Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Rozmowa

Nieustanna walka o pamięć i prawdę. Nasi motocykliści wrócili z Ukrainy

Za nimi dwa tysiące kilometrów i dziesiątki odwiedzonych mogił. Grupa motocyklistów z kazimierskiego stowarzyszenia kolejny raz dotarła tam, gdzie pamięć o Polakach zabijanych przez UPA powoli się zaciera. O czternastym rajdzie śladami ofiar, historii, ale także o współczesnej Ukrainie rozmawiamy z prezesem WRM i społecznikiem, Henrykiem Kozakiem.
Nieustanna walka o pamięć i prawdę. Nasi motocykliści wrócili z Ukrainy
Z lewej zarząd stowarzyszenia "Wołyński Rajd Motocyklowy" w imieniu uczestników XIV rajdu motocyklowego oddał hołd ofiarom rzezi wołyńskiej pod Krzyżem Pamięci w Ołyce. W środku Henryk Kozak. W nabożeństwie uczestniczył wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz

Źródło: WRM/FB

Motocykliści ze stowarzyszenia Wołyński Rajd Motocyklowy z Kazimierza Dolnego na Ukrainę jeźdżą od kilkunastu lat. To ludzie nie tylko z Lubelszczyzny, ale z różnych stron Polski. Co roku, bez względu na sytuację międzynarodową, w lipcu odwiedzają zapomniane polskie cmentarze, zbiorowe mogiły. Miejsca, gdzie spoczywają ofiary Ukraińskiej Powstańczej Armii. Często to groby bezimienne, o których istnieniu przypominają jedynie proste krzyże, czy pozacierane (nie tylko ze starości) tablice. WRM robi wiele, by pamięć o tych Polakach przetrwała, ale w swoich działaniach społecznicy są osamotnieni. O tym jak wyglądał czternasty już wołyński rajd w obliczu rosnących napięć pomiędzy Polską, a Ukrainą, rozmawiamy z prezesem stowarzyszenia, Henrykiem Kozakiem. 

RS: Zacznijmy od kwestii waszego bezpieczeństwa, bo jak wiemy nie wszyscy motocykliści, którzy zapowiadali uczestnictwo w rajdzie zdecydowali się na wyjazd z Polski. Czy na Ukrainie czuliście się mile widziani?

HK: To prawda, że kilku motocyklistów, którzy zaczęli z nami rajd z wyjazdu na Ukrainę ostatecznie ze względów bezpieczeństwa zrezygnowało. Z 36 osób, było nas tam około 30. Ale te obawy nie potwierdziły się. W żadnym momencie nie odczuliśmy niebezpieczeństwa, czy zagrożenia. Jeździmy tam czternaście lat i nigdy nie spotkaliśmy się z jakąkolwiek wrogością. Czasami tylko wzbudzamy zainteresowanie. Bywa, że ktoś do nas podejdzie i zapyta co my tutaj robimy. To wszystko. W tym roku przez 9 dni przejechaliśmy około 2 tys. kilometrów od Pokucia po Wołyń. Nie spotkało nas nic złego. A gdy jeden z naszych kolegów skrzywił w swoim motocyklu felgę w jego naprawie pomógł mu miejscowy Ukrainiec. Przetransportował tę maszynę do serwisu, a nawet zaproponował nocleg do czasu naprawy, za darmo. 

To dowód na to, że dobrzy ludzie zdarzają się po obydwu stronach granicy. Wracając jednak do samego rajdu i jego celu - odwiedzacie miejsca pochówku polskich ofiar rzezi wołyńskiej. Jak to wygląda tam na miejscu?

W tym roku do Ukrainy jechaliśmy przez Słowację i Rumunię, więc rajd rozpoczęliśmy od Kosowa Huculskiego, gdzie nawiązaliśmy kontakt z lokalną parafią. Odwiedzieliśmy cmentarz w Kutach ze zbiorową mogiłą Polaków zamordowanych przez UPA. Następnie dotarliśmy do wioski Szeszory, gdzie zginęły 102 osoby, z czego 36 spalono żywcem w miejscowym kościele. Tego kościoła już nie ma. Został spalony razem z tymi ludźmi, naszymi rodakami. Długo szukaliśmy tego miejsca. Dzisiaj nie ma tam żadnego oznaczenia, żadnego krzyża, jest tylko łąka. Jedyna tablica, jaką spotkaliśmy w pobliżu wskazywała miejsce kryjówki UPA. 

Później dotarliśmy do Pistynia, gdzie wskazano nam dwie zbiorowe mogiły polskich ofiar, w tym fragmenty dawnego, polskiego cmentarza z grobem zamordowanego przez banderowców księdza Józefa Grzesiowskiego. Ten grób jest bardzo zaniedbany, na pewno wymaga odświeżenia. Zapaliliśmy znicze i pojechaliśmy dalej. Dotarliśmy do Worochty, gdzie przy cerkwi znajduje się upamiętnienie naszych rodaków, a potem do Trójcy, gdzie była kolejna zbiorowa mogiła. Tę część rajdu zakończyła wizyta w mieście Kołomyja, gdzie odwiedziliśmy rozległy, ale bardzo zaniedbany cmentarz z ofiarami wojny polsko-ukraińskiej z 1918 roku. Znajdują się tam szczątki żołnierzy oraz przedstawicieli polskiej inteligencji. Wiele nagrobków jest zdewastowanych. 

Zatrzymajmy się tutaj. Gdy opowiadasz o tych zbiorowych mogiłach, czy przypominasz sobie chociaż jedno miejsce, gdzie stałaby tablica informująca o tym dlaczego oni zginęli? O tym, kto ich wymordował?

Nie. Tam przeważnie jest napisane, że "zginęli śmiercią tragiczną". Czasami widać stare krzyże, chyba z lat 90-tych, na których pisano, że pochowani zostali zamordowani. Ale te napisy, niewygodne słowa, dzisiaj są poskuwane. Przykładowo na cmentarzu wojskowym w mieście Stryj na tablicy o polskich żołnierzach z 1920 roku skuto fragment "w obronie Stryja". 

Ktoś niszczy te tablice, żeby ukryć historyczną prawdę? Słowo "w obronie" świadczy o tym, kto bronił, a kto atakował, czyli do którego państwa należały te ziemie. To wygląda tak, jakby Ukraińcy próbowali zatrzeć pamięć o granicach dawnej II RP. 

Nie wiem, kto to robi, ale napisy uznawane za niewygodne są skuwane, niszczone. Podejmowane są próby ich zniekształcania. 

Jestem ciekawy, czy gdybyście jako WRM sfinansowali tablicę dla jednej z mogił z napisami po polsku i ukraińsku, że leżą tutaj Polacy, ofiary ludobójstwa dokonanego przez UPA, to gdy przyjechalibyście w to samo miejsce za rok, ta tablica jeszcze by tam była?

Myślę, że wtedy byśmy tam już nie wjechali. Znam przypadek osoby, która publicznie powiedziała słowa "polski Lwów" i dostała trzy lata zakazu wjazdu od służby granicznej Ukrainy. Musimy bardzo uważać na słowa, bo jeśli zaczniemy używać twardego języka, będziemy mieć mówiąc kolokwialnie pozamiatane. Stoimy przed taką alternatywą, czy ważymy słowa i jeździmy, czy dołączamy do chóru krytykujących ze wszystkimi tego konsekwencjami. 

Henryk Kozak, prezes stowarzyszenia WRM z Kazimierza Dolnego to nietuzinkowy społecznik. Od lat dba o pamięć o polskich ofiarach rzezi wołyńskiej, a gdy w 2022 roku Ukraina została zaatakowana przez Rosję, zaangażował się w organizację jej wsparcia, woził dary i przyjmował uchodźców, fot. rs/archiwum

Ale przecież nam, Polakom, gdy upominamy się o ofiary rzezi, o ich pochówek, badania archeologiczne, ekshumacje, nie chodzi o doraźną politykę. Chodzi o prawdę i pamięć. 

Tam prawda jest, ale często niedopowiedziana. Tak tak, jak z tymi tablicami na mogiłach. Gdy widzimy rok 1943 czy 1944 i napis "zginęli śmiercią tragiczną" to możemy na 99,9 proc. przyjąć, że były to osoby zamordowane przez UPA. Mimo tego, że nie ma tablicy, która by o tym mówiła. 

Dodajmy, że to ofiary często anonimowe.

Tak, ale jeszcze większe wrażenie robią te mogiły, w których istnieją tablice z nazwiskami. Na cmentarzu w Szlachcińcach w zbiorowej mogile są szczątki 120 osób, w większości Polaków. Gdy czytamy kto tam leży, przechodzą nas ciarki. Trzymiesięczne niemowlęta, 80-letni seniorzy, kobiety, dzieci.

Co potwierdza tylko prawdziwość wspomnień tych, którym udało się to piekło przetrwać. Warto dbać o takie tablice. To prawda, że jako WRM sami je odnawiacie?

Mamy już pewną wprawę w tym liternictwie nagrobnym, wyszkoliliśmy się przez lata naszej działalności i zdarza się, że pomagamy także w ten sposób. W tym roku będąc w Stryju spotkaliśmy się z Danutą Skrobańską, która dzielnie walczy, by polski cmentarz z 1920 roku był odnowiony. Tam jest właśnie taka tablica, która niedługo stanie się nieczytelna, więc chyba sami ją odremontujemy. Takich miejsc, polskich mogił, jest bardzo dużo. Im bliżej Wołynia, tym więcej. Nie wszyscy Polacy ginęli z rąk UPA, byli także mordowani przez Ukraińców z ochotniczej formacji Trzeciej Rzeszy - SS Galizien. 

Różne formacje, ale cel podobny - pozbycie się wszystkich ludzi innej narodowości. Rajd zakończyliście w Łucku w miejscowej katedrze. Jak z waszej perspektywy wygląda dzisiaj ta zachodnia Ukraina? 

To kraj kontrastów, dwa światy. Z jednej strony wojna, z drugiej eleganckie samochody na drogach i budowa ogromnego, nowoczesnego ośrodka narciarskiego w Bukowelu, który może robić wrażenie. Na cmentarzach morze flag, zarówno tych żółto-niebieskich, jak i czarwono-czarnych. Czasami słychać alarmy, ale samej wojny, jako takiej, na zachodzie nie widać. Widać jej skutki. Przykładowo na 10 osób widzianych na ulicach 8 to kobiety. Młodych mężczyzn trudno dostrzec. Myślę, że ci, którzy zostali, boją się "łapanek", nie chcą iść na front. Ludzie starają się żyć normalnie. 

A sami Ukraińcy, czy ich świadomość historyczna w zakresie rzezi wołyńskiej, rośnie? Czy można to ocenić z waszej perspektywy?

Jadąc tyle kilometrów zawsze spotykamy Ukraińców choćby na noclegach, czy obiadach. Staramy się sami nie wchodzić w te tematy, ale generalizując, gdy pada słowo UPA, oni automatycznie odpowiadają Armia Krajowa. Budują taki niesprawiedliwy symetryzm, często nie znając historii, ani ideologii stojącej za ukraińską armią w tamtym czasie. 

Jak sądzisz, co musiałoby się wydarzyć, żeby doszło do przełomu w tych polsko-ukraińskich relacjach w zakresie polityki historycznej?

Żeby ta sytuacja naprawdę poszła do przodu pomogłoby tylko całkowite odblokowanie ekshumacji. W mojej ocenie żadne kolejne, wspólne historyczne konferencje niczego nie wniosą. Niestety wciąż nie ma żadnej umowy polsko-ukraińskiej w tym zakresie, żadnego systemowego rozwiązania. Jeśli cokolwiek udaje się zbadać to jest to zasługa głównie polskich organizacji pozarządowych, które o te ekshumacje zabiegają. 

Być może Ukraińcy boją się tego, co kryje ta ziemia. Na przykład dziecięcych szkieletów noszących ślady świadczące o szczególnym okrucieństwie sprawców rzezi. 

To możliwe, wtedy runęłaby cała narracja mówiąca o tym, że UPA to była formacja walcząca tylko z NKWD, z Sowietami. Dlatego nie wiem, czy cokolwiek w tym obszarze się zmieni, czy kiedykolwiek doczekamy się rzetelnych badań na szeroką skalę. 

W każdym razie, bez względu na to, jak będzie, WRM nadal robi swoje. 

Tak, w sierpniu wybieramy się na Ukrainę z okazji Święta Wojska Polskiego. Odwiedzimy cmentarze z żołnierzami, którzy ginęli w boju walcząc z Bolszewikami. To jest coś, co powinno nas łączyć. Oczywiście takich inicjatyw jest więcej, jesienią jedziemy z Wołyńskim Światełkiem Pamięci, gdzie dbamy o polskie cmentarze przed Dniem Wszystkich Świętych, a za rok planujemy kolejny, piętnasty wołyński rajd. 

Powodzenia. 

Z Henrykiem Kozakiem, prezesem stowarzyszenia Wołyński Rajd Motocyklowy, rozmawiał Radosław Szczęch

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama