Górnik tak bardzo chciał wygrać, że przegrał w Stalowej Woli, choć przegrać tam nie miał prawa. Dwa gole na wagę zwycięstwa \"Stalówki” padły po rykoszetach!
Piotr Jaroszyński - współautor obydwu goli dla Stali (!) - był największym pechowcem sobotniego spotkania w Stalowej Woli, ale trudno obwiniać go za porażkę Górnika. Łęcznianie przegrali 0:2 z kilku innych powodów. Przede wszystkim przez rozgrzane głowy. Klasowy zespół, dużo lepszy niż przeciwnik, nie wdaje się w wymianę ciosów i walkę wręcz; z dystansu punktuje przeciwnika. A Górnik oprócz walki piłkarskiej, podjął niestety również walkę wręcz.
Wydawanie jednoznacznych sądów z pozycji z trybun nie jest może idealnym rozwiązaniem, ale coś z tych trybun widać. A widać było, że Górnik bardzo chce wygrać w Stalowej Woli, i to wygrać wysoko. A pierwszego gola zdobyć najchętniej w pierwszym kwadransie. Nie namawiam do chowania się za podwójną gardą, ale suma straconych goli w tej rundzie nakazywałaby ostrożniejsza grę. Zwłaszcza w gościach, gdzie nawet remis nie jest żadnym wstydem. Tymczasem Górnik gra \"do przodu”, tyle że w przodzie nie bardzo wie co zrobić z piłką. I tak było w sobotę w Stalowej Woli. Łęcznianie bez problemu zbliżali się na odległość 30 m od bramki Wietechy, później natomiast w ataku pozycyjnym pomysłu na zakończenie akcji brakowało. Grał głównie ten zawodnik, który miał piłkę przy nodze, często bezradnie szukając partnerów próbujących wypracować sobie dogodna pozycję.
Mimo to Górnik powinien zdobyć gola przed przerwą. W 36 min Grzegorz Skwara znakomicie wpadł na pole karne, a zmieniając kierunek biegu posadził na ziemi dwóch obrońców Stali. Tego jednak pomocnikowi Górnika było mało. Zamiast kropnąć na bramkę Wietechy, udowadniał swoją wyższość nad kolejnymi prze
Komentarze