Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Prawo jazdy po polsku? Nie, tylko po ukraińsku! Trudne relacje Polaków i Ukraińców

Polacy narzekają na Ukraińców. Ukraińcy psioczą na Polaków. Oni honorują „bohaterów UPA”. My opowiadamy o „ludobójcach z UPA”. A konflikt z Rosją zmusza Polskę i Ukrainę do przyjaźni. Ta właśnie została wydana na próbę. Trudną, bo dawne rany wciąż się nie zabliźniły.
Prawo jazdy po polsku? Nie, tylko po ukraińsku! Trudne relacje Polaków i Ukraińców

Źródło: DW/Archiwum

Miniony tydzień, po 21:00, Krakowskie Przedmieście, z czarnego nieba leje się deszcz. Ja wracam z Żabki. Dwie dziewczyny w wieku licealnym z Ukrainoczki. Wraz z grupą innych przechodniów kryjemy się pod daszkiem przy Banku Pekao, naprzeciwko przystanku autobusowego. 

Zmoknięte dziewczyny zaczynają rozmawiać o jakichś bzdurach. Po ukraińsku. W pewnym momencie przerywa im lokalny pijaczek.

- Znacie mnie?

Dziewczyny, jak to w takich sytuacjach bywa, uśmiechają się uprzejmie.

- Nie znamy – mówi jedna z nich płynnym polskim bez wschodnich naleciałości.

- To poznacie! – krzyczy ze śmiechem pijaczek. 

Mężczyzna zaczyna perorować, czarować, chce wyżebrać kilka złotych.

- Proszę bardzo. 

Licealistka sięga do portfela. Pijaczek kłania się nisko, dziękuje i na odchodne pyta, czy dziewczyny są stąd.

- Nie, z Łucka jesteśmy. 

- Z Łucka? To Ukraina?

- Tak, Ukraina. 

- To was pozdrawiam, ale Ukrainę to…

I tu pada przekleństwo. One śmieją się nerwowo. Ja też się śmieję, choć raczej z komizmu sytuacji. A pijaczek oddala się w stronę sklepu, żeby zdążyć zaopatrzyć w arsenał, zanim wybije godzina nocnej prohibicji. Sformułowanie „Ukrainę to…” można uznać za refren przetaczającej się w ostatnich tygodniach przez kraj dyskusji natury politycznej, historycznej, kulturowej i społecznej.

Tylko w języku ukraińskim

Wrzesień 2025 roku. Trzecie podejście do „prawka”. Dzwonię do szkoły jazdy. Dobre opinie. Biuro w centrum Lublina. Pytam, czy mogę zapisać się na kurs teoretyczny. Miła pani mówi, że są wolne miejsca, start za kilkanaście dni. I już przymierzam się, by rzucić kulturalne „do zobaczenia”, gdy słuchawkę przejmuje właściciel szkoły. 

- Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu, że zajęcia będą w języku ukraińskim – słyszę.

- W ukraińskim? – powtarzam.

- Tak, prowadzimy zajęcia w języku ukraińskim. 

- Wie pan, ja nic po ukraińsku nie rozumiem. 

- Aj, ale może pan spróbuje?

- Wolałbym się jednak czegoś nauczyć. Po polsku. 

Dopytuję więc, czy mogę zapisać się na kurs w innym terminie. Nie po ukraińsku. A właśnie po polsku. 

- Niestety, nie ma takiej możliwości. 

- Jak to?

- Nie prowadzimy takich kursów. 

- W sensie, że po polsku?

- Tak, nie prowadzimy kursów po polsku. 

Ukraść blachy

Również przełom lata i jesieni 2025 roku. Jadę na Motor Lublin Arenę, gdzie Dynamo Kijów ma grać z Maccabi Tel Aviv. Mecz budzi kontrowersje, bo kibice na polskich stadionach wywieszają transparenty w nawiązaniu do zbrodni popełnianych w Gazie: „Izrael morduje, a świat milczy”, a Izraelczycy brzydko się Polakom rewanżują: „Mordercy od 1939 roku”.

Ale wielu Polakom również nie w smak, że ukraińska drużyna w Lublinie jest „gospodarzem”. Już wcześniej fanom Dynama Kijów podczas spotkania z Hamrun Spartans w eliminacjach do Ligi Mistrzów na Motor Arenie Lublin zdarzyło się skandować: „Sława Ukrajini”, na co inni odpowiadali: „herojam sława!”. A to banderowskie pozdrowienie. Nieakceptowalne w polskiej przestrzeni publicznej.

Wsiadam do Ubera, kierowca Mateusz, w ręku IQOS, Paktofonika na głośniku. Schodzi na Ukraińców. Rzuca, że za dużo ich w Lublinie, polskich przekleństw już człowiek nie uświadczy, tylko „cyka blyat” i „jopa”.  

- Z kumplem kradniemy Ukraińcom „blachy” - śmieje się i patrzy we wsteczne lusterko.

- Po co? – dziwię się na tylnym siedzeniu.

- Jak taki straci, to musi wracać do Ukrainy wyrabiać nowe.  

- W Polsce nie może wyrobić? 

- Słyszałem, że nie może. A wiesz, tam już czekają na nich z poborem. 

- Do wojska biorą…

- I już do nas nie wrócą! 

- Ile tych „blach” już podkradliście? 

- Chyba z czterdzieści. 

Myślałem, że żartuję. Ale doczytałem, że w mediach społecznościowych chwalenie się łupami z ukraińskich tablic rejestracyjnych to dość popularny trend. Na przykład wrocławska policja musiała wydać komunikat, że to przestępstwo. Chwilę później kierowca Mateusz mówił, jaki to Władimir Putin „ma luz” i jak „uwielbia tego człowieka”. 

Apap i pluszak

Cztery lata temu spędziłem wiele godzin w Dorohusku. Stałem z wolontariuszami przy stoliku z pampersami, podpaskami, apapami, ibupromami, mydełkami, płynami do dezynfekcji rąk, szamponami, żelami pod prysznic, konserwami, puszkami z jedzeniem, batonami, czekoladami, kanapkami, kabanosami, zgrzewkami wody, smakowymi sokami.

Ruch na granicy polsko-ukraińskiej był nieustający. Ludzie płakali. Rzucali się sobie w ramiona. Żegnali się rzewnie. Błądzili wzrokiem. Siedzieli w katatonii. Czasami ich zagadywałem. Ale rzadko. Wydawało mi się to niestosowne. W amoku mnie nie rozumieli. Uciekali przed wojną. Przed bombami. Przed dronami.

Wolontariusze w punkcie recepcyjnym w dorohuskim Pałacu Suchodolskich przekonywali mnie, że każde ukraińskie dziecko po przekroczeniu granicy otrzymuje jakąś drobnostkę: lizaka, pluszaka.

Na lubelskim dworcu autobusowym przy Alei Tysiąclecia poznałem ukraińskiego robotnika Pawła. Czekał na przyjazd ciężarnej żony i małej córeczki z Kowla. Bus był przepełniony, spóźniony, a żona Pawła z tym wielkim ciążowym brzuchem targała walizkę, ważącą jakieś osiemdziesiąt kilogramów. I jeszcze musiała ciągle pocieszać tę małą dziewczynkę, której zaraz miała urodzić się siostra. Dziewczynkę o przerażonych oczach, ściskającą w rękach misia, który wyglądał jak piesek. 

Zawieźliśmy ich do Warszawy. Pomagałem im później znaleźć tanie mieszkanie w Grodzisku Mazowieckim. A i tak miałem świadomość, że w porównaniu do tysięcy Polaków, którzy zaangażowali się w pomoc ukraińskim uchodźcom, zrobiłem mało, właściwie tyle co nic. 

Ostatnio prezydent Krzysztof Żuk wyliczał, że przez Lublin przeszły około dwa miliony uchodźców z Ukrainy. Kilkaset tysięcy z nich zatrzymało się na dłużej. A kilkadziesiąt tysięcy zamieszkało tu na stałe. 

„Ukropolin”

Z badania Centrum Mieroszewskiego wynika, że aż 30 procent Polaków deklaruje negatywny stosunek do Ukraińców. A tylko 25 procent pozytywny. 51 procent rodaków uważa, że pomoc udzielana ukraińskim uchodźcom jest zbyt duża. Jedynie 5 procent sądzi, że jest niewystarczająca.

CBOS dowodzi, że liczba Polaków przeciwnych przyjmowaniu uchodźców z Ukrainy jest mniej więcej równa liczbie Polaków, którzy taki wariant popierają. Centrum Badania Opinii Społecznej puentuje, że są to najgorsze wyniki od początku prowadzenia badań po aneksji Krymu w 2014 roku.

Centrum Mieroszewskiego monitoruje też stosunek Ukraińców do Polaków. W 2022 roku aż 83 procent miało o nas dobre zdanie. Przez kilka lat ten odsetek zmniejszył się do 41 procent. 

Ukraińcy pytani, które z państw europejskich najbardziej pomagają ich ojczyźnie w sferze wojskowej, tworzą taką hierarchię: na pierwszym miejscu Wielka Brytania, na drugim Niemcy, na trzecim dopiero Polska.

A wystarczy posłuchać rozmów Polek i Polaków w sklepach osiedlowych, supermarketach czy pociągowych przedziałach, żeby usłyszeć, jak wielu z nich ma poczucie, że we własnym kraju bywa traktowanych gorzej niż przyjezdni Ukraińcy. Nierzadko zdarzają się też opowieści podobnej treści, jak ta moja z kursem prawa jazdy tylko po ukraińsku. I wówczas mniej lub bardziej uzasadnienie Polacy zaczynają czuć się obco w Polsce. Mówią wściekle o „Ukropolu” czy „Ukropolinie”. 

Bohaterowie czy zbrodniarze?

Wielu faktycznie twierdzi, że Ukraińcy są niewdzięczni. A dawne rany zadane przez sąsiadów niezadawnione i niezabliźnione: sprawa ekshumacji ofiar ludobójstwa Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Wołyń, Stepan Bandera, Roman Szuchewycz. 

Nic dziwnego, że takie oburzenie zapanowało, gdy pod koniec maja 2026 roku Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy, ogłosił, że nadał imię „Bohaterów UPA” Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ”. Prezydent Nawrocki w odpowiedzi stwierdził, że „gloryfikowanie UPA jest rzeczą, która dostarczyła rosyjskiej propagandzie wiele tlenu do dezinformacji”. I zapowiedział, że zastanowi się, czy Zełenskiemu nie odebrać Orderu Orła Białego, nadanego mu przez byłego prezydenta Andrzeja Dudę.

„Bohaterowie” UPA i OUN odpowiadają za śmierć prawie stu tysięcy polskich cywilów. Bestialską, ludobójczą. Mordowali z zimną krwią. Masakrowali całe wsie. Torturowali ofiary. Gwałcili kobiety. Zabijali dzieci. Polska strona od wielu lat oczekuje od strony ukraińskiej przeprowadzenia ekshumacji i potępienia zbrodni UPA.

Ukraińcy wiążą jednak UPA i OUN z bohaterskim oporem przeciwko totalitarnemu reżimowi sowieckiemu, walką o suwerenność. Tematy ludobójstwa na Wołyniu i innych czystek etnicznych są na Ukrainie najczęściej marginalizowane, pomijane, lekceważone. Badania opinii publicznej z ostatnich lat pokazują, że ponad 70 procent Ukraińców deklaruje pozytywny stosunek do żołnierzy UPA.

Wołodymyr Wiatrowicz, szef ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, mówił: „Ukrainie nie wyrzeknie się UPA”. Były prezydent Petro Poroszenko przekonywał: „Uznając za bohaterów narodowych UPA i Banderę, Ukraina nie powinna brać pod uwagę krytycznych opinii innych państw, w tym nawet ich oficjalnych protestów i negatywnych reakcji”. Chodziło mu o Polskę, rzecz jasna.

Symbole i naziole

Niedawno w „Gazecie Wyborczej” czytałem doskonały reportaż Ziemowita Szczerka z ukraińskiego frontu. Fragment artykułu pod tytułem ,,Kijów przegapił moment, w którym można było zareagować na oddziały bawiące się z nazistowską symboliką’’:

„Jeśli jednak czepić się tego tematu w rozmowach z Ukraińcami, to szybko otrzyma się nerwową odpowiedź: My tu się bronimy przed napaścią, a ty się przypieprzasz o jakieś symbole! Fakt, że znajdzie się w szeregach naszego wojska kilku nazioli, nie może przyćmiewać tego, że Ukraina została napadnięta. A o takie przyćmiewanie chodzi Rosjanom chcącym denazyfikować Ukrainę.

Na nieśmiały argument, że jeśli Kijów nie chce, żeby Rosja (ani nikt inny) nazywała Ukraińców nazistami, to niech zakaże ekspozycji nazistowskich symboli i na zbity pysk wywali nacków z życia publicznego i wojskowego, otrzymamy równie nerwową odpowiedź: Nawet jeśli faktycznie gdzieś w naszych siłach zbrojnych są te nacki, to dlaczego mamy ich wyrzucać z armii? Niech bronią ojczyzny, od tego w końcu są przecież nacki, które cały czas gadają o ojczyźnie. Niech się przydadzą. Szczególnie w czasach, gdy o rekruta tak trudno”.

Kto już oddał życie?

Bliźniaczy obraz wyłania się zresztą z opartej na autentycznych przeżyciach autora powieści „Null” Szczepana Twardocha, pierwszej takiej historii osadzonej na wojnie na Ukrainie.

Sportretowani tam ukraińscy żołnierze to ludzie po przejściach, zmagający się z traumami, pogrążeni w nałogach, raczej biedni i słabo wykształceni, wiedzeni na rzeź przez skorumpowanych i wątpliwie kompetentnych dowódców. Biją się w słusznej sprawie, odpierają bestialską napaść Rosjan. Ale też wątpią. Wątpią, bo każdego ranka i każdego wieczoru śmierć zagląda im w oczy. Kryją się w piwnicach, które mają pełnić funkcję schronienia. I już dawno dowiedzieli się, że każda wojna jest parszywa, beznadziejna, pozbawiona idei, dobra, karmiąca się złem. 

Pod ostrzał rosyjskiej artylerii nie znaleźli się bowiem z własnej winy. Po prostu urodzili się w niewłaściwym miejscu na ziemi – na Ukrainie. I nie chcieli lub nie zdążyli uciec przed poborem. Piotr Mitkiewicz, polski ochotnik na tej strasznej wojnie, mówił w jednym z wywiadów z upiornym smutkiem w głosie, że ludzie, którzy w największym stopniu byli gotowi oddać życie za Ukrainę, „już je oddali”.

Szczerek w „Gazecie Wyborczej” pisze o tym, jak trudno jest tam o rekrutów. Ukraińska armia ucieka się do wręcz absurdalnych zabiegów marketingowych, żeby wcisnąć komuś karabin do rąk. I brzydka prawda jest taka, że łatwiej o chętnych do obrony ojczyzny i strzelania do Rosjan wśród tych, którym imponują nacjonalistyczne, faszyzujące formacje jak UPA, niż wśród tych, którzy żyją piękną wizją o wolności i demokratycznej Europie.

Brzmi obco? Aby na pewno? Niedawno uniewinnieniem skończył się proces polskiego żołnierza, który strzelił do nielegalnego migranta na granicy z Białorusią. Karol Szczepański do sądu założył koszulkę zespołu Honor, który w tekstach otwarcie gloryfikuje Adolfa Hitlera. Dyktatora, którzy zarządził zagładę Polaków i narodu polskiego. Niemcy na jego rozkaz zabili miliony naszych przodków: strzelali im w tył głowy, palili nimi w piecach krematoryjnych, zamykali w obozach koncentracyjnych.

Szczepański przekonywał, że koszulkę Honoru założył przez mimochodem, ale w sieci i tak zaroiło się od komentarzy, że Polacy wolą, żeby granicy pilnował żołnierz o takich poglądach niż ktoś z wątpliwościami, kto zawaha się, gdy przyjdzie mu oddać strzał. I ukraińscy nacjonaliści, honorując UPA, rozumują w identyczny sposób. 

Kłopot z Zełenskim

Intrygującą lekturą jest także „Kłopot z Zełenskim” Zbigniewa Parafianowicza, gdzie anonimowo wypowiadają się dyplomaci, ministrowie, urzędnicy, doradcy. W książce tej czytamy, że prezydent Ukrainy potrafił narzekać na prezydenta Dudę i Polskę w rozmowach z Donaldem Trumpem. A ten w Białym Domu przecież wielokrotnie Zełenskiego upokarzał: wyśmiewał się z jego ubioru, przekrzykiwał go, traktował jak petenta i polityka gorszego sortu.

Prezydent Stanów Zjednoczonych niekiedy sugeruje nawet, że bliżej mu do Rosji i Władimira Putina niż do Ukrainy i Zełenskiego. A takich brudnych gierek względem tej samej Ukrainy i tego samego Zełenskiego nigdy nie prowadzili przyjaźnie nastawiani polscy politycy – prezydent Duda czy premier Donald Tusk.

Premier Tusk, który w maju 2025 roku do Kijowa podróżował w innym wagonie niż kanclerz Friedrich Merz z Niemiec, prezydent Emmanuel Macron z Francji i premier Keir Starmer z Wielkiej Brytanii.

O wysadzeniu Tuska z pociągu zdecydował Zełenski, a konkretnie szef jego protokołu dyplomatycznego – stwierdza dyplomata z Kijowa w „Kłopocie z Zełenskim” Parafianowicza.

Jakby Zełenski próbował udowodnić sobie i światu, że Polska, która z otwartymi ramionami przyjęła miliony ukraińskich uchodźców wojennych, jest gorsza niż kraje Europy Zachodniej czy inni sojusznicy z NATO. A reprezentujący ją politycy, którzy podejmowali i dalej podejmują strategiczne decyzje pozwalające Ukrainie odpierać ataki Rosji, są pariasami przy stole prawdziwych możnych tego świata ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy… Ukrainy.

Stop banderyzmowi i brak flagi

Od jakiegoś czasu polscy politycy nie pozostają jednak Zełenskiemu dłużni. W minionym roku prezydent Karol Nawrocki zawetował nowelizację ustawy o pomocy ukraińskim obywatelom. Argumentował, że 800+ dostawać powinni tylko Ukraińcy pracujący w Polsce. I odciął finansowanie Starlinków dla Ukrainy. 

Premier Tusk nakazał za to deportację ponad sześćdziesięciu zakłócających porządek imprezowiczów-chuliganów z koncertu niejakiego Maksa Korża na Stadionie Narodowym. Większość z nich to byli młodzi Ukraińcy. I tak samo w tym roku deportowani zostali ten Ukrainiec, który w stołecznym jeziorku Balaton złowił suma i ten influencer z Ukrainy, który wjechał samochodem nad Morskie Oko.

Z lubelskiego ratusza zniknęła flaga Ukrainy.

- Gloryfikacja formacji odpowiedzialnych za zbrodnie na ludności cywilnej godzi w pamięć historyczną naszego narodu, rani pamięć polskich ofiar i utrudnia budowanie szczerego dialogu między naszymi narodami. Niezależnie od tej decyzji Lublin pozostaje miastem otwartym, solidarnym i wiernym wartościom, na których od lat opiera swoją współpracę międzynarodową. Jednocześnie będziemy konsekwentnie domagać się poszanowania prawdy historycznej oraz godnego upamiętnienia ofiar tragicznych wydarzeń w relacjach polsko-ukraińskich. Mamy świadomość, że Polska i Ukraina stoją dziś wobec wspólnego zagrożenia. Naród ukraiński broni swojej ojczyzny przed rosyjską agresją, która stanowi zagrożenie także dla Polski i całej wspólnoty europejskiej. Wyrażając krytyczne stanowisko wobec decyzji władz Ukrainy, pozostajemy sojusznikami Ukrainy w jej walce o niepodległość i integralność terytorialną. Nie dostrzegamy sprzeczności między obroną prawdy historycznej a solidarnością z narodem, który padł ofiarą niesprowokowanej agresji – czytaliśmy w komunikacie wydanym przez władze Lublina.

Jakub Banaszek, prezydent Chełma, Paweł Maj, prezydent Puław i Rafał Mekler, jeden z lider lubelskiej Konfederacji pod Sejmem zarejestrowali zaś Komitet Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej „Stop banderyzmowi”.

- Mówiliśmy w imieniu matek, które ginęły razem ze swoimi dziećmi, również tymi nienarodzonymi, będącymi jeszcze w łonach bestialsko mordowanych kobiet w ciąży. W imieniu ojców, którzy przed własną śmiercią byli zmuszani patrzeć na makabryczne gwałty swoich córek i żon oraz na bestialskie tortury zadawane ich dzieciom, kobietom i starcom. W imieniu tysięcy niewinnych Polaków, których jedyną winą było to, że byli Polakami. Przypomnieliśmy, że odebrano im głos, odebrano im godność, odebrano im życie, ogniem, siekierą i widłami. Ale pamięci nie da się zamordować, jeśli my będziemy o nich pamiętać i walczyć o prawdę. Nie ma zgody na propagowanie i gloryfikowanie ideologii banderowskiej oraz zbrodniarzy spod znaku OUN i UPA, odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane na ludności polskiej. Nie ma zgody na stawianie zbrodniarzy na piedestałach. Nie ma zgody na fałszowanie historii. Nasza inicjatywa jest głosem wołającym z bezimiennych grobów, często pozbawionych krzyży i nazwisk, które do dziś domagają się pamięci, upamiętnienia oraz godnego pochówku. Jest po stronie prawdy. Po stronie sprawiedliwości. Po stronie ofiar. Przez lata zbyt często oczekiwano od Polaków milczenia. To milczenie się kończy. Mówimy w imieniu tych, którzy nie mogą już mówić sami. Nie dla banderyzmu w Polsce. Nie dla gloryfikacji sprawców zbrodni z OUN i UPA – pisał prezydent Maj w mediach społecznościowych. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama