• W Monte Carlo pobiegłaś znacznie wolniej niż wiosną w Nagano. Wyniku z Japonii nie poprawiła w tym roku żadna polska maratonka. Nie myślałaś, żeby w Monte Carlo zakończyć rok
w podobnym stylu?
– Nie było szans. W Nagano gdzie przebiegłam maraton w czasie 2:31.08, wystartowałam po długich przygotowaniach zagranicznych, w wysokich górach, wypoczęta i głodna biegania.
A co najważniejsze – zdrowa. Do Monte Carlo pojechałam przygotowana na pięćdziesiąt procent.
• Dlaczego?
– Po starcie w Nagano organizm dał znać o sobie. Praktycznie sezon musiałam sobie odpuścić. Kontuzje uniemożliwiły występy w mistrzostwach Polski na bieżni, nie pobiegłam też w półmaratonie. W zasadzie wznowiłam treningi pod kątem drużynowej ligi, żeby dołożyć trochę punktów mojemu Agrosowi. Jesienią zaczęłam trenować od nowa, ale na rekordy życiowe zabrakło czasu.
• Jesteś zadowolona z trzeciej lokaty w Monte Carlo?
– I tak, i nie. Porównując wynik z Monte Carlo z „życiówką”, widać że teoretycznie byłam w stanie wygrać bez problemu. Z drugiej strony wiem, że po takich przygotowaniach jak moje ostatnie, przebiec maraton w granicach 2:35.00 jest bardzo trudno.
• To twój pierwszy sezon od kilku lat, w którym brak w kolekcji medalu mistrzostw Polski...
– Pogodziłam się z tym i mam nadzieję, że... historia się powtórzy. W 1997 r. też niewiele zwojowałam, bo dokuczało ścięgno Achillesa. Kolejny sezon przyniósł mi za to rekord Polski na 5 km i podwójne mistrzostwo kraju.
• Plany na najbliższy rok?
– Zamierzam powalczyć o minimum na mistrzostwa świata – w maratonie lub na bieżni, na 10 km. W obydwu przypadkach musiałabym poprawić życiowe rekordy. Oczywiście chcę się przypomnieć podczas mistrzostw Polski. W styczniu zaczynam przygotowania.
• Wspomnienia z Monte Carlo?
– Miłe, zwłaszcza z... dekoracji. Dostałam buziaka od księcia Alberta, gratulowała mi pani prezes Irena Szewińska, był też mój menedżer Henryk Paskal. Maraton zbiegł się w czasie z wielką galą IAAF, stąd wizyta pani Szewińskiej. A sam bieg? Ciężka trasa, sporo podbiegów. Na ostatnim kilometrze minęłam Francuzkę, faworytkę zawodów, która narzuciła sobie za mocne tempo i nie wytrzymała. Była czwarta, a za nią dobiegła moja koleżanka Karina Szymańska.
• Monte Carlo to również... hazard. Odwiedziłaś kasyno?
– Nie bardzo było z czym.
• ?
– Domyślam się o co chodzi. W Monte Carlo wygrałam 1500 euro. Jedną trzecią tej kwoty pochłonęły przygotowania do biegu, a przyszły sezon za pasem, więc też wydatków nie zabraknie. Wolałam nie ryzykować i zadowolić się tym co jest.
Reklama













Komentarze