W listopadzie do Sądu Okręgowego w Lublinie wpłynął akt oskarżenia przeciwko 19-letniemu wówczas Szymonowi C. Śledczy zarzucają mu umyślne spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym oraz prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu.
Przypomnijmy, że oskarżony przewoził dziewięć osób, z czego trzy w bagażniku, a samochodem miał pędzić co najmniej 130 km/h w terenie zabudowanym, przekraczając prędkość o 80 km/h. Badanie wykazało, że w chwili zdarzenia kierowca miał ponad 2 promile alkoholu.
Nastolatkowie spotkali się wcześniej na urodzinach jednego z kolegów. Trzeźwy uczestnik imprezy, który początkowo rozwoził znajomych do domów, odmówił dalszego prowadzenia samochodu, mającego zabrać łącznie 10 osób. Kierownicę przejął wówczas 19-letni Szymon C.
– Ktoś rzucił pomysł, żeby jechać na Żółtańce nad Zalew. Było nas za dużo, ale wszyscy byli chętni. Wtedy Igor powiedział, że nie będzie prowadził, bo szkoda mu prawa jazdy przy jeździe z tak dużą liczbą osób. Wręczył mi kluczyki i zamieniliśmy się miejscami. Czułem się dobrze – mówił oskarżony podczas składania wyjaśnień w prokuraturze. Na sali rozpraw odmówił jednak składania dalszych zeznań.
Jak podkreślał wcześniej, w samochodzie nikt nie czuł się zagrożony. Wszyscy mieli się śmiać i żartować, a także dopingować kierowcę, żeby jechał szybciej. Nikomu nie było jednak do śmiechu podczas czwartkowej rozprawy (22.01) w Sądzie Okręgowym w Lublinie. W procesie brali udział uczestnicy feralnej imprezy. Podczas następnego posiedzenia sądu oni również mają być przesłuchiwani.

30 marca 2025 roku nastolatkowie jeździli ulicami Chełma między godz. 3.00 a 4.00 rano. Ich przejazd zarejestrowały kamery miejskiego monitoringu, kamery prywatne oraz telefon jednego z uczestników.
Do wypadku doszło na prostym odcinku ul. Ogrodowej. Oskarżony miał stracić panowanie nad pojazdem, zjechać na chodnik, uderzyć w latarnię, a następnie w betonowe ogrodzenie. Zdaniem biegłego bezpośrednio do zdarzenia doprowadziło zsunięcie się opony z tylnego koła. Stało się to najprawdopodobniej na skutek spadku ciśnienia w oponie, przeciążenia samochodu i bardzo dużej prędkości.
– Na Ogrodowej najechałem na dziurę i straciłem panowanie nad pojazdem. Pamiętam huk uderzenia w latarnię. Nie pamiętam samego momentu dalszego uderzenia, możliwe, że na chwilę straciłem przytomność – mówił oskarżony Szymon C. – Ocknąłem się w samochodzie. Ze mną był Igor. Byłem oszołomiony. Odpiąłem pasy i powiedziałem Igorowi, żeby znalazł telefon i użył go jako latarki. Po wyjściu z samochodu usłyszałem krzyki, że Mateusz nie żyje. Myślałem, że to sen. Ktoś krzyczał, żebym uciekał, i odszedłem z miejsca zdarzenia, bo nie docierało do mnie, że to dzieje się naprawdę. Po około 5–10 minutach napisałem do Eryka, jak wygląda sytuacja. Odpisał mi, że jest źle, że Filip i Mateusz nie żyją. Byłem wtedy w jakichś krzakach. Słyszałem przyjazd służb na sygnałach. Gdy to do mnie dotarło, zadzwoniłem do Eryka i zapytałem, czy są nadal na miejscu, bo chcę wrócić i ponieść odpowiedzialność. Powiedział, że tak i że ktoś przyjdzie po mnie. Ratownik medyczny zabrał mi telefon, świecił latarką, ja również świeciłem, żeby mnie znaleźli. Policjant zaprowadził mnie do karetki i mnie zatrzymał – tak relacjonował oskarżony swoją wersję wydarzeń.
Auto dachowało. Dwaj 18-latkowie – Filip i Mateusz – którzy znajdowali się w bagażniku, zginęli na miejscu.

„Moje dziecko nie żyje”
Szymon częściowo przyznał się do zarzucanych mu czynów. Uważa, że nie jechał tak szybko, jak jest to wskazane w zarzutach. Jak twierdził, jego zamiarem nie była również ucieczka, a tym bardziej umyślne spowodowanie wypadku. Podczas rozprawy zwrócił się bezpośrednio do matek zmarłych chłopaków.
– Chciałbym przeprosić z całego serca, ponieważ dla mnie również jest to bardzo ciężkie i nie wyobrażam sobie, co państwo muszą czuć. Straciłem dwóch bardzo bliskich mi przyjaciół i naprawdę przepraszam – powiedział łamiącym się głosem.
Mama zmarłego Filipa, a jednocześnie oskarżycielka posiłkowa w procesie, przyznała, że o całym wypadku dowiedziała się bardzo późno, od innych rodziców.
– Ja już o piątej rano wiedziałam, że coś jest nie tak, bo mój syn zawsze wracał do domu, nigdy nie nocował poza domem. Tym bardziej że nie odbierał telefonu. Wiedziałam, że coś złego się stało – mówiła z płaczem.
Na pytanie obrońców, czy przyjmuje przeprosiny, odpowiedziała:
– Przyjmuję… Nie wiem. I szkoda mi też Szymona. Moje dziecko nie żyje. Moje dziecko miało całe życie przed sobą. Nawet nie doczekał matury. Nic mi w tej chwili syna nie zwróci. Nic. To jest najgorsze, co może przeżyć matka – chować swoje dziecko – mówiła.
Z kolei matka Mateusza powiedziała, że Szymona zna od czwartego roku życia. Chodził z jej synem razem do szkoły.
– Szymon był u nas w domu przed tym, jak wyszli na imprezę do Bartka. Spędzili całe popołudnie u nas w domu, więc byłam spokojna, bo wiedziałam, że się przyjaźnią – mówiła.
O wypadku dowiedziała się rano, gdy wróciła z nocnej zmiany w pracy.
– Co ja mogę powiedzieć? To było moje jedyne dziecko. Był moim wsparciem, moją przyszłością, a teraz zostałam sama – mówiła, odnosząc się do całej sprawy. – Szymon… ja mam do ciebie ogromny żal. Tak ogromny żal. Ale jest mi też ciebie żal. Naprawdę. Tyle razy to wszystko przerabiałam w sercu. I nie wiem, czy mam cię nienawidzić, czy mam ci współczuć. Rozumiesz? Ja nie wiem. Szkoda mi ciebie, bo Mateusza nikt nie zwróci, nikt. Ale ty masz jeszcze życie – mówiła.
Proces toczy się przed Sądem Okręgowym w Lublinie. Następna rozprawa została wyznaczona na początek lutego. Rozprawie przewodniczy sędzia Marek Woliński.


















Komentarze