Afera z wymianą murawy na Motor Lublin Arenie pokazała, że Zbigniew Jakubas, właściciel i większościowy akcjonariusz klubu, jest coraz bardziej sfrustrowany swoją działalnością w Lublinie.
Kibice Motoru rzadko mają okazję odczuć, że właścicielem ich klubu jest człowiek o majątku szacowanym na 6 miliardów złotych. Nie ma wielkich transferów. Nie ma wydawania milionów na pensje piłkarzy o znanych nazwiskach.
I tak jak Jakubas często narzeka, że na stadionie słyszy przekleństwa, aż uszy więdną, czego nienawidzi i czego się brzydzi, tak fani Motoru złorzeczą na wygórowane ceny biletów, które dyktuje. Jakubas do znudzenia powtarza jednak, że Motor powinien finansować się sam. A potem dodaje, że Motor, niestety, samowystarczalny nie jest.
Na piłce nożnej głównie się na traci i to Jakubasa boli.
W wydawaniu fortuny na ściąganie zawodników wartych kilka milionów euro i biciu rekordów Ekstraklasy mógłby ścigać się nie tylko z Rakowem Częstochowa i Widzewem Łódź, również sponsorowanych przez miliarderów, ale też z Lechem Poznań czy Legią Warszawa. Woli jednak łożyć na akademię, infrastrukturę i struktury. Spełniać, jak sam to nazywa, społeczną misję, hołdując lokalnej społeczności. Przekłada się to na profesjonalizację klubu, otoczkę wokół niego, widoczną chociażby poprzez uatrakcyjnienie tak zwanego dnia meczowego. Ale już niekoniecznie na pierwszą drużynę.
Jakubas powtarza jak mantrę, że drugi raz w futbol wciągnąć by się nie dał. W Motor jednak wciąż się angażuje i to jakiś paradoks, może nawet masochizm, bo już dawno Jakubas mówił, że jest zmęczony i przygnębiony, że Motor to studnia bez dna, że wydarzenia w klubie przysparzają mu kłopotów i zmartwień, że sponsorzy nie są zainteresowani wykładaniem pieniędzy na klub, że „w związku ze wzrostem wynagrodzeń zawodników i innych kosztów od następnego sezonu dziura budżetowa zapowiada się jeszcze większa”, że „liczył na większą frekwencję na trybunach i większe zaangażowanie środowisk biznesowych w sponsorowanie klubu”.
Na domiar złego doszły napięcia w relacji z władzami Lublina. 73-letni biznesmen zarzuca miastu, że nie zależy mu na rozwoju Motoru. Nazywa się „frajerem”, którego wszyscy doją na kasę. Rozgoryczyła go sprawa spalarni śmieci przy ulicy Tyszkowieckiej, którą planował od lat i która nie powstanie, bo roku Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Lublinie uchyliło decyzję środowiskową wydaną przez prezydenta Krzysztofa Żuka dla inwestycji spółki Centrum Nowych Technologii, należącej do miliardera z Lublina.
- Klimat wokół spalarni w mieście był negatywny. Dla mnie była to strata czasu i zamrożone środki, które można było zainwestować w inne przedsięwzięcia - mówił nam Jakubas.
Czy straci cierpliwość i w pewnym momencie rzuci papierami, zostawiając Motor Lublin na lodzie?
Odpowiedź w kolejnym odcinku „Strychu Mazurka”!













Komentarze