Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Święta w PRL: Długie kolejki, propaganda i wejściówki na bale [zdjęcia]

Towaru jest dość, tyko trzeba dobrze szukać - tak przekonywali Polaków partyjni dygnitarze w czasach PRL-u. Mówili to czasami do kamer stojąc na tle pustych sklepowych półek. Okres przedświąteczny w latach kryzysu związany był głównie z „polowaniem” na towar, za którym trzeba było często stać w długiej kolejce
Święta w PRL: Długie kolejki, propaganda i wejściówki na bale [zdjęcia]
Kolejki po choinki, kolejki po karpia. Obiektem przedświątecznego „polowania” były także cytrusy

- Człowiek chociaż na święta chciał spróbować lepszej wędliny - wspomina Grażyna Kaczmarek z Lublina. - Pamiętam, że kiedyś stałam pół nocy w kolejce do mięsnego przy ul. Wojennej. Tłum ludzi, zimno. Zanim doszłam do lady, to zabrakło już polędwicy i szynki. Na szczęście mężowi udało się gdzieś kupić dużą konserwę „Polish ham”, która wówczas była nie lada rarytasem. I to była uczta w pierwszy dzień świąt.

Cytrusy, czerstwy chleb i zające

Oprócz bardziej wyszukanych wędlin, obiektem przedświątecznego „polowania” były także cytrusy. Prasa - już w listopadzie - informowała o statkach, który wyruszyły do kraju z cytrusami, bakaliami i innymi świątecznymi artykułami na pokładzie.

Wprawdzie przed każdymi świętami media uspokajały, że tym razem sklepy są dobrze przygotowane do tego okresu, to jednak, na wszelki wypadek, niektóre gazety zamieszczały porady, jak odświeżyć czerstwy chleb, a nawet zeschnięte kromki i inne małe kawałki pieczywa. Przez wiele lat najlepiej zaopatrzonymi sklepami w mieście były delikatesy przy Krakowskim Przedmieściu, Bazar przy Lubartowskiej, czy też samoobsługowy sklep przy ul. Lipowej.

O tym, że zbliżają się święta, można się było przekonać obserwując wiszące zające i króliki za oknami i balkonami lubelskich domów. Wiele osób w ten sposób zabezpieczało prowiant na święta; od zaprzyjaźnionego myśliwego. Upolowany zając był często również praktycznym upominkiem bądź „dowodem wdzięczności”. 

Wędzarnia i sztuczne drzewko

Na niektórych niewielkich osiedlach stanęły nawet prowizoryczne wędzarnie; zazwyczaj z tyłu garaży. Kilka dni przed wigilią zaprzyjaźnieni sąsiedzi - przy obowiązkowej butelce wódki - wędzili kiełbasy, szynki i balerony.

Wraz z pojawieniem się na rynku sztucznych choinek, zmalało swego czasu zainteresowanie naturalnymi. Okazało się jednak, że planowa gospodarka PRL-u nie poradziła sobie z narastającym popytem na plastikowe drzewka i wkrótce w polskich domach znów zagościły żywe choinki. W latach 60. i 70. ub. w. w wielu domach, zwłaszcza na wsi, wciąż popularne było oświetlenie świątecznych drzewek niewielkimi świeczkami, które umieszczane były w specjalnych klipsach przyczepianych do gałązek. Jak łatwo można przypuszczać, najjaśniej świeciły podczas pożaru.

Paczki, listy i telewizyjne przeboje

Ten okres był również dużym wyzwaniem dla poczty, która - jako monopolista - musiała poradzić sobie z ogromną ilością listów i paczek. Zdarzały się sytuacje, że świąteczne paczki wysyłane z zagranicy docierały do adresata dopiero po świętach. Spowodowane to było tym, że każda taka paczka musiała przejść odprawę celną.

Na brak pracy w tym czasie nie narzekały również pracownice telekomunikacji, które łączyły rozmowy międzymiastowe i międzynarodowe. - W zwykłe dni na rozmowę z rodziną w Kanadzie czekałam kilka godzin - wspomina pani Beata z Hrubieszowa. - Kiedyś przed świętami zamówiliśmy rozmowę z numerem w Edmonton i na połączenie czekaliśmy trzy dni.

Dla wielu okres świąt był też okazją do „uczty telewizyjnej”. W tym okresie w TV można było obejrzeć długo wyczekiwane przez cały rok bajki Disneya czy filmy z cyklu Gang Olsena lub Pippi Langstrumpf.

Bal na tysiąc osób

O ile propagandowo o Bożym Narodzeniu w PRL-u mówiło się niewiele, o tyle nagłaśniano sylwestrowe bale, które cieszyły się przez lata dużym powodzeniem. Na niektóre z nich - zwłaszcza w ekskluzywnych lokalach - trudno było dostać wejściówki.

O zbliżającym się Sylwestrze w tamtych czasach świadczyły kolejki za radzieckim szampanem i tłok w zakładach fryzjerskich. Lublinianie bawili się na balach nawet na 1000 osób. Tak było m.in. w 1968 roku na balu ZBoWiD-u (Związku Bojowników o Wolność i Demokrację-red.), który odbył się w szkole przy ul. Lipowej. Tańczono w dwóch salach, przy dwóch orkiestrach. Bufety były zorganizowana w salach lekcyjnych.

Imprezy organizowano także w przyzakładowych świetlicach i domach kultury. Był też bal przodowników pracy oraz aktywistów. Były to imprezy bardzo prestiżowe, szeroko nagłaśniane. Zapraszano na nie najlepszych robotników: tych, którzy wykazali się np. znaczącym przekroczeniem normy. Z reguły na balach bawili się także przedstawiciele władz partyjnych i państwowych. Zapraszano na nie również ludzi kultury i nauki, towarzystwo było starannie wyselekcjonowane.

Galareta, śledzik i bigos

Sylwestrowe menu było tradycyjne. Królowały sałatki warzywne, galaretki z nóżek, śledziki i nieśmiertelny bigos, który podawano zazwyczaj po północy oraz kotlet schabowy.

W bardziej wykwintnym wydaniu nie mogło zabraknąć klasycznego tatara, mięs w galarecie, pasztetów, roladek i pieczeni. Daniem ciepłym zwykle był indyk lub kotlet z cielęciny. Zaś na balu zakładowym w obowiązkowe menu wpisywały się: śledziki, sałatka jarzynowa formowana w kule i - znów - gorący bigos z kiełbasą.

Posiłki miały być przede wszystkim zagryzką do czystej wódki. Bo jej, jak i radzieckiego „szampana” nie mogło zabraknąć na stole. Na „popitkę” najbardziej nadawała się gazowana słodka oranżada. Deseru na ogół już nikt nie był w stanie tknąć.

Ryżowa mączka i jazz

Z czasem bale zaczęły tracić na popularności. Coraz więcej lublinian decydowało się na domowe imprezy. Odgłosy wesołej zabawy słychać było do późnej nocy. O północy - zamiast nieznanych jeszcze petard - popularne były choinkowe sztuczne ognie. W telewizji o północy życzenia noworoczne składali popularni wówczas prezenterzy: Krystyna Loska i Jan Suzin.

W 1953 r. peerelowskie władze bawiły się jeszcze przy dźwiękach mazura. Trzy lata później w Polsce pozwolono na legalne słuchanie i granie jazzu. W lubelskich lokalach pojawiły się wtedy pierwsze jazzowe zespoły.

Ważny był także odpowiedni strój i wygląd. Lubelskie media radziły swoim czytelnikom, jak przygotować się na sylwestrowy bal. W Sztandarze Ludu radzono kobietom, żeby podczas balu odświeżały twarz pociętą na kawałki ligniną. Fryzjerzy z kolei sugerowali, żeby włosy, które się przetłuszczają posypywać ryżową mączką. W latach 60. odradzono również stosowania brylantyny, która wówczas wyszła już w mody.

To, co pozostało z czasów PRL-u do dzisiaj, to znane powiedzenie które obowiązuje tuż przed świętami i brzmi „zostaw, to na święta...”

- Człowiek chociaż na święta chciał spróbować lepszej wędliny - wspomina Grażyna Kaczmarek z Lublina. - Pamiętam, że kiedyś stałam pół nocy w kolejce do mięsnego przy ul. Wojennej. Tłum ludzi, zimno. Zanim doszłam do lady, to zabrakło już polędwicy i szynki. Na szczęście mężowi udało się gdzieś kupić dużą konserwę „Polish ham”, która wówczas była nie lada rarytasem. I to była uczta w pierwszy dzień świąt.

Cytrusy, czerstwy chleb i zające

Oprócz bardziej wyszukanych wędlin, obiektem przedświątecznego „polowania” były także cytrusy. Prasa - już w listopadzie - informowała o statkach, który wyruszyły do kraju z cytrusami, bakaliami i innymi świątecznymi artykułami na pokładzie.

Wprawdzie przed każdymi świętami media uspokajały, że tym razem sklepy są dobrze przygotowane do tego okresu, to jednak, na wszelki wypadek, niektóre gazety zamieszczały porady, jak odświeżyć czerstwy chleb, a nawet zeschnięte kromki i inne małe kawałki pieczywa. Przez wiele lat najlepiej zaopatrzonymi sklepami w mieście były delikatesy przy Krakowskim Przedmieściu, Bazar przy Lubartowskiej, czy też samoobsługowy sklep przy ul. Lipowej.

Powiązane galerie zdjęć:


Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama