Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama
Rozmowa

Bujakiewicz: Słyszę, że to koniec świata, dziura, Polska B. A ja Lublin uwielbiam!

Nikt nie zachwyca się Lublinem bardziej od Katarzyny Bujakiewicz, która mieszka tu od kilku lat. - Wiele razy słyszałam, że to koniec świata, dziura, Polska B, a ja o Lubelszczyźnie mogę gadać i sześć godzin – mówi nam aktorka znana z seriali „Magda M.” czy „Na dobre i na złe”.
Bujakiewicz: Słyszę, że to koniec świata, dziura, Polska B. A ja Lublin uwielbiam!

Autor: Kadr z programu „Bujaj się z Kaśką po Lubelszczyźnie”

Katarzyna Bujakiewicz - polska aktorka teatralna i filmowa. Mariola w „Magdzie M.”, Marta w „Na dobre i na złe”, Sylwia w „Lekarzach”. Grała w Teatrze Polskim w Poznaniu i Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Ostatnio też w „Emigracji XD” i „Idź przodem, bracie”. Występowała w show Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Kilka lat temu przeprowadziła się do Lublina. Prowadziła program „Bujaj się z Kaśką po Lubelszczyźnie”.

*

- Wiele razy słyszałam, że to koniec świata, dziura, Polska B.

- Dochodzi jeszcze „dość smutne miasto”. Ile w tym prawdy?

- Pochodzę z Poznania, studiowałam we Wrocławiu, po szkole aktorskiej trafiłam do Szczecina i mieszkałam tam dziesięć lat, choć mojemu ojcu raczej się ta decyzja nie podobała. Taki jednak wybrałam zawód, że jeżdżę tam, gdzie jest praca, nie wybrzydzam. W Szczecinie zresztą czułam się wspaniale.

- Ale wróciłaś do Poznania, żeby grać w Teatrze Polskim.

- Wielkopolanie mają w sobie silnie zakorzeniony lokalny patriotyzm, trochę nawet manię wielkości, w końcu jako jedyni wygraliśmy powstanie, żartuję. Kiedy wyszłam za Piotra Maruszewskiego, trenera w Polskim Związku Lekkiej Atletyki, i zaczęliśmy myśleć o przeprowadzce do Lublina, gdzie mąż pracuje na UMCS-ie, żyłam jeszcze opiniami innych. O końcu świata, dziurze, Polsce B.

- Pamiętasz swój pierwszy raz w Lublinie?

- Przyjechaliśmy na zawody lekkoatletyczne. Jeszcze bez planu zamieszkania tu na stałe. Przeżyłam szok. Porównałam Lublin z Poznaniem czy Warszawą pod względem obiektów sportowych. Lublin wygrywa. Widać to po wynikach. Rozmawiam z lokalsami i słyszę, jak bardzo to miasto się zmieniło. I powiedz mi, bo nie wiem, w ciągu ilu lat?

- Myślę, że piętnastu.

- Ja trafiłam na moment „piku”, zachwyciłam się, choć przeprowadziłam się, kiedy miasto opustoszało przez lockdown. Bez przerwy słyszałam jednak takie głosy, jak ta wypowiedź Kuba Wojewódzki o „dość smutnym mieście”. Że nic się w Lublinie nie dzieje. Już po pierwszym lecie, jeszcze w dobie koronawirusa, mogłam spokojnie uznać, że to nieprawda. Miasto aż tętniło. Pamiętam, że pomyślałam: „Halo, inne miasta, a wy co robicie?”.

- W „Bujaj się z Kaśką po Lubelszczyźnie” biła od ciebie niemal dziecięca radość z eksplorowania regionu.

– Nakręciłam czternaście odcinków o Lubelszczyźnie. Planowo jeden miał być z Lublina, a wyszły dwa i nadal czuję, że pokazałam za mało. Carnaval Sztukmistrzów jest czymś absolutnie wyjątkowym. Urban Highline Festival - jedynym takim wydarzeniem w Europie, zjeżdża się światowa śmietanka. W jakim innym mieście ludzie chodzą nad głowami na slackline’ach? 

- Człowiekowi towarzyszy uczucie, jakby miasto wibrowało i wirowało.

- Tak, podobnie podczas magicznej Nocy Kultury. Na niewielkiej przestrzeni każdy chyba znajduje coś dla siebie. Ja kocham mniejsze miasta, lepiej się w nich czuję. Cała nasza rodzina zyskała dwie dodatkowe godziny z życia. Przemieszczanie się w dużych aglomeracjach zakrawa o koszmar. Tu też narzekamy na korki, ale Lublin jest prawdziwym „piętnastominutowym miastem”, bez sztucznego dorabiania ideologii.

- Jakie lubelskie miejsca jeszcze lubisz?

- Centrum Spotkania Kultur, w którym jest kino, teatr, opera, wystawy i taras widokowy.

- Ja też, monumentalny budynek, który wkomponował się w przestrzeń, nie zjadając Ogrodu Saskiego.

- Moje koleżanki z Warszawy przyjeżdżają do Lublina, żeby zobaczyć wystawy, których u nich nie ma.

- Ostatnio wspaniałe „Co babie do pędzla?”. Szersza publiczność poznała chociażby twórczość Meli Muter.

- Lublin stał się miastem, do którego przyjeżdża się po kulturę. Wiem, że mieszkańcy narzekają. Wszędzie się narzeka. Ale z perspektywy kogoś, kto mieszkał w dużym zachodnim mieście, ja narzekać nie potrafię. Patrzę jako matka. Dziecko ma blisko do szkoły. Ja mam, gdzie pójść na spacer. Lasy, pola, ekologiczna żywność. Może jestem nudna?

- A czujesz się nudna?

- Nie. Cieszy mnie, że Lublin jest bezpieczny, moja córka wychodzi z domu, a ja się o nią nie boję. W przyszłości ma tu świetne uniwersytety, a w razie czego Warszawa jest rzut beretem - półtorej godziny nową trasą. Jak czegoś mi brakuje, to tylko pracy, ale to nie problem, po prostu do niej dojeżdżam. Śmieję się, że mieszkam trochę jak ludzie w Konstancinie, tylko że w Lublinie są ludzie sympatyczniejsi.

- Aż tak padłaś urokiem mieszkańców Lubelszczyzny?

- Zaznałam wschodniej gościnności. Ledwo przyjechałam, a już wszyscy chcieli pomagać. Nosili meble, pożyczali rzeczy, zajmowali się córką. Mały powrót do lat dziewięćdziesiątych, których atmosfera gdzieś wyparowała, przynajmniej w Poznaniu. W Lublinie sąsiedzi rzucają mi sałatę przez płot, bo „za dużo wyrosło”. W pandemii obcy ludzie, dziś przyjaciele, przyjmowali nas w swoje domy, karmili, pomagali się odnaleźć. Ale do brzegu, bo ja o Lublinie mogę gadać i sześć godzin…

- Myślisz, że gdybyś była trzydzieści lat młodsza, też potrafiłabyś się nim tak zachwycać?

- Obserwuję zawodników i zawodniczki mojego Piotra. To młodzi ludzie i oni tu prowadzą intensywne życie. Studiują, trenują, mają do tego warunki. Jak słyszę o ich weekendach, utwierdzam się w przekonaniu, że moje wrażenia nie są odosobnione i podzielają je także młodsi.

- Kuba Wojewódzki ostatnio w podcaście na Onecie mówił, że był w Lublinie kilka razy, ale nie znalazł tu niczego dla siebie.

- Rozumiem go, ma prawo do takiej opinii. Ja niestety nie wiem, gdzie w Lublinie można pochodzić po klubach, ale mogę podać numery do koleżanek, które zaraz powiedzą, gdzie można potańczyć, napić się, pośpiewać karaoke, zjeść w nocy. Centrum kwitnie. Restauracje są otwarte, żywe, ciągną się od Zamku, przez Stare Miasto, do restauracji Ostro, nawet dalej w stronę CSK. Tłum ludzi na ulicach, a moi znajomi zwracają uwagę na poczucie bezpieczeństwa. Można chodzić z dziećmi. Do późna. I po prostu czuć się normalnie. Dlatego wróciłam do opowiadania o Lublinie w mediach społecznościowych.

- A co ci się w Lublinie nie podoba?

- Drobne rzeczy, jak wszędzie. Pod moim domem była piękna ścieżka spacerowa, zalali ją betonem. Walczę o swoje podwórko, jak mogę - podpisuję petycje, rozmawiam. Ale patrząc całościowo, z perspektywy młodych ludzi i mnie jako „nudnej pani domu”, Lublin daje mnóstwo możliwości. A poza tym podobno inteligentni ludzie się nie nudzą, więc nawet jeśli nie mamy codziennej oferty turystyczno-zabawowej, to czy to powód, żeby przekreślać całą resztę?

- Przekonujesz do Lublina znajomych z „wielkiego świata”?

- Moja przyjaciółka, która najbardziej krzyczała: „Gdzie ty w ogóle jesteś?”, przyjechała do mnie w lutym. Przeszliśmy się po śniegowym błocie, a nie po lipcowym Lublinie jak z włoskiego miasteczka. Wyjeżdżała zauroczona. Mówiła: „Ja cię rozumiem”. Z centrum nawet nie trzeba wyjeżdżać, choć można - mamy przecież Zalew Zemborzycki.

- Który w niektórych kręgach ma opinię syfiastego.

- Wolałabym oczywiście, żeby był urokliwym jeziorkiem, jak na pojezierzu łęczyńsko-włodawskim. Ale przecież ma coś w sobie: restauracje, bary, basen, las, dookoła ścieżka rowerowa. Mnie to się podoba. Nie dalej niż wczoraj tata mówi: „Wracaj”. A ja na to: „Nie wracam!”. W listopadzie 2025 roku została oddana nowa, piękna hala lekkoatletyczna. Mąż powiedział, że już nigdzie poza Lublin nie będzie jeździł, na żadne obozy, tylko te obowiązkowe. Jedyne, czego mi tu brakuje, żebym była zupełnie przeszczęśliwa, to morze.

- Rozbestwiasz się już w tej wizji.

- Rozmawiałam kiedyś z przewodnikiem, który mówił mi, że na Roztoczu poziom jodu jest wyższy niż nad Bałtykiem.

- Morze więc jest. A co ze stereotypem, że u nas to ciemnogród?

- Czasami jestem wyzywana pod kątem politycznym. Że Poznań to taki otwarty, tolerancyjny, zachodni, a Lublin okrutnie zacofany. I że u nas zamieszki, bo uchodźcy atakują na ulicach. Jacy uchodźcy? To nasi studenci! Nikogo nie atakują i nie są atakowani.

- Trzecia największa lubelska mniejszość narodowa to obywatele Zimbabwe.

– Po ulicach chodzą cudowne, prześliczne czarnoskóre dziewczyny. Afroamerykanki w turbanach, strojach ludowych. Mamy ogromną wielokulturowość, a o żadnych rasowych szykanach nie słyszałam.

- Miewasz FOMO, czyli lęk przed przegapieniem ważnych wydarzeń?

- Nie, zupełnie. Dorosłą karierę aktorską zaczynałam w Szczecinie, gdzie w tamtych czasach nie działo się nic. Wystarczyły jednak chęci, żeby wsiąść do samochodu i po półtorej godziny być w Berlinie. Nie nudziłam się. Tak samo teraz FOMO jest mi obce. Warszawa jest wielka i kusząca, ale czy na przykład Wrocław - poza Przeglądem Piosenki Aktorskiej, choć to moja bańka - daje realnie „większy świat” niż Lublin? Mam poważne wątpliwości. Wszystko ostatecznie rozbija się o otwartość.

- Otwartość na co?

- Na miasto, na ludzi, na ciekawość. Po „Bujaj się z Kaśką po Lubelszczyźnie” często słyszałam od rodowitych mieszkańców regionu, że czegoś nie znali albo gdzieś nigdy nie byli. Przywykli do widoków i pytali: „To serio jest fajne?”. Serio, serio.

- Gdyby młoda aktorka zapytała cię, czy warto zostać w Lublinie i stąd budować karierę, co byś jej powiedziała?

- Powiedziałabym dokładnie to, co kiedyś usłyszałam od Kazimierza Kutza: „Nieważne, gdzie jesteś, ważne, że grasz i pracujesz”. Wszyscy pukali się w głowę na mój Szczecin, a właśnie tam najbardziej się zawodowo rozwinęłam. W mniejszym ośrodku miałam większe szanse na główne role. Do Warszawy jeździłam na castingi, ale już z doświadczeniem.

- Nie kusiło cię, żeby przenieść się na stałe do Warszawy?

- Nigdy nie mieszkałam w Warszawie. Uważam, że nie trzeba z niej pochodzić ani się do niej przeprowadzać, żeby robić karierę, choć nie lubię tego słowa. Życie w Lublinie niczego nie przekreśla. Są tu teatry. Castingi często odbywają się zdalnie, self-tape’y można wysłać z każdego miejsca, a jeśli trzeba pojechać na plan filmowy, to żaden problem. Połączenia z resztą kraju są dziś nieporównywalnie lepsze niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Mało tego, wielki świat filmu naprawdę często przyjeżdża do Lublina. To chyba jedno z najczęściej filmowanych miast w Polsce.

- Tęsknisz za sławą?

– W aktorstwo wchodziłam w latach osiemdziesiątych. Uwielbiam etos tej pracy. Przeżyłam sławę dziecięcą, potem „rockstarowy” czas „Magdy M.” i „Na dobre i na złe”. Dziś aktorzy nie są już tak popularni jak youtuberzy - ich rozpoznawalność opiera się na innych mechanizmach, głównie na umiejętności generowania wyświetleń. To oni przejęli uwagę. Nie złoszczę się na to. Przynajmniej mam święty spokój. Nie tęsknię za szałem. Wolę chodzić bez makijażu, w dresach. Trochę jestem antygwiazdą. Staram się być zwyczajna. Blisko ludzi.

ROZMAWIAŁ JAN MAZUREK

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama