ROZMOWA Z Adamem Małyszem, jednym z najwybitniejszych polskich sportowców w historii
Michał Beczek
23.01.2012 13:24
38 miejsce to chyba dużo większy sukces dla kierowcy w Rajdzie Dakar niż dla skoczka narciarskiego?
– Nie ma co porównywać. Zresztą, jako skoczek nieczęsto zajmowałem niepunktowane pozycje poza pierwszą trzydziestką. Natomiast 38 lokata w Dakarze to dla mnie powód do zadowolenia. Jechałem tam jako nowicjusz, wiedziałem, że to najtrudniejszy rajd świata i już ukończenie go uważam za spory sukces.
Czy rajdy samochodowe da się w jakiś sposób porównać do skoków narciarskich?
– W obu dyscyplinach olbrzymią rolę odgrywa psychika. Jeżeli jesteś słaby, nie dasz sobie rady. Ale temperatura i metody treningowe są już zupełnie inne. Liczą się też różne cechy fizyczne. Skoczek powinien mieć jak najmniej rozwinięte górne partie mięśni, powinien być jak najszczuplejszy, ale musi mieć silne nogi. To one decydują o mocy wybicia i umożliwiają lądowanie na płaskim. U kierowcy jest zupełnie odwrotnie. Nogi nie mają znaczenia, ale górne partie muszą być mocno rozwinięte.
To pewnie przed Dakarem sporo czasu spędził pan na siłowni?
– Koncentrowałem się na rękach i klatce piersiowej, ale ćwiczyłem nie tylko na siłowni. Sporo jeździłem też na rowerze i wiosłowałem. Przed następnym Dakarem postaram się jeszcze bardziej wzmocnić.
Skoki czy rajdy, gdzie jest większa adrenalina?
– Adrenalina w skokach jest olbrzymia, ale trwa tylko przez minutę, kilkadziesiąt sekund, czyli tyle, ile lot. Podczas rajdu cały czas trzeba być skoncentrowanym, mieć dobry refleks, bo nagle z "fesz-fesz” może wyłonić się krowa albo pędząca ciężarówka. Adrenalina, choć może nie tak mocna, jest tutaj bez przerwy.
W rajdach jest też z pewnością większa konkurencja. Skoki narciarskie interesują ludzi w kilkunastu państwach, skakać zaczynają głownie ci, którzy mieszkają w górach, a samochodami jeździ mnóstwo osób na całym świecie.
– Ale tylko nieliczni z nich decydują się na rajdy. Bo to nie jest tani sport. Trzeba mieć sponsorów albo być bardzo bogatym. Poza tym, Dakar to bardzo niebezpieczna impreza. Kiedyś jeździło tam sporo dziwolągów, nawet osobówek. Teraz takie auta nie mają już racji bytu. Każdy, kto startuje ma zgrany zespół, bo to połowa sukcesu.
Rajd Dakar to jeden z najniebezpieczniejszych rajdów na świecie. Żona i córka musiały się o pana mocno martwić.
– Na pewno się martwiły. Ale Iza doskonale wie, że jak się czegoś podejmuję, to zawsze jest to dopięte na ostatni guzik. Miałem świetny zespół, wokół mnie było mnóstwo życzliwych ludzi, którzy bardzo mi pomagali. Najbardziej oczywiście Rafał Marton bez którego na pewno nie dojechałbym do mety. Z nim ten rajd był nieco mniej niebezpieczny.
Co stało się na jedenastym etapie? Kiedy wszyscy kierowcy szykowali się już do kolejnego odcinka, o Adamie Małyszu nie było żadnych informacji.
– Mieliśmy problem ze sprzęgłem. Do środka dostał się "fesz-fesz”, sprzęgło i tarcze hamulcowe zaczęły się palić. Sprzęgło bardzo się ślizgało i nie było możliwości dalszej jazdy. Stanęliśmy i musieliśmy czekać na pomoc.
Miał pan jakieś szczególnie niebezpieczne sytuacje?
– Jedno dachowanie, ale nieszczególnie groźne. Zresztą… Proszę sobie wyobrazić. Jedzie pan w "fesz-fesz”, nic nie widać i nagle z chmury pyłu wypada pędząca z olbrzymią prędkością ciężarówka. A niektóre z nich jeżdżą naprawdę szybko, nawet do 10, 15 miejsca w łącznej klasyfikacji. Właściwie tylko kilku kierowców jadących na czele, w tym Krzysiek Hołowczyc, nie miało takich sytuacji.
Jak przetrwać na Dakarze?
– Wola walki, nie poddawanie się, to podstawa. Często musieliśmy radzić sobie bez wstecznego i luzu, które nie działały. Trzeba było podjeżdżać na dwa, trzy razy. Musieliśmy wysiadać z auta i sami je spychać. Niekiedy brakowało sił, zastawała nas noc. Zawsze wtedy przypominałem sobie, że to był mój przemyślany wybór, że wiedziałem na co się piszę. Byliśmy konsekwentni w dążeniu do celu, do mety i dlatego udało się zrealizować zadanie.
Jak wyglądała współpraca z innymi polskimi zawodnikami?
– Wszyscy byli bardzo życzliwy, służyli radą, choć nie było wielu okazji do spotkań. Na przykład Hołowczyc zawsze startował godzinę wcześniej i szybciej dojeżdżał do mety. Na trasie widzieliśmy się tylko raz, podczas tego feralnego dziesiątego etapu, kiedy miał problemy z autem. Spotkaliśmy go wtedy na wydmie, chcieliśmy mu nawet pomóc, ale stwierdził, że nasz samochód ma za mało mocy i czeka na auto pomocnicze.
Mitsubishi Pajero, którym pan jechał, to był dobry wybór?
– Najlepszy. To idealny samochód dla nowicjusza. Oprócz sprzęgła i wstecznego nie mieliśmy poważniejszych awarii.
Za rok zostanie pan przy tym samym samochodzie?
– Będzie chyba zmiana. Zebrałem już cenne doświadczenie, więc wybiorę raczej auto do ścigania.
Wierzy pan, ze uda się kiedyś wygrać Dakar?
– To bardzo trudny rajd. Bez dużego budżetu i profesjonalnego teamu walka o zwycięstwo nie jest możliwa. Poza tym liczy się też szczęście. Najlepszy przykład to Krzysiek Hołowczyc. Ma świetny zespół, ale pech odebrał mu szanse na końcowy sukces. Tak się zdarza. Czasem wysiądzie chłodnica, innym razem sprzęgło czy skrzynia biegów. Takich rzeczy nie da się przewidzieć.
Może pan całkowicie skoncentrować się na rajdach, bo w skokach doczekał się pan godnego następcy. Kamil Stoch w piątek odniósł czwarte zwycięstwo w karierze.
– Cieszy, że to, co wypracowywałem przez wiele lat startów, nie idzie na marne, że są chłopacy, którzy godnie mnie zastępują. Kamil prezentuje najwyższą światową klasę, a niedługo mogą dołączyć do niego Olek Zniszczoł i Piotrek Żyła, który ma niesamowite możliwości. Oni we trzech mogą udźwignąć ciężar odpowiedzialności za wyniki, który przez wiele lat spoczywał na moich barkach.
Bez pana skoki w Zakopanem to już jednak nie to samo. Mówili o tym zawodnicy z innych państw i widać to było po zainteresowaniu kibiców. Piątkowe i sobotnie zawody obejrzało sporo widzów, ale kompletu, tak jak co roku za pana czasów, nie było.
– Musi minąć pewien okres przejściowy. W Polsce jest mnóstwo kibiców skoków i oni będą przyjeżdżali do Zakopanego, żeby poczuć tę niepowtarzalną atmosferę. Ale było też całkiem sporo fanów Małysza, którzy przyjeżdżali specjalnie dla mnie i ci będą raczej oglądali zawody przed telewizorem. Z czasem pojawią się też fani Stocha, Żyły czy Zniszczoła i oni będą zapełniali trybuny do ostatniego miejsca.
Co teraz, odpoczynek czy kolejne starty?
– Na razie odpoczynek. Chcę po raz pierwszy w życiu wybrać się z Izą i Karoliną na narty w zimie. Jeszcze nigdy nie miałem na to czasu. Jak trochę odsapnę, to pewnie przyjdzie pora na kolejny rajd. A za rok, Dakar.
A może zechce pan spróbować swoich sił w jeszcze innej dyscyplinie sportu?
– Lubię grać w piłkę nożną i siatkówkę. Na piłkę jestem już chyba jednak za stary, a na siatkówkę brakuje trochę wzrostu. Zostają sporty motorowe.
Komentarze