Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama NOWY LEXUS RZ Odkryj Steel-By-Wire | DNI OTWARTE 4-9 MAJA

Brzyski: Dźwigałem po trzynaście ton

ROZMOWA z Tomaszem Brzyskim, wychowankiem Lublinianki, obecnie zawodnikiem Ruchu Chorzów
– W moim przekonaniu nic się nie zmieniło i nadal jest nim Seweryn Gancarczyk. Siebie przecież nie będą oceniał. – Obaj mamy swoje zalety, ale jesteśmy innymi zawodnikami. Gancarczyk występował również w lidze ukraińskiej i ma więcej obycia na arenie międzynarodowej. Natomiast w dalszej kolejności wyróżniłbym Piotra Brożka, który, podobnie jak ja czy jeszcze wcześniej Seweryn, też został cofnięty z pomocy do obrony. Takich zawodników ciągnie pod bramkę przeciwnika i są bardziej widoczni. A z naszej trójki najlepiej w tyłach spisuje się Gancarczyk. – Myślę, że z trójki: Gancarczyk, Brożek i ja Franciszek Smuda wybierze dwóch, którzy będą liczyli się w reprezentacji. – Chyba nie. Trochę spotkań mam już rozegranych w ekstraklasie, zdobyłem jakieś doświadczenie, więc przede mną następny krok. Chcę spróbować swoich sił wyżej. Gdybym byłym dwa lata starszy, mógłbym już nie otrzymać powołania. Za dwa lata będą mistrzostwa Europy w Polsce i reprezentacja szykowana jest pod tym kątem. Wtedy będę miał 30 lat, więc mogę pomóc drużynie narodowej. – Nie wiem, czy Wawrzyniak po tym incydencie otrzyma szansę. To dobry zawodnik, już był w kadrze. Nie wiem jak do tego doszło, ale zachował się jak gapa. Może chciał się odchudzić i dlatego wziął niedozwolone środki … – Ostatnio mocno trapiły go kontuzje. W poprzednim roku zagrał dwa, trzy mecze i znowu miał kłopoty zdrowotne. W ten sposób trudno mu będzie odbudować formę i przypomnieć o sobie. – Od 5 kolejki miałem naderwane mięśnie brzucha i musiałem zmagać się z bólem. Lekarstwa brałem tylko na mecze. Przed treningami już nie, aby nie przyzwyczajać organizmu. Teraz w Lublinie przechodzę rehabilitację. – To był przypadek, że się w ogóle o tym dowiedziałem. W Kielcach poszedłem na badanie USG, bo miałem kłopoty z brzuchem. Myślałem, że to wyrostek. Wtedy lekarz zapytał mnie, czy wiem, że mam tylko jedną nerkę, choć trochę większą. Nie wiedziałem, chociaż już taki się urodziłem. Następne pytanie zadałem ja: czy mogę grać w piłkę nożną? Okazało się, że tak, że to nic złego, tylko muszę się oszczędzać w życiu codziennym, między innymi z piciem alkoholu. Stosuję się do tej rady, więc wcale mi to nie przeszkadza. Nie jeden człowiek żyje z jedną nerką. Poza tym na boisku zapominam o swojej nerce. – Jak trafiłem do Ruchu. Jestem walczakiem, na boisku nie odpuszczam nawet jednego metra. Nigdy nie odstawiam nogi. Taka gra podoba się na Śląsku, więc najpierw zaczęli chwalić mnie kibice, a potem dziennikarze. Wówczas pomyślałem: jest szansa. Tym bardziej, że był problem na lewej stronie. – To było trochę inaczej, ale kiedy plotka zacznie żyć, później ciężko ją zdementować. Stwierdziłem tylko, że Holender był już na wszystkich stadionach ekstraklasy, a nie dojechał jedynie do Chorzowa. Ale wcale nie pchałem się do reprezentacji, po prostu jesienią warto było popatrzeć na grę Ruchu i zobaczyć kilku chłopaków. – Mam tak kilku kolegów, choćby Macieja Sadloka z Ruchu czy Marcina Robaka z Widzewa, z którym grałem Koronie. Dlatego nie będę czuł się tam obco. – Jeden z naszych kolegów niepotrzebnie poruszył to na swoim blogu, a pewna gazeta zrobiła z tego sensację. Padło trochę niepotrzebnych słów, ale podczas meczu jest adrenalina. Takich sytuacji jest sporo i ja o nich szybko zapominam. Po meczu podajemy sobie ręce. To boiskowe sprawy i nie ma powodu ich roztrząsać. Nie raz słyszy się wyzwiska w trakcie spotkań. Nie znam Jakuba, nie mieliśmy okazji o tym porozmawiać, ale podczas zgrupowania pewnie wszystko sobie wyjaśnimy. – W Lubliniance mogłem nawet biegać wszędzie, więc teraz dobrze czuję się nawet w defensywie. – Nie stałem tylko w bramce. Kiedyś w meczu Pucharu Polski, chyba ze Świdniczanką, wystąpiłem na stoperze. I nawet wtedy wygraliśmy. – Do każdego meczu trzeba przygotować się indywidualnie. A w tym wypadku, schodząc do środka, mam więcej okazji uderzania na bramkę rywali swoją lepszą nogą. Przyznam, że w jednym z meczów zagrałem nawet na trzech pozycjach. Zacząłem na lewej obronie, potem przeszedłem do środka i końcu trafiłem na prawą pomoc. – Może coś w tym jest. Ale ja czasami też potrafię skutecznie strzelić. To kwestia szczęścia. Mnie często brakowało farta, jeszcze w Lubliniance czy Radzyniu Podlaskim. A w Ruchu, już jako obrońca, zdobyłem pięć. – Od początku wiedziałem, kim chcę być i co robić. Ja powoli dążę do tego celu. Dlatego m.in. musiałem opuścić Lubliniankę. – Ale ja się pracy nie boję! – Na początku miałem ciężko, bo robiłem przy serwatce. Musiałem nosić worki, które ważyły po 25 kilogramów. Wstawałem o godz. 6 i pracowałem przez siedem, osiem godzin. Dźwigałem po 12, 13 ton dziennie. Jednak w końcu zaczęło się to na mnie odbijać. Byłem zmęczony i to było widać na boisku. Poszedłem do trenera i powiedziałem, że dłużej nie dam rady. W końcu dali mi lżejsze zajęcie i tak trafiłem do jogurtów. Tam było łatwiej i krócej. Wszystko zależało od tego jak sprzedawały się jogurty. (śmiech) Wróciły siły i forma. Nie wracałem już do domu, nie padałem na łóżko i nie mówiłem do siebie: Boże, jeszcze trening. Znowu chciało mi się wyjść na boisko, cieszyłem się. – Owszem, bo z Lubelszczyzny ciężko gdzieś się wybić. Byłem tam pół roku, jednak kluby się dogadały. Kaczmarek przyznał, że widzi we mnie potencjał i zaproponował, żebym pojechał do Radomiaka, gdzie budowano zespół. Dał numer telefonu, umówiłem się na testy, zagrałem jeden mecz i od razu podpisałem kontrakt. – Ale wystarczyło, aby się pokazać, zobaczyć coś innego. W Górniku były wysokie wymagania. Ja przyszedłem z czwartej ligi, musiałem wchodzić powoli, a na to nie było czasu. Zagrałem tylko dwa mecze, z Polonią Warszawa i Legią Warszawa. W takie spotkania nie jest wejść łatwo. – Tylko w pewnym sensie. W piłce, tak jak w życiu, trzeba mieć szczęście. A ja nie miałem menedżera, nie miał mi kto pomóc. W Radomiu dostałem kredyt zaufania od Mieczysława Broniszewskiego, szybko zacząłem go spłacać i już po pół roku zaczęły pytać o mnie kluby z ekstraklasy. Miałem sporo propozycji, podpisałem umowę z Jarosławem Kołakowskim, który wymyślił mi ksywkę \"Brzytwa” i w końcu znalazłem się w Koronie. – Na początku grałem, ale później zaczęło coś burzyć. A jak przyszedł Jacek Zieliński to była już katastrofa. Nie z moją formą, bo miałem nawet konkretną ofertę z Arki, jednak zacząłem przeczuwać, że coś będzie nie tak. Choć trener zachęcał, żebym został, że będę grał. Niestety po porażce w Bełchatowie, bez żadnych wyjaśnień, zostałem definitywnie odsunięty. Potem nie zgłoszono mnie nawet do rozgrywek. Nikt mi tego nie wyjaśnił, nie powiedział o co chodzi. Kłamali w żywe oczy. I o to mam właśnie pretensje. – Zgłosiło się kilka klubów, w tym Polonia Bytom i Jagiellonia Białystok. Wybrałem Chorzów i teraz wiem, że ten klimat mi odpowiada. To miasto żyje piłką. – Jesteśmy na czwartym miejscu, ex aequo z Lechem. Zostaliśmy bardzo dobrze przygotowani przez trenera, pod każdym względem – motorycznym, psychicznym i taktycznym. A druga część tajemnicy to kibice. Jak gramy na Cichej, to nas niesie. Na nasz stadion ludzie przychodzą dopingować i bawić się. – Z Bełchatowem, głównie za grę w defensywie. Strzeliłem też gola. – Dlatego to było takim zaskoczeniem. Ale widocznie selekcjoner widział też inne, bardziej udane i docenił całą rundę. Bo ze względu na kłopoty z mięśniami brzucha pod koniec jesieni brakowało mi już trochę sił. – Markowi Wawrowi, jeszcze z czasów trampkarza. Byłem młodszy od chłopaków, których trenował, a mimo to dał mi szansę. Dużo mi pomagał, bo w rodzinie się nie przelewało. Nie było pieniędzy na treningi, czy wyjazd na obóz. – Od pięciu lat tak oszczędzam, bo moja żona jest fryzjerem. (śmiech) Poza tym próbuję inwestować w nieruchomości. Jednak ja do tej pory wcale nie zarobiłem wielkich pieniędzy. Po prostu rozsądnie staram się zabezpieczyć na przyszłość, tym bardziej, że sytuacja w Ruchu wcale nie jest wesoła. Oczywiście daleki jestem od narzekania, ale lepiej zacząłem zarabiać dopiero w Kielcach, czyli całkiem niedawno. A w Radomiaku miałem 3 tys. i byłem zadowolony. – Ciężko do wszystkiego dochodziłem, więc nie jestem utracjuszem. Czasem lubię pograć w pokera, ale w gronie znajomych na żetony lub drobne kwoty. Chodzenie do kasyna mi nie grozi. Zawsze twardo stąpałem po ziemi. Nigdy nie uważałem się za gwiazdę i nie miałem problemów z sodówką. Moją słabością jest najwyżej play station. – (śmiech) No tak, Anna w końcu przez siedem lat trenowała taekwondo. Do dziś może zrobić szpagat, czego jej zazdroszczę, jest bardzo dobrze rozciągnięta. – Przed wyjazdem na urlopy działacze zapewniali nas, że wszystko zdołają uregulować. Jeżeli nie dotrzymają obietnicy, wtedy kilku chłopaków zechce odejść, ja również. Jednak nadal chciałbym pograć w naszej ekstraklasie, także ze względu na reprezentację. Nie chcę znikać z oczu Franciszkowi Smudzie.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama