- Jestem osobą głęboko wierzącą. W Radecznicy byłam już trzy razy. Zafascynowało mnie to piękne miejsce. Przyciągają cuda, które się tu dzieją - przyznaje Mirosława Koczmarzewska z okolic Tomaszowa Lubelskiego. - W cuda trudno uwierzyć… Nie tak łatwo… - kobieta waży każde słowo. - Jak słucha się kogoś, kto naprawdę doznał cudu i dzięki niemu przeżył, to się w to bardziej wierzy. To wtedy bardziej do człowieka dociera i jest dowodem na to, że to nie jest jakieś wymyślone. Dlatego dzisiaj tu przyjechałam.
Miejsce szczególne
Elżbieta Kołodziej z Kolonii Latyczyn razem z całą rodziną w Radecznicy jest co niedzielę. Czasami zajeżdżają też na codzienną mszę świętą i po to, by napełnić butelki cudowną wodą. Robię to, bo gdy przejeżdżają obok sanktuarium bez zatrzymywania 5-letni Szymek płacze. Koniecznie chce zajść do kościoła chociaż na chwilę.
- Coś tu dzieci ciągnie, ale nie ma się czemu dziwić. To miejsce szczególne, bo działy się tu uzdrowienia - opowiada kobieta i z całą mocą podkreśla: - To jest prawda! Co tydzień w kościele widzimy dziewczynkę, która jak się urodziła miała 10 chorób. Lekarze mówili, że nie będzie się rozwijać. Miała nie chodzić i nie mówić. Jej rodzice wymodlili cud, który widzimy teraz w każdą niedzielę. To nie jest wymyślona historia. Jak się mieszka obok siebie to się wie, czy coś jest prawdą, czy nie.
Kolejny cud wierni zobaczyli w poniedziałek. Przed ołtarzem stanął Kamil, młody mężczyzna w okularach i z ledwie widocznymi włosami odrastającymi po chemioterapii. Obok niego uśmiechnięta mama w różowej sukience. W przedsionku zasłaniając twarz czekał na nich wzruszony ojciec.
Emocje
- Szczęść Boże, nazywam się Kamil - rozpoczął chłopak słabym głosem. - Chciałem powiedzieć, że jak zachorowałem to zawierzyłem swoje życie i zdrowie Panu Bogu i świętemu Antoniemu. Sił, żeby walczyć z rakiem dodawała mi Eucharystia i modlitwa do świętego Antoniego. Modliła się do niego moja rodzina, znajomi i inni ludzie.
- Codzienna modlitwa i codzienna msza święta utrzymała nas przy życiu. Mieliśmy wiarę, że on będzie żył i przeżył - dodała matka, a jej wzruszony głos kamery telewizji Trwam na żywo przekazały widzom tej stacji. Po transmisji kobieta z dziennikarzami rozmawiać jednak nie chciała. Tłumaczyła, że nie ma na to siły. Że w grę wchodzą zbyt silne emocje.
- Rodzina Kamila złożyła już u nas część dokumentacji medycznej dotyczącej choroby i stanu obecnego. Chłopak napisał też list, w którym dokładnie opisuje to, jak dowiedział się o nowotworze, sam przebieg choroby oraz cudowne uzdrowienie - dodaje za to ojciec Zenon Burdak, wikary z Radecznicy.
Wynika z niego, że Kamil dowiedział się o chorobie na początku 2015 r. Tomografia wykazała wtedy niewielkie zmiany w płucach. Pobrano wycinek. Chłopak miał czekać na wynik badania histopatologicznego i dopiero z nim zgłosić się do onkologa. Nie zdążył, bo jego stan nagle się pogorszył.
Telefon
Na początku marca trafił do szpitala. Dowiedział się wtedy, że nowotwór zaatakował płuca i wątrobę, której praktycznie już nie ma. Lekarze określili jego stan jako krytyczny.
- Bardzo wysoki poziom bilirubiny i żylaki na przełyku groziły śmiercią - opisuje Kamil. - Bali się mnie przewieść do szpitala onkologicznego myśląc, że mogę nie przeżyć transportu. Otrzymałem wtedy sakrament namaszczenia chorych, a rodzice modlili się i zamówili w sanktuarium w Radecznicy nowenny w mojej intencji.
5 marca lekarze powiedzieli zrozpaczonym rodzicom, że ich syn może nie dożyć rana i mają być „przygotowani na wszystko”. Całą noc czekali z różańcem w ręku na telefon ze szpitala.
Rano zadzwonił jednak sam Kamil mówiąc, że jest przewożony do Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej.
Obraz
- I tam nie dawali mi wielkiej szansy na przeżycie - opowiada Kamil. - Mówili, że to stan krytyczny, wręcz beznadziejny. Tego dnia wychodząc ode mnie ze szpitala rodzice weszli do kaplicy szpitalnej, gdzie zobaczyli obraz świętego Antoniego. Utwierdziło ich to w przekonaniu, że święty zabrał mnie pod swoją opiekę.
W tym czasie lekarze każdego dnia podejmowali decyzję dotyczące dalszego leczenia, a rodzina i znajomi każdego dnia modlili się w Radecznicy prosząc o cud.
- Pod koniec marca mój stan minimalnie zaczął się poprawiać. Siadłem na łóżku i zacząłem stawiać pierwsze kroki. W niedzielę wielkanocną po raz pierwszy tata zawiózł mnie na wózku na mszę w kaplicy szpitalnej. Po świętach pielęgniarki mówiły, że zmartwychwstałem. Stan poprawiał się z dnia na dzien. Pod koniec kwietnia mogłem wrócić do domu. Badania wykazują poprawę: płuca się oczyściły, a wątroba odbudowała. Osobiście mogłem już podziękować świętemu Antoniemu za cud - cieszy się Kamil.
Księga
- Wiara w cuda nie jest niezbędnie konieczna do zbawienia. Można w nie wierzyć lub nie - podkreśla ojciec Zenon Burdak. - Takie rzeczy zdarzają się nie po to by wzbudzać zachwyt, zaciekawienie i sensację, ale by dawać innym nadzieje w istnienie siły wyższej od ludzkiego rozumy. Siły, która decyduje co nas w życiu spotyka.
Dlatego Bernardyni z Radecznicy planują wydanie „Księgi cudów”. Ma się w niej znaleźć opis 20 cudów, które wydarzyły się w ciągu ostatnich kilku lat i które są dobrze udokumentowane medycznie. Prawdopodobnie przypadek Kamila będzie jednym z nich.
- Na razie mamy zgromadzonych kilka takich przypadków - przyznaje ojciec Zenon.














Komentarze