Reklama
Po piąte – nie zabijaj!
O tym, że żużel jest sportem bardzo widowiskowym trzeba by przekonywać chyba tylko największych antagonistów speedwaya.
- 24.07.2007 11:55
Niemal w każdą niedzielę od kwietnia do października tysiące osób zarażonych żużlowym bakcylem ciągną na stadiony, aby oklaskiwać poczynania swoich ulubieńców. Często, ci - już zainfekowani \"żużlomanią” przyprowadzają kolejne potencjalne ofiary wirusa zwanego speed-
wayem. Duże grono \"nowych” ma szansę stać się kolejnymi zapaleńcami. Niestety, taka sama grupa już po godzinie będzie miała dość i zacznie żałować straconego czasu i wydanych pieniędzy.
Po niedzielnym meczu TŻ Sipma Lublin z gdańskim Lotosem zaryzykuję stwierdzenie, że właśnie ta druga grupa byłaby, niestety, liczniejsza. Dlaczego? Może najpierw - dlaczego nie. Nie dlatego, że jest głośno. Nie dlatego, że się kurzy. Nie dlatego, że jeszcze nie umieją samodzielnie wypełniać kratek w programie. Również nie dlatego, że musieli siedzieć na betonie w otoczeniu różnego rodzaju chwastów - bo nie musieli. Tym, co mogło ich zniechęcić do oglądania żużla \"live”, była - paradoksalnie - nuda, którą wiało z toru prawie w każdym z biegów. - Myślałem, że w trakcie wyścigu więcej się dzieje, że zawodnicy wyprzedzają się na dystansie, że walka nie ogranicza się tylko do pierwszych kilkudziesięciu metrów po starcie - takie opinie padały z ust tych, którzy w minioną niedzielę po raz pierwszy w życiu wybrali się na zawody żużlowe przy Al. Zygmuntowskich. Co gorsza, nie była to odosobniona opinia.
\"Zarażeni bakcylem” także narzekali na brak emocji. Nie ma się czemu dziwić, jeśli w większości biegów o klasyfikacji na mecie przesądzał moment startu, a w najlepszym wypadku walka w pierwszym łuku. W tym momencie duże słowa uznania należą się jeżdżącemu w barwach lubelskiej drużyny Duńczykowi - Kenneth\'owi Hansenowi. Młodzieżowiec, który na lubelskim obiekcie występował zaledwie kilkakrotnie, jako jedyny potrafił poderwać publiczność z miejsc. Jego pojedynek z Grzegorzem Knappem w XIII biegu był ozdobą antyreklamy żużla, jaką zafundowali sobie i kibicom organizatorzy \"widowiska”. Zaraz poderwą się głosy, że to dla dobra lubelskiej drużyny, że nawierzchnia miała być właśnie taka, aby mogli pokonać gdańszczan. Ale nie pokonali... A przez tak przygotowany tor nie mogli nawet stworzyć ciekawego widowiska. Kapitan lubelskiej drużyny Dariusz Śledź, który wielokrotnie w wywiadach podkreślał, że tak samo ważne jak wynik jest samo widowisko, powstrzymał się od skomentowania niedzielnych zawodów.
Stare porzekadło głosi, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Osoby odpowiedzialne za przygotowanie lubelskiego toru postawiły wszystko na jedną kartę i pomylili się. TŻ meczu nie wygrało, a kibice doświadczyli zaledwie promila emocji. Nikogo nie obarczam winą za porażkę z wyżej notowanym zespołem. Stawiam tylko pytanie: Czy warto było zabijać piękno tego sportu, skoro nie przyniosło to żadnych korzyści dla klubu? Mam nadzieję, że wszyscy, którym na sercu leży dobro lubelskiego żużla, znajdą właściwą odpowiedź na to pytanie i wyciągną naukę z popełnionych błędów.
Reklama













Komentarze