Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Rowerem przez mękę. Warto zmienić podejście do rozwoju tej formy miejskiej komunikacji

Gdy przeczytałem, że urzędnicy od dróg i mostów z Lublina chcą za 1200 złotych od sztuki (a jest ich 830) naprawiać miejskie „rowery”, mało nie spadłem z siodełka. Na pomysł reanimowania dwukołowych trupów mógł wpaść tylko ktoś, kto nigdy z takiego roweru nie korzystał lub kto nie wie, ile kosztują nowe rowery w sportowych marketach. Za karę powinien mieć obowiązek codziennego dojeżdżania do pracy i z powrotem na miejskim rowerze z trzema przerzutkami.
Rowerem przez mękę. Warto zmienić podejście do rozwoju tej formy miejskiej komunikacji
Krzysztof Wiejak, redaktor naczelny Dziennika Wschodniego

Objeżdżając szerokim łukiem ten kuriozalny pomysł, chcę jednak odpowiedzieć urzędnikom na pytania z internetowej ankiety ze strony lublin.eu, co mi się Lubelskim Rowerze Miejskim nie podoba i co można w nim zmienić. A tym chętniej odpowiem, że na pancerne rumaki z logo LRM miałem okazję wsiąść ponad 20 razy, więc jako takie doświadczenie w ich ujeżdżaniu mam. Od dłuższego czasu jednak już nie wsiadam, bo na stałe przesiadłem się na swój własny rower. Mam do niego większe zaufanie, że w odpowiednim momencie mnie nie zawiedzie. Miejskie jednoślady takiej pewności nie dają: są toporne, mało zwrotne, często trzeba je „brać sposobem” i wreszcie – co równie dla mnie ważne – po prostu nie dają frajdy z pedałowania.

Narzekać mógłbym długo, ale nie o to chodzi. Skoro padło pytanie o przyszłość LRM, to warto wykorzystać trwające do 15 maja konsultacje społeczne i zmienić podejście do rozwoju tej formy miejskiej komunikacji – szczególnie jeżeli zgodzimy się z twierdzeniem, że bardziej się dba o prywatne niż o gminne, czyli – w powszechnym odbiorze – niczyje.

Miasto ma zamiar wydać na nowy system 11 mln zł w ciągu trzech lat (nie liczę kosztów reanimowania prawie 830 rowerów przez urzędników od dróg i mostów). Idąc tropem programów typu „Czyste powietrze” czy „Mój prąd”, z którego skorzystały i skorzystają tysiące Polek i Polaków, gmina mogłaby wprowadzić system dopłat do zakupu prywatnych rowerów. Wystarczy przyjąć, że Urząd Miasta zwróci lublinianom połowę kwoty zakupu roweru (po wcześniejszym ustaleniu maksymalnej ceny zakupu, np. 1500 zł). W zamian obywatel musiałby się wykazać, że w ciągu roku pokonuje tym rowerem np. 500 czy 1000 km (można zamontować w tym celu odbiorniki GPS). I obywatel zdrowy, i rowerzystów więcej, a zdrowy obywatel będzie się bardziej troszczył o swój rower niż o ten ze stacji roweru miejskiego. Za 11 mln zł można w ten sposób wyposażyć w jednoślady jakieś 14 tys. lublinian, przy założeniu że miasto dopłaci maksymalnie 750 zł.

A co z tymi, którzy jednak będą chcieli wsiąść na miejski rower? W ograniczonym zakresie niech on funkcjonuje, przede wszystkim w centrum, przy akademikach, uczelniach, bo zawsze ktoś chętny może się znaleźć, a nie będzie go stać na zakup roweru nawet z dopłatą. Ale doświadczenia innych miast (w Trójmieście operator Mevo złożył wniosek o upadłość, a w Krakowie Vavelo w tym roku po fiasku rozmów w ogóle nie wystartuje) pokazują, że rozbudowane systemy miejskich rowerów nie wytrzymują próby czasu. Może Lublin powinien w takim razie pojechać swoją drogą? W końcu tytuł Europejskiej Stolicy Turystyki Rowerowej, który dumnie przypomina o sobie z pamiątkowych tablic przy ścieżkach rowerowych, do czegoś zobowiązuje.


Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama