Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Kanałem wśród szczurów. Historia pewnej ucieczki z Zamku Lubelskiego

Tak brawurowe ucieczki zdarzają się niezwykle rzadko. Tymczasem 26 maja 1907 roku z carskiego więzienia na Zamku Lubelskim wydostało się aż 41 skazańców. Droga na wolność prowadziła przez dół kloaczny, studnię i ciasny kanał pełen błota, szczurów oraz cuchnących nieczystości.
Kanałem wśród szczurów. Historia pewnej ucieczki z Zamku Lubelskiego

Źródło: Teatr NN

Była niedziela, 26 maja 1907 roku. Na dziedzińcu więzienia mieszczącego się na lubelskim Zamku panował większy ruch niż zwykle. Więźniowie przechodzili między celami, rozmawiali, palili papierosy i zagadywali strażników. Wszystko wyglądało jak zwyczajny więzienny dzień. W rzeczywistości trwała jedna z najbardziej niezwykłych akcji w historii Lublina.

Plan przygotowali działacze Polskiej Partii Socjalistycznej. Zamierzali uwolnić 21 więźniów politycznych, w większości bardzo młodych członków Organizacji Bojowej PPS. Wielu z nich czekała kara śmierci lub długoletnia katorga. Dziewięciu miało znajdować się na liście osób, którym niemal nieuchronnie groził najwyższy wymiar kary.

Spiskowcy wiedzieli, że muszą działać szybko. Za dwa dni więźniowie polityczni mieli zostać przewiezieni do warszawskiej Cytadeli. Tam ich uwolnienie byłoby o wiele trudniejsze.

Więzienie w ponurej „Baśce”

Najważniejszym miejscem przygotowywanej ucieczki była baszta stojąca na zamkowym wzgórzu. Więźniowie nazywali ją Baśką. Na jej najwyższej kondygnacji, w najgorszych warunkach sanitarnych, przetrzymywano więźniów politycznych. Niżej znajdowały się cele skazańców kryminalnych.

Z punktu widzenia spiskowców najważniejsza była jednak niewielka cela na parterze. W jej podłodze znajdował się zamykany właz prowadzący do dołu kloacznego. Pomieszczenie pozostawało na co dzień zamknięte, a więźniowie wchodzili do niego jedynie wtedy, gdy wlewali do otworu nieczystości. Dół miał łączyć się ze studnią, a następnie z kanałem ściekowym prowadzącym pod łąkami na Tatarach w kierunku Bystrzycy. Teoretycznie można było przedostać się nim poza więzienne mury. Problem polegał na tym, że nikt nie miał pewności, czy cały kanał jest drożny i czy rzeczywiście prowadzi na wolność.

Plan przygotowywano przez około dwa miesiące. Spiskowcy obserwowali zwyczaje strażników, rozkład dnia oraz momenty, w których nadzór nad więźniami był słabszy. Niedzielę wybrano nieprzypadkowo. Tego dnia skazańcy mogli dłużej przebywać poza celami, a na dziedzińcu i korytarzach panował większy niż zwykle ruch.

Dziesięć rubli na wódkę i kiełbasę

Organizatorzy ucieczki znaleźli słaby punkt więziennego systemu. Był nim jeden ze strażników, którego wcześniej przyzwyczajono do wykonywania drobnych przysług. Więźniowie dawali mu po pięć rubli, prosząc o kupienie w mieście wódki i kiełbasy. Resztę pieniędzy mógł zatrzymać. W dniu ucieczki otrzymał aż dziesięć rubli. Nie podejrzewając podstępu, opuścił posterunek i ruszył na zakupy. Właśnie o to chodziło spiskowcom. Strażnik zazwyczaj pilnował celi, w której znajdował się właz do kanału.

Tymczasem pozostali więźniowie robili wszystko, aby odciągnąć uwagę dozorców. Zagadywali ich, częstowali papierosami i tłoczyli się na dziedzińcu. Tego dnia poza celami znalazło się znacznie więcej osób, niż pozwalały na to przepisy. W powstałym rozgardiaszu trudno było zauważyć, że niektórzy skazańcy znikają.

Nastolatkowie na przetarcie

Jako pierwsi do ucieczki ruszyli dwaj bardzo młodzi więźniowie – jeden miał 15, drugi 18 lat. Odsiadywali wyroki związane z napadami na stacje kolejowe w Dorohusku i Uhrusku. Wyposażeni w sznury i latarki zeszli do cuchnącego dołu kloacznego. Już na początku natrafili na przeszkodę, której nikt wcześniej nie przewidział. Kanał nie dochodził bezpośrednio do dna studni, lecz kończył się mniej więcej w połowie jej wysokości. Aby kontynuować drogę, należało skoczyć z wysokości odpowiadającej mniej więcej jednemu piętru.

Na dnie znajdował się kolejny otwór. To od niego zaczynał się właściwy kanał prowadzący poza teren więzienia. Pierwsi uciekinierzy musieli sprawdzić, czy da się nim przejść i czy nie kończy się po kilkudziesięciu metrach ślepą ścianą. Pozostali czekali na umówiony sygnał. 

Godziny oczekiwania

Czas mijał, a żadna wiadomość nie nadchodziła. Wśród oczekujących rosło napięcie. Niektórzy zaczęli podejrzewać, że pierwsi uciekinierzy zabłądzili, utknęli w kanale albo zginęli. Po kilku godzinach wielu więźniów traciło już nadzieję. Wreszcie dotarła wyczekiwana wiadomość: droga jest przejezdna, pierwsi zbiegowie znaleźli się na wolności.

Wtedy rozpoczęła się właściwa ucieczka. Kolejni więźniowie w krótkich odstępach podchodzili do otwartego włazu i znikali pod ziemią. Musieli się spieszyć. Zbliżała się pora obiadowa, a wtedy strażnicy przeprowadzali liczenie osadzonych.

Plan zakładał uwolnienie 21 więźniów politycznych. Do grupy zaczęli jednak spontanicznie dołączać także skazańcy kryminalni. Trudno było ich powstrzymać. Widzieli otwarty właz i nie zamierzali przepuścić takiej okazji.

Ostatecznie z Zamku uciekło 41 osób: 21 więźniów politycznych i 20 kryminalnych. Młodzi. Średnia wieku wszystkich uciekinierów wynosiła zaledwie 21,7 roku. W przypadku więźniów politycznych było to tylko 19,6 roku. Najmłodsi byli właściwie jeszcze dziećmi.

Błoto do szyi

Dwa lata po tych wydarzeniach jeden z uczestników szczegółowo opisał w prasie drogę podziemnym kanałem. Niektóre odcinki były tak ciasne, że uciekinierzy mogli poruszać się jedynie na kolanach lub pełzać na brzuchu. Miejscami zanurzali się w szlamie i nieczystościach niemal po szyję. Nad powierzchnię wystawały im tylko głowy.

W kanale panowały potworny zaduch i ciemność. Latarki dawały niewiele światła, a każdy ruch wzburzał cuchnące błoto. Wokół uciekinierów przemykały szczury. Nie było możliwości zawrócenia, ponieważ za pierwszymi pełzli następni.

Co pewien czas nad głowami widzieli otwory studzienek kanalizacyjnych. Przez kraty docierało światło, odgłosy rozmów, stuk końskich kopyt i turkot kół dorożek. Kilka metrów wyżej toczyło się zwyczajne życie miasta, a pod ziemią grupa więźniów walczyła o wolność i każdy oddech.

W pewnym momencie pierwsi uciekinierzy dotarli do dodatkowej studzienki, której nie uwzględniał plan. Byli przekonani, że pomylili drogę i znaleźli się w ślepym zaułku. Dalsze przejście było jednak możliwe. Po kilkunastu minutach czołgania zobaczyli w oddali światło dzienne.

Wolność na łąkach Tatar

Po przebyciu około półtora kilometra podziemnymi kanałami uciekinierzy wydostali się na łąkach na Tatarach. Byli brudni, przemoczeni i wyczerpani, ale znaleźli się poza więzieniem.

Na więźniów politycznych czekały przygotowane wcześniej bryczki i dorożki. Część zbiegów odjechała w kierunku Łęcznej, inni ruszyli w stronę Nałęczowa i Kraśnika. Organizatorzy przygotowali dla nich ubrania, miejsca ukrycia oraz pomoc miejscowych działaczy.

Jedną z osób zaangażowanych w udzielanie pomocy uciekinierom miał być Stefan Żeromski, przebywający wówczas w Nałęczowie. Pisarz angażował się w działalność społeczną, wspierał środowiska niepodległościowe i pomagał osobom represjonowanym przez władze carskie.

Dzięki przygotowanej siatce kontaktów więźniowie polityczni szybko zniknęli z okolic Lublina. Wielu z nich przedostało się później do Galicji, znajdującej się pod zaborem austriackim.

Otwarty właz

W tym samym czasie na Zamku rosło zamieszanie. Strażnicy zainteresowali się grupą więźniów tłoczących się w pobliżu celi z kanałem. Kiedy dotarli do środka, zobaczyli otwarty właz.

Wszczęto alarm. Strażnikom udało się zatrzymać czterech skazańców, którzy właśnie zamierzali zejść pod ziemię. Przez pewien czas nie zdawano sobie jednak sprawy ze skali wydarzenia.

Dopiero podczas liczenia więźniów wyszło na jaw, że brakuje aż 41 osób.

Do poszukiwań skierowano policję, straż ziemską, żandarmerię, wojsko i oddziały kozackie. Przeszukiwano łąki na Tatarach, okolice Bystrzycy i teren młyna Kraussego.

Obława zaczęła się jednak zbyt późno. Większość więźniów politycznych znajdowała się już kilkanaście kilometrów od Lublina.

Zasnął na łące

Dopiero rankiem następnego dnia na łące należącej do właściciela majątku Tatary odnaleziono jednego ze zbiegłych więźniów kryminalnych. Mężczyzna spał zmorzony alkoholem.

Przy wylocie kanału znaleziono cztery pary kajdan, więzienne ubrania oraz narzędzia służące do przepiłowywania krat. Władze rozesłały rysopisy uciekinierów, zapowiedziały nagrody za pomoc w ich schwytaniu i zwróciły się do urzędników w innych guberniach. Nie przyniosło to oczekiwanych efektów. Carskiej policji nie udało się odnaleźć żadnego z 21 więźniów politycznych.

Inaczej potoczyły się losy kryminalistów. Nie mieli przygotowanych kryjówek, dokumentów ani zorganizowanej pomocy. Między zbiegami dochodziło też do sporów. Większość z nich została wkrótce schwytana, a część zginęła podczas obław lub późniejszych starć.

Konsekwencje kompromitacji

Masowa ucieczka była ogromną kompromitacją carskiej administracji. Natychmiast wszczęto dochodzenie przeciwko władzom więzienia. Sprawdzano, czy strażnicy świadomie pomagali skazańcom, czy też ucieczka była wynikiem chaosu, korupcji i rażących zaniedbań.

Proces naczelnika więzienia, jego zastępcy oraz czterech strażników zakończył się w 1909 roku. Oskarżono ich o niedopełnienie obowiązków i liczne zaniedbania. Sąd nie znalazł jednak dowodów, że pozostawali w zmowie z więźniami. Zapadły stosunkowo łagodne wyroki.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama