Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Bójki były podstawą przetrwania

Rozmowa z Krzysztofem Oliwą, byłym hokeistą NHL, pierwszym Polakiem, który wywalczył Puchar Stanleya
Ponad trzy tysiące widzów zasiadło na trybunach hali na lubelskim Globusie, aby zobaczyć Krzysztofa Oliwę. Legenda hokeja nad Wisłą został przywitany na lodzie wręcz euforycznie, jednak nie ma się co dziwić, bowiem Oliwa jest pierwszym Polakiem, który zdobył Puchar Stanleya. - Byłem mile zaskoczonym, tym bardziej że nie spodziewałem się, że taka duża hala istnieje nie tylko w Lublinie, ale i w Polsce. Tu są wyśmienite wręcz warunki do hokeja i należałoby to wykorzystać. Niewykluczone więc, że w przyszłości uda się ściągnąć do Lublina zawodowe zespoły, które rozegrają mecz o ligowe punkty - przyznał Krzysztof Oliwa. • Zarzekał się pan, że po zakończeniu kariery nie zagra już meczu, a tu proszę, zdecydował się pan stanąć w szranki z adeptami lubelskiego klubu. - Ciężko jest tak od razu pożegnać się z lodem. Ciągnie mnie do gry, a jeśli mogę pokazać próbkę swoich możliwości młodym zawodnikom, to jest rewelacyjnie. • Musiał pan jednak przełknąć porażkę ekipy \"Oliwa Team”... - W sporcie już tak jest, że jeden musi przegrać, aby drugi mógł wygrać. Porażka 0:1 jest do zniesienia, myślę jednak że w rewanżu damy radę (śmiech). • Długo nie wychodził pan z szatni rozmawiając z młodymi zawodnikami LHT Globus. Co im pan przekazał? - Byli ciekawi niemalże wszystkiego. Pytali o początki kariery, grę w NHL. Starałem się jednak wpoić im to, że każdy może osiągnąć sukces i wejść na szczyt, jeśli tylko będzie ciężko pracował. Narodowość nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia, czego dowodem jest NHL. Wszystko bowiem zależy od ambicji. Czasami trzeba zrobić cztery czy nawet pięć kroków do tyłu, aby później pójść do przodu. • Dla wielu z nich Krzysztof Oliwa jest idolem. A kto był idolem Krzysztofa Oliwy? - Mariusz Czerkawski i Eric Lindros, który wywarł na mnie ogromne wrażenie podczas ZIO w Lillerhamer. Oglądałem go na małym, czarno-białym telewizorze i jeszcze wtedy nie przypuszczałem, że zagramy razem i przyjdzie mi go chronić. Mariusz natomiast od samego początku kariery był moją motywacją. Chciałem być taki, jak on i grać tak, jak on. • I to dlatego zdecydował się pan pójść w jego ślady i zaczął grać za oceanem? - Gra w NHL to marzenie każdego zawodowego hokeisty. Z jednej strony chciałem zrealizować to o czym marzyłem, a z drugiej zmusiło mnie do tego życie. Grę w polskiej lidze łączyłem z pracą na kopalni. Nie ukrywam, było ciężko. Chciałem jednak całą energię spożytkować na lodzie. Tak aby hokej był moją pasją i pracą równocześnie. Początki były trudne, bo wyjeżdżałem z paroma dolarami w kieszeni. Musiałem zaczynać życie od początku, sam dochodząc do wszystkiego. • W hokeju trzeba mieć jednak dużo szczęścia, bo to pan wywalczył Puchar Stanleya, a nie Czerkawski, który strzelał zdecydowanie więcej bramek. - Być dobrym zawodnikiem, to wcale nie oznacza grać w najlepszej drużynie, która będzie w stanie wygrać rozgrywki. Przypuszczam, że gdyby Mariusz miał okazję występów w czołowych ekipach, to z pewnością wywalczyłby nie jeden, a przynajmniej dwa puchary. • Identyfikuje się pan z określeniem \"najlepszy bokser wśród hokeistów, najlepszy hokeista wśród bokserów”? - Proszę mi uwierzyć, bójki były podstawą przetrwania. Musiałem być twardy, bo inaczej musiałbym pakować walizki i wracać do domu. • Jak wyglądał pański dzień podczas występów w NHL? - Tak samo jak przez 15 lat gry. Wstawałem o godz. 7, jadłem śniadanie i byłem pierwszym zawodnikiem, który meldował się na lodowisku, a ostatnim, który go opuszczał. Nie było więc czasu na przyjemności. Była natomiast praca, praca i jeszcze raz praca. • Nie bez wpływu jednak pozostawały ciągłe, dalekie podróże na mecze. - Na pewno było to męczące, tym bardziej że co drugi dzień budziłeś się w innym mieście. Zmiana czasu powodowała, że wielu z nas miało później problemy z zaśnięciem. Garść tabletek nasennych i dużo, dużo kawy, to pozwalało funkcjonować. • Skoro dużo miast, to i wiele kobiet... - Ja byłem żonaty, tak więc nie wiem o czym mówisz (śmiech). • A koledzy? - A to pytanie już nie do mnie. Myślę jednak, że byli tak skoncentrowani na grze, że nie myśleli o kobietach. • Fakt, że w każdym z zespołów, w których pan grał, był pan \"człowiekiem od czarnej roboty” dodawało tylko obowiązków. - Faktycznie, bo po każdym z meczów musiałem analizować bójki poszczególnych zawodników zespołu rywala. Przyglądać jak się biją, ile razy przegrali. Jakby tego było mało, należało jak najszybciej powrócić do pełniej świeżości. Nieraz zdarzało się, że ręce miałem opuchnięte i nie mogłem nawet ruszać palcami. Pogodziłem się jednak z tą rolą dość szybko, bo była to moja praca, która na dobrą sprawę nie była gwarantowana. Co z tego, że masz kontrakt, jeżeli następnego dnia możesz wylecieć z zespołu. Musisz więc w każdym meczu dawać z siebie wszystko. I dlatego ta liga jest najlepsza. Kluby mają wybór hokeistów z całego świata i jeśli ktoś nie spełnia ich oczekiwań, rozstają się z nim. Bez żadnych sentymentów... • A jak przekłada się popularność NHL na inne sporty za oceanem? - Hokej był i jest najpopularniejszy w Kanadzie. Gorzej sprawa wygląda w USA, gdzie numerem jeden jest futbol amerykański, a zaraz po nim baseball. Przegrywaliśmy również z NBA, jednak mimo to hale i tak wypełniały się w komplecie. • Podobno otrzymał pan propozycję wystąpienia w reklamie Browarów Lubelskich Perła. - Wiem, że jakiś czas temu były prowadzone takie rozmowy. Wówczas wiązał mnie kontrakt zawodniczy, który zakazywał występowania w \"reklamówkach”. Sprawa więc upadła. • A gdyby teraz propozycja została ponowiona? - Przyznam, że nie zastanawiałem się nad tym. Ale pewnie bym się zastanowił. • A czy prezesowi Polskiego Związku Hokeja na lodzie wypada występować w reklamach? - Prezesowi? Pozostawiam to bez komentarza...

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama