Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Wypadek polskiego autokaru w Niemczech. Mieszkańcy Złocieńca są w szoku

Wypadek polskiego autokaru w Niemczech. Większość uczestników wypadku pochodziła ze Złocieńca (woj. zachodniopomorskie). Mieszkańcy nie mogą uwierzyć w tragedię.
Wypadek polskiego autokaru w Niemczech - więcej informacji - Panie, toż to szok! Nigdy nie spodziewałem się, że coś takiego nas spotka - mówi Henryk Szymczak, który mieszkał drzwi w drzwi z tymi, którzy udali się na feralną wycieczkę. - Oglądałem w telewizji wiadomości sportowe, przełączam na wiadomości, patrzę, a tam informacja o wypadku pod Berlinem. Od razu pomyślałem, czy to nie od nas, z Nadleśnictwa. Szybko pobiegłem do żony, która akurat sprzątała u leśników. Jak zobaczyłem, że siedzi cała roztrzęsiona i płacze, to już wiedziałem, że to niestety nasz autokar - opowiada ze łzami w oczach pan Henryk. Czy ktoś przeżył? Panie, my tu nic nie wiemy - mówi roztrzęsiony. Obok Nadleśnictwa stoją nasze dwa bloki na 36 rodzin. Pojechało sporo ludzi - nerwowo wyliczał nazwiska. - Chyba u Krochmalów w domu ktoś jest, bo słyszałem, że od nich przeżyli - dodaje. U Krochmalów drzwi otworzył nam Piotr, najstarszy syn Kazimierza i Teresy, którzy tuż przed wypadkiem wysłali jeszcze sms-a do domu, że są już na berlińskim ringu. - A wracając z kościoła usłyszałem w sklepie, że doszło do tragedii. Siostry się rozpłakały, a ja biegłem co sił do domu. Na szczęście brat dał już znać, że tata dzwonił, że żyją. Jesteśmy szczęściarzami - relacjonował ze łzami w oczach - Piotr Krochmal. Co z pozostałymi? - My tu nic nie wiemy. Czekamy - mówili nam zgromadzeni przed blokami znajomi i sąsiedzi poszkodowanych. W centrum miasta bliscy uczestników wycieczki nerwowo czekają na jakiekolwiek informację, na listę ofiar. - Była tam moja siostra. Nie mam z nią kontaktu, bo zostawiła komórkę w domu - mówi nam roztrzęsiona kobieta ściskając w ręku dwa telefony. - Nic więcej nie wiem. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy - dodaje ze łzami w oczach. Więcej szczęścia ma druga z kobiet, która mówi nam, że dostała już informację, że z jej bliskimi wszystko w porządku. W ratuszu gęsto od urzędników. - Dwie godziny temu dowiedzieliśmy się o tej tragedii. Natychmiast burmistrz zwołał sztab antykryzysowy - informuje na bieżąco dziennikarzy Leszek Modrzakowski, sekretarz Złocieńca. Obrady, na które dotarł również wicewojewoda były przerywane ciągłymi telefonami. - Muszę mieć tu psychologów. Ktoś musi przecież pojechać z nami do rodzin tych, którzy nie przeżyli - przysłuchiwaliśmy się dramatycznej rozmowie Waldemara Włodarczyka, burmistrza Złocieńca. Po chwili wiadomo już było, że spośród 43 osób, które były w autokarze, tylko 5 nie było z terenu miasta i gminy Złocieniec. - W tej chwili koncentrujemy się na zorganizowaniu jak najszybszej pomocy dla rodzin poszkodowanych - mówi burmistrz. Wieczorem ze Złocieńca na miejsce tragedii miały wyruszyć dwa autokary. Źródło: Złocieniec: Po wypadku autokaru mieszkańcy są w szoku. Każdy miał tam kogoś bliskiego - Jak się pan dowiedział o wypadku? - Dowiedzieliśmy się wracając z kościoła. Byliśmy na mszy na godzinę 12.30. Wracając, zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie, żeby dokupić coś do domu, bo czekaliśmy na mamę i tatę z obiadem. Wiedzieliśmy, że powinni być na miejscu między godziną 14 i 15, bo około godziny 10 dostaliśmy sms-a od mamy, że dojeżdżają już do Berlina. Jak się później okazało, to było góra pół godziny przed wypadkiem. W sklepie był włączony telewizor, no i ktoś powiedział nam, co się stało. Mnie zrobiło się słabo, siostry zaczęły płakać. Szybko dojechaliśmy pod blok, sąsiedzi już byli na zewnątrz. I najgorsze było tylko jak słyszałem, jak wymieniają między sobą liczby ofiar: 14, 13, 15. W tym czasie pewnie też telefony urywały się u nas w domu. - Rodzice sami zadzwonili do pana? - Zaraz po przyjściu do domu zadzwoniłem do brata i on mnie uspokoił, że rozmawiał z tatą, że żyją, ale, że mama jest w szpitalu. Natychmiast sam wykręciłem numer i tata powiedział, że nic mu nie jest i wyjaśnił, gdzie siedział w autokarze - w połowie autobusu, ale od strony pilota. Jak później patrzyłem na zdjęcia, tam akurat ten pojazd nie był pokiereszowany. Powiedział też, że mama ma złamaną nogę. Po chwili widziałem go w jednej z telewizyjnych relacji. Co ciekawe, zaznaczył, że ci, którym się nic nie stało są odizolowani od pozostałych i przepływ informacji u nich jest dużo gorszy niż u nas. On nie wiedział ilu zginęło. Dowiedział się ode mnie. - Opowiadał jak do tego doszło? - Nie opowiadał. Ja nawet nie pytałem. Poza tym, co on mógł wiedzieć? Jest skrzyżowanie, wyjeżdża jakiś samochód, nagły manewr, niestety akurat w stronę filara. To był pech i wszystko działo się w mgnieniu oka. Jak już nieco ochłonąłem, analizowałem sobie, że gdyby nie ten filar, to pewnie nie byłoby tylu ofiar, a tak uderzyli w niego wszyscy, którzy siedzieli od strony kierowcy, przy szybie. - Co to była za wycieczka? Standardowa, na wczasy pod gruszą, kiedy raz na dwa lata pozwala na to fundusz socjalny. Rodzice byli już we Włoszech, w Grecji, na Słowacji. Typowa \"objazdówka\". No i teraz byli w Hiszpanii, w okolicach Barcelony. Wyjechali tam w sobotę, ponad tydzień temu. - Kto jechał z rodzicami? - Zdecydowana większość to pracownicy Nadleśnictwa. Z wieloma z nich jechałem na poprzednią wycieczkę. Jak nie z imienia i nazwiska, to z widzenia znałem 70-80 proc. tych, którzy wyjechali. - Jak otworzył nam pan drzwi, to powiedział, że jest pan szczęściarzem... - Tak, tak....teraz jak przypominam sobie ten moment niepewności, tak właśnie czuję. - Co dalej? - Wykonałem już trzy telefony do taty. On też ochłonął. Podczas jednej z tych rozmów przyszedł tutaj kolega zapytać się czy nic nie wiemy o jego bliskich. Pytałem się mojego taty, ale on nic nie wiedział... Rozmawiał Rafał Nagórski

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama