Reklama
Jesteśmy na EURO
Po ostatnim gwizdku nikt nie opuszczał trybun Stadionu Śląskiego.
- 18.11.2007 21:20
47 tysięcy ludzi stało z biało-czerwonymi szalikami uniesionymi do góry, śpiewając słynne \"We Are The Champions”. W tym czasie podopieczni Leo Beenhakkera robili rundę dookoła boiska, a Belgowie po cichu i niezauważenie czmychali do szatni. Bo Polska po raz pierwszy w historii awansowała do turnieju finałowego mistrzostw Europy. \"Kocioł czarownic” w Chorzowie znowu okazał się magiczny.
To spotkanie okrzyczane zostało wydarzeniem narodowym. I nic w tym dziwnego, bo biało-czerwoni jeszcze nigdy nie byli tak blisko upragnionego celu. Dlatego bilety na mecz z Belgami rozeszły się jak świeże bułeczki. Chętnych na wejściówki było nawet kilkakrotnie więcej. Zainteresowanie przerosło oczekiwania. Nikt także nie przestraszył się mrozu i panującej na Śląsku zimy. Bo kibicowanie i jeżdżenie za drużyną narodową jest dziś zwyczajnie w modzie.
Gospodarze zaczęli bez Jakuba Błaszczykowskiego, co było małym zaskoczeniem, z Euzebiuszem Smolarkiem na lewej stronie i wysuniętym Maciejem Żurawskim. Polacy potrzebowali wygranej i mieli zaatakować. Jednak z tych prób niewiele wychodziło. Ale czy mogło być inaczej, jeśli w grze miejscowych dominowała głównie niedokładność. Dlatego to osłabione \"Czerwone Diabły” stworzyły pierwszą groźną sytuację. Po faulu Jacka Bąka na Kevinie Mirallasie, rywale wykonywali rzut wolny i gdyby nie kapitalna interwencja Artura Boruca, piłka po potężnym kopnięciu Jana Vertinghena ugrzęzłaby w okienku. Za chwilę po rzucie rożnym groźnie główkował Marouane Fellaini-Bakkioui, który rozczarowany niecelnym uderzeniem aż złapał się za włosy. A kolejnym sygnałem ostrzegawczym był strzał Mirallasa, w sposobie poruszania przypominającego słynnego Cristiano Ronaldo (i na razie tylko w tym), ale ten na szczęście nie trafił czysto w futbolówkę.
I pewnie na kiepskim wrażeniu Polaków skończyłaby się pierwsza połowa, gdyby nie \"mikołajkowy” prezent Vertonghena. Lewy obrońca rywali zdecydował się na wycofanie piłki do swojego bramkarza, jednak jego intencje bezbłędnie \"przeczytał”, przesunięty do ataku, Euzebiusz Smolarek i po sprincie uprzedził golkipera. Strzał do pustej bramki był tylko formalnością.
Po zmianie stron zamiast chaotycznego Wojciecha Łobodzińskiego na murawie pojawił się Jakub Błaszczykowski. Pomocnik Borussii Dortmund od razu wniósł wiele ożywienia, mijając raz po raz Belgów. To po akcji Kuby Jacek Krzynówek silnie strzelił po ziemi, Stijn Stijnen \"wypluł” piłkę, a Ebi Smolarek popisał się świetnym lobem. Ten gol praktycznie przesądził sprawę, tym bardziej że pewnie na środku obrony spisywali się Bąk z Michałem Żewłakowem. No i szczęście także było po polskiej stronie, kiedy po strzale jednego z Belgów i rykoszecie piłka poturlała się obok słupka.
Kibice nie mieli żadnych wątpliwości - ich bohaterem został Smolarek. Kiedy więc zawodnik Racingu Santander opuszczał boisko publiczność zgotowała mu owację na stojąco, skandując \"Ebi, Ebi”. A potem było już tylko chóralne \"dziękujemy, dziękujemy”, \"Mazurek Dąbrowskiego” i taniec radości, który nawet na kulach wykonał kontuzjowany Dariusz Dudka.
BRAMKI
1:0 - Euzebiusz Smolarek (45), 2:0 - Euzebiusz Smolarek (50).
SKŁADY
Polska: Boruc - Wasilewski, Żewłakow, Bąk, Bronowicki - Łobodziński (46 Błaszczykowski), Lewandowski, Sobolewski, Smolarek (85 Kosowski) - Krzynówek - Żurawski (82 Murawski).
Belgia: Stijnen - Guillet, Kompany, Van Buyten, Vertonghen - Defour (61 Pieroni), Fellaini, Haroun (84 Geraerts), Goor - Dembele, Mirallas (77 Huysegems).
Żółte kartki: Bąk, Błaszczykowski. Sędziował: Claus Bo Larsen (Dania). Widzów: 47 tys.
Powiązane galerie zdjęć:
Reklama













Komentarze