiechnął się działacz PiS.
- Dlaczego?
- Delikatna sprawa. Nie utrzymujmy kontaktów, tyle powiem.
Kilka dni wcześniej poseł Janusz Kowalski grzmiał, że odchodzi z Prawa i Sprawiedliwości przez „układ biłgorajski”, przez który rozumiał „współpracę z byłymi komunistami”, „kolekcjonowanie rad nadzorczych i spółek”, szeroko pojęte „afery”. I faktycznie działacze PiS z Lubelszczyzny od dłuższego czasu powtarzają jedno określenie: „W Biłgoraju źle się dzieje”. Ścierają się tam bowiem dwie frakcje samorządowców: tych z PiS i tych od Marcina Romanowskiego z Suwerennej Polski.
Dość powiedzieć, że podobny przykład wewnętrznej, prawie bratobójczej bitwy obserwować można było wiosną w Koalicji Obywatelskiej, gdzie europosłanka Marta Wcisło biła się z posłem Michałem Krawczykiem o prymat w lubelskich strukturach partii i wszystkie chwyty były dozwolone. Aż w końcu interweniować musiał premier Tusk, któremu niespecjalnie do gustu przypadł konfrontacyjny charakter tej rywalizacji.
A skoro samorządowcy z Koalicji Obywatelskiej czy Prawa i Sprawiedliwości tną się sami między sobą, to nic dziwnego, że od dwudziestu lat tak rzadko wyścibiają nos poza swoją stronę barykady. Przydałoby się jednak, żeby dla dobra swojego miasta, swojego regionu i wybierających ich mieszkańców robili to częściej. Bo nie ma w tym nic złego, żeby dwóch lokalnych polityków z przeciwnych frakcji działało razem. Tak jak w Parku Bronowickim.
Pół żartem, pół serio, ale już Andrzej Sapkowski pisał w „Lux perpetua”, trzecim tomie trylogii husyckiej: „Porozumienie osiąga się, gdy jedna ze stron udaje, że wierzy w dyrdymały opowiadane przez drugą”.


Komentarze